Uncategorized

Odszedł Samuel Ponczak. Wyjątkowy człowiek, strażnik pamięci

Przyslal Janusz G


Samuel Ponczak, dla przyjaciół po prostu Sam. Wolontariusz Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, człowiek, który swoim uporem doprowadził do digitalizacji „Polskiej Deklaracji o Przyjaźni i Podziwie dla Stanów Zjednoczonych”, zmarł 7 grudnia 2022 r. Miał 85 lat.

Do Polski przyjeżdżał regularnie. Odwiedzał tu przyjaciół. I prof. Marylę Krasnowską, lekarkę, swoją wielką miłość z nastoletnich czasów, którą odszukał po latach we Wrocławiu. Podczas ostatniej wizyty przeszedł zawał, przyplątał się covid.

– W szpitalu był pięć tygodni. Potem samolotem, pod respiratorem, został przewieziony do Waszyngtonu. I tam zmarł na tydzień przed swoimi urodzinami – mówi prof. Krzysztof Wronecki, jeden z przyjaciół Sama, człowieka, którego uporowi zawdzięczamy zdigitalizowanie 111 tomów, 30 tys. stron i 5 mln podpisów. Te tomy to „Polska Deklaracja o Przyjaźni i Podziwie dla Stanów Zjednoczonych”, podziękowania Ameryce za pomoc okazaną po I wojnie światowej.

W darze Amerykanom

Metropolita Kościoła prawosławnego w Polsce Dionizy swój podpis złożył 23 czerwca 1926 r., podkreślając, że bierze udział w hołdzie dla narodu amerykańskiego, który „zawsze dawał swem życiem przykład i wzór innym narodom, jak należy żyć i pracować dla swego społeczeństwa i na pożytek całej ludzkości”. W księdze są podpisy całego zespołu Teatru Polskiego na czele z jego dyrektorem Arnoldem Szyfmanem, Resursy Kupieckiej, posłów, senatorów, ministrów. Podpisał się prezydent Ignacy Mościcki. I premier Kazimierz Bartel. I marszałek Józef Piłsudski. Jest Polski Czerwony Krzyż i Polska YMCA – oddziały organizacji młodzieży chrześcijańskiej z różnych miast. Są hallerczycy i Narodowy Związek Kobiet. Są towarzystwa śpiewacze i Liga Antybolszewicka. Są cykliści, wioślarze, myśliwi. Bruno Schulz, nauczyciel rysunku w maleńkim Drohobyczu, który dopiero miał zaistnieć w świecie literatury. Xawery Dunikowski. Jerzy Andrzejewski. Na kartach Księgi Życzeń są ilustracje Zofii Stryjeńskiej i Władysława Skoczylasa. A akcję prowadzoną w całym kraju zorganizowała powstała w 1921 r. Polsko-Amerykańska Izba Handlowa.

111 tomów w 1926 r. uroczyście przekazano na ręce prezydenta Stanów Zjednoczonych Calvina Coolidge’a w 150. rocznicę Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Prezydent ten dar przekazał do Biblioteki Kongresu. I na lata zapomnieli o niej i Amerykanie, i Polacy.

Były ambasador Polski w USA Ryszard Schnepf o jej istnieniu dowiedział się właśnie od Sama Ponczaka i już pierwsza wizyta w Bibliotece Kongresu utwierdziła go w przekonaniu, że to nie tylko świadectwo przyjaźni polsko-amerykańskiej i dowód wdzięczności narodu polskiego za wsparcie niepodległości oraz materialną pomoc komisji Hoovera, ale też nieocenione źródło wiedzy o kondycji społeczeństwa polskiego w tym okresie.

Schnepf znalazł w jednym z tomów nazwiska czterech członków swojej rodziny z Drohobycza zamordowanych w czasie wojny. Pomógł też ponad 80-letniej kobiecie sprawdzić, czy wśród podpisów pochodzących z województwa lwowskiego jest być może autograf jej mamy. Był. Ta matka zginęła w obozie koncentracyjnym w 1942 r. Jej dwuletnia córeczka przeżyła pod opieką przyjaciół. I odnalazła jedyny namacalny dowód istnienia swojej matki, w 1926 r. uczennicy IV klasy szkoły powszechnej.

Ocalić od zapomnienia

Te 5,5 mln podpisów postanowił udostępnić ludziom właśnie Sam Ponczak.

– Nie każdy może pojechać do Biblioteki Kongresu. Ale każdy może usiąść przed monitorem komputera – opowiadał kilka lat temu, przyznając, że bogactwo księgi odkrył, szukając dla przyjaciela podpisu Brunona Schulza. Kiedy w czytelni Biblioteki Kongresu na własne oczy zobaczył starannie zdobione i kaligrafowane karty, najpierw dotarło do niego, że oto ma przed sobą dokument niezwykły.

– A kiedy odnalazłem podpis Schulza i oglądałem zdjęcia całych klas, zrozumiałem, że wśród tych 5,5 mln podpisów są setki tysięcy podpisów polskich Żydów, po których często to jedyny ślad istnienia. W 1926 r. byli uczniami i nie przeczuwali nawet, że ich życie skończy się we wrześniu 1939 r. To moja misja: ocalić ich od zapomnienia, dać im drugie życie na przekór tym, którzy skazali ich na nicość – Sam opowiadał tę historię każdemu, kto chciał słuchać.

Kiedy w latach 90. po raz pierwszy księgę „odkryto”, zdigitalizowano zaledwie 13 tomów z podpisami osób najważniejszych w państwie. Pozostałe prawie sto dalej leżało w magazynach. I wtedy do akcji wkroczyły dr Grażyna Żebrowska i Biblioteka Polska w Waszyngtonie. Projekt, nazwany „Class of 1926”, czyli „Klasa z 1926”, objął patronatem ambasador Polski w Waszyngtonie i poparli amerykańscy kongresmeni z grupy parlamentarnej ds. Polski. Dzisiaj rzeczywiście każdy może Księgę Pamięci przeglądać wygodnie w fotelu we własnym domu z każdego zakątka świata. Warto więc, by poznał też historię Sama Ponczaka.

Z Warszawy do Komi

Rok 1940. Styczeń, a może luty. Sam ma trzy lata. Ojciec uciekł zaraz po wybuchu wojny z Warszawy na wschód, do Sowietów. Getto nie było jeszcze zamknięte, ale Żydzi już nie mogli jeździć pociągami. – Mama wzięła mnie, walizkę i poszła na dworzec. Wsiadła do pociągu jadącego najdalej w stronę granicy wschodniej. W wagonie zobaczył ją ksiądz. Kiwnął ręką, by podeszła. „Niech pani to zdejmie z rękawa i stanie za mną z synkiem” – powiedział, wskazując na opaskę z gwiazdą Dawida. I jak szli żandarmi czy granatowa policja, powtarzał: „ta kobieta za mną jest z mojej parafii”. Po latach zrozumiałem, że ten ksiądz uratował nam życie – wspominał Ponczak, którego matka na drugi brzeg Bugu dostała się z małym synkiem po lodzie, w nocy. Tam zamiast Niemców byli Rosjanie, psy i NKWD. Ale nikt ich nie aresztował. Odnaleźli ojca Sama. W republice Komi na Dalekiej Północy. Ponczakowie trafili do obozu w Kotłasie. Tutaj ojciec Sama, który był krawcem, został drwalem. Tutaj rosyjski stał się pierwszym językiem chłopca, bo rodzice rozmawiali ze sobą w jidysz. I poznał, co to jest prawdziwa bieda. Pierwszy raz w życiu zjadł jajko dopiero po wojnie. Już w Polsce. Bo na Dalekiej Północy jajek nie jedli.

– Z tej Komi znaleźliśmy się w Chersoniu na Ukrainie. Ojciec nie przyjął radzieckiego obywatelstwa. Bał się, że zostaniemy wtedy w Sowietach na zawsze. I w tym Chersoniu dowiedziałem się, że jestem Żydem, bo wcześniej w ogóle o tym nie miałem pojęcia – Sam nawet po latach pamiętał tamtą sytuację. Poszedł z rodzicami na targ. Po drodze minęli mężczyznę bez nóg, który siedział na desce na kółkach. I który z nieznanego Samowi powodu zaczął przeklinać ich od parszywych Żydów. Jak wrócili do domu, zapytał ojca, co to znaczy, że jest Żydem.

Z Ukrainy do Polski

W Chersoniu Ponczakowie doczekali końca wojny.

– Do dziś mam taką scenę przed oczami: mój ojciec, kilku rosyjskich oficerów siedzą przy stole i piją wódkę. Śpiewali, wiwatowali, więc zapytałem ojca, co się stało, a on mi wtedy odpowiedział: „Wojna się skończyła!” – Sam po latach opowiadał też, jak siedział z ojcem w jakiejś sali. Dookoła sami młodzi mężczyźni w mundurach i z pistoletami. Kiwali się i płakali, płakali i kiwali. Po latach ojciec powiedział mu, że poszli wtedy do bożnicy, a ci młodzi mężczyźni w mundurach modlili się i płakali, bo obchodzili najsmutniejsze żydowskie święto – Jom Kippur, zwane Dniem Przebłagania, kiedy Żydzi oczyszczają się przed Bogiem ze swoich win.

– Moi rodzice nie byli pobożni, choć wychowali się w religijnych domach. Mama w Międzyrzeczu Podlaskim, a ojciec w Wohyniu na Lubelszczyźnie. Oboje wyjechali do Warszawy za chlebem i tam się wyuczyli zawodu, krawiectwa. Mieli może cztery klasy szkoły powszechnej, wiedzieli, co to znaczy ciężka praca. Ojciec był lewicowcem, jakieś związki robotnicze zakładał. Kiedy wyemigrowaliśmy z Polski w 1956 r., bardzo przeżywał, że jego bóg, socjalizm czy komunizm, umarł – przyznawał Sam Ponczak, który przed emigracją na Zachód najpierw przyjechał z rodziną do miasteczka Reichenbach, czyli do Dzierżoniowa, mekki polskich Żydów ocalałych z Holocaustu.

Wtedy nie rozumiał, dlaczego wśród nich prawie nie ma dzieci. Są młode kobiety, młodzi mężczyźni, czasem ktoś starszy. I w ogóle nie ma dzieci. Za to były mieszkania, domy, ulice, latarnie. Niemcy czekający na deportację na Zachód („to tam zobaczyłem, jak wygląda czystka etniczna”). I ludzie spotykający się u nich w domu, wciąż opowiadający o tym, jak udało im się przeżyć. W tym Dzierżoniowie ojciec Sama został kierownikiem żydowskiej spółdzielni krawieckiej i jeździł do Łodzi po tkaniny na ubrania. Sam nie rozumiał, dlaczego za każdym razem, gdy ojciec się zbierał na pociąg, matka stała w drzwiach i płakała. Dopiero po latach dowiedział się, że płakała z lęku, że nie wróci do domu, bo choć nie było już wojny, Żydzi wciąż ginęli w centralnej Polsce – wyrzucani z pociągów, mordowani w domach.

Od inżyniera do wolontariusza

– Niewiele wtedy do mnie docierało. Ważniejsza była piłka na podwórku. Potem długo wydawało mi się, że Holocaust to jest sprawa moich rodziców, nie moja. Owszem, byłem ze szkołą w Auschwitz. Owszem, wiedziałem, że nie żyją moi dziadkowie, że ocalało tylko dwóch wujków, którzy przed wojną wyjechali do Argentyny, i kuzynka, która z matką uciekła na Wschód, tak jak my. Ale kiedy przez Francję, Argentynę dotarliśmy w końcu do Ameryki, zacząłem studia i nie myślałem o przeszłości – Sam Ponczak za oceanem został inżynierem, zakochał się w amerykańskiej Żydówce, ożenił i zaczął pracę w Radio Corporation America. I postanowił zostać Amerykaninem. Urodziły mu się dzieci, dochował się wnuków. Nawet myślał po angielsku. Aż zmarła jego żona i przeszedł na emeryturę. Wtedy został wolontariuszem Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. I wszystko się zmieniło.

Tłumaczył świadectwa Polaków, którzy opowiadali, jak widzieli Zagładę z zewnątrz. Jeden z nich mówił mu, jak siedzieli z kolegami na poboczu drogi, a tą drogą Niemcy prowadzili Żydów do lasu. Na śmierć.

– Ci chłopcy o tym wiedzieli, bo nie pierwszy raz widzieli taki marsz. Ale ci Żydzi w swojej ostatniej drodze wołali do nich: „Pamiętajcie o nas! Módlcie się do Jezusa, może nas uratuje!”. I wtedy przypomniało mi to, co opowiadał u nas w domu w Dzierżoniowie Mandel Pasternak. On przeżył Auschwitz. I mówił, że kiedy stał za drutami, to widział Żydów prowadzonych do komór gazowych, którzy krzyczeli do mijanych ludzi „pamiętajcie nas!” – Sam Ponczak właśnie wtedy zrozumiał, że pamięć jest najważniejsza. I dlatego powtarzał, że podpisy w Księdze Pamięci, jak ją nazywał, ofiarowanej przez naród polski narodowi amerykańskiemu, krzyczą do współczesnych „pamiętajcie o nas!”, będąc nierzadko jedynym śladem istnienia ludzi zamordowanych w czasie drugiej wojny światowej.

Odszedł Samuel Ponczak. Wyjątkowy człowiek, strażnik pamięci

Katarzyna Kaczorowska

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Dzieki Samuelowi Ponczakowi mam dzisiaj kopie strony z tego wlasnie albumu z podziekowaniem dla narodu amerykanskiego za pomoc okazana szkolnictwu polskiemu. Samek wiedzial, ze moi rodzice byli z Nadwornej kolo Stanislawowa i przeslal mi strone z podpisem mojej Mamy, z szostej klasy w szkole podstawowej w Nadwornej. Ta kopia wisi w moim mieszkaniu i codziennie patrze sie na odbitke strony gdzie jest podpis mojej Mamy – F. Gruberger z klasy VI-ej. Moj Tata wtedy juz uczeszczal do gimnazjum w Stanislawowie wiec jego podpisu tam nie ma. יהי זכרו של שמואל פונצ׳אק ברוך

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.