
Przy każdej nadarzającej się okazji powtarzam, że „w szkołach i na Uniwersytecie Warszawskim niczego pożytecznego mnie nie nauczono”. Przyznaję, że nie było to zawinione ani przez szkoły, ani tym bardziej nie przez Uniwersytet. Byłem krnąbrnym leniem i nieukiem, a jednak dzięki wykładom znakomitej poetki Anny Frajlich, profesor slawistyki na Uniwersytecie Columbia w N.Y., moje nazwisko przeniknęło do świadomości licznych amerykańskich studentów. Z wielkim upodobaniem polska Poetka, moja koleżanka ze studiów, dla nauki Anglosasów podawała przykład bezbłędnego użycia przeze mnie polskiego porzekadła. Profesor Maciejewska, gdy była jeszcze młodą i piękną panią doktor od historii języka, spytała mnie w trakcie wykładu, jaką funkcję w języku prasłowiańskim pełnią jery twarde i miękkie, a ja , zapatrzony w jej oczy, odpowiedziałem bez zająknienia: „Pani doktor, ja nie mam o tym zielonego pojęcia.”
Poezją zainteresowałem się bardzo późno. Gdy Anna Frajlich, małżonka Władysława, mojego przyjaciela ze sławnego „chederu” przy Jagiellońskiej 28, była świeżą marcową emigrantką, do moich rąk trafił jej debiutancki tomik „Aby wiatr namalować”, no i się zaczęło. Mniej więcej w tym samym czasie w strumiańskim domku Joanny Kulmowej nauczyłem się na pamięć poematu „Jak Panjezusek Coierniowy po świecie przepatrywał”. Oniemiałem z zachwytu i to już była kontynuacja! Niebawem ze stypendium Fulbrighta powrócił do kraju doktor praw Wiktor Osiatyński, z którym, zanim stał się współautorem konstytucji III Rzeczypospolitej, częstokroć przemierzałem „szlak hańby”, ciągnący się od Klubu Dziennikarzy i Klubu Architektów na Foksal, aż do „Ścieku” u filmowców na Trębackiej. Już po drugiej wódce Wiktor, z wielkim wyczuciem prozodii, ciurkiem recytował z głowy poezje skamandrytów.
Wiktorowi zawdzięczam skumanie się z twórczością Tuwima, Gałczyńskiego, Słonimskiego , czego po latach komiczny dowód dałem na blogu „Reunion 69”: «Teraz przypomina mi się ryzykowny kalambur K. I. Galczyńskiego o „Słonimskowerze schowanym za Schaffem”».
Tymczasem Jerzy Holcman w przedwojennych „Szpilkach” ( 31 stycznia 1937, nr 5, s. 2.) odnalazł wiersz Tuwima rozwlekle lecz trafnie zatytułowany„Poeta zazdrości literatowi imieniem Staś, że jest Sarmatą, on zaś, nieszczęsny poeta, Żydem jest parchatym, takoż żywot obojga stron wiernie opisany” , gdzie inkryminowany wers brzmi odrobineczkę inaczej: „i Ajzyk Słonimsker schowany za szafem”.
Vive la petitte difference! W wersji podanej przeze mnie („za Schaffem”) jest sympatyczny, kalamburyczny żart. W tuwimowskim oryginale („za szafem”) jest brutalne „żydłaczenie”. W trakcie studiów w Strumiańskiej Akademii Artystycznej dowiedziałem się od Joanny Kulmowej , że Tuwim, który recytował swoje wiersze na herbatkach artystycznych w jej rodzinnym pałacyku Landsbbergów, gdzie na prawdziwym bechsteinie Artur Rubinstein grywał Chopina na deser, będąc Żydem z pochodzenia, Tuwim zachowywał się jak autentyczny antysemita, który pogardza „gudłajami”, niemiłosierne kaleczącymi jego umiłowany polski język.
Większość wulgarnych, ale jakże zabawnych anegdot z udziałem Janka Himilsbacha i jego żony Basicv, wymyślił i opracował literacko poeta Zbigniew Jerzyna, mój kumpel z polonistyki. Gdzie mi tam do pomysłowości Zbyszka, ale idea posłużenia się Gałczyńskim, jako skamandryckim bohaterem anegdoty o dysydencie Słonimskim ukrytym za Schaffem, czołowym reprezentantem tzw. żydo-komuny, przyszła mi do głowy, gdy Wiktor Osiatyński był już trzeźwym delegatem amerykańskiego ruchu Anonimowych Alkoholików na obszar całej Polski i pozostałych demoludów. W 1937 roku, socjalistycznych i marksistowskich „Szpilek” Zbigniewa Mitznera jeszcze nie czytywałem, a jest to niepowetowana szkoda i jedna z moich licznych dziur w polonistycznym wykształceniu.
W książce „Żydowskie abecadło” Robert Roeven Stiller zdradza prawdziwe nazwisko rodowe „katolickiej poetki”: „Joanna Kulmowa, córka Wandy Landsberg”. Ale nie uczynił tego obrzydliwym trybem „szmalcownika”, lecz z diabelskiego podszeptu i dla zaspokojenia potrzeb swojej duszy żydowskiego szowinisty. Stiller, ten nieprawdopodobny erudyta, tłumacz ze znajomością kilkudziesięciu języków, nawykły do skrupulatnego sprawdzania wszelkich informacji onomastycznych, świadomie podał fałsz do publicznej wiadomości. Joanna była córką Wandy Cichockiej po kądzieli i wnuczką żydowskiego magnata włókienniczego Aleksandra Landsberga po mieczu! Spłodził ją Alfred Cichocki, zasymilowany do imentu Żyd, którego niemiecki podoficer w Łodzi na ulicy zastrzelił, gdy przemykał przytulony do ściany kamienic z przepisową gwiazdą Syjonu na lewym ramieniu. Zastrzelił tylko dlatego, że na widok niemieckiego żołnierza nie zniknął mu z oczu.
Joanna urodziła się jako Cichocka, a nie jakaś, za przeproszeniem, panienka Landsbergówna, umarła zaś jako Kulmowa, a nie Kulma, jak jej teściowa.
Postanowiłem udać się na wolski Cmentarz Prawosławny, żeby sprawdzić, czy Wanda Cichocka., wedle mojej wiedzy osoba bezwyznaniowa, przyznaje się na nagrobku, że jej matka nosiła żydowskie nazwisko Landsberg, i czy Joanna Kulmowa ma wyryte w granicie swoje nazwisko panieńskie.
Na początku drugiej dekady bieżącego stulecia w poszukiwaniu stosownego domu spokojnej starości, po całej Polsce woziłem oboje Kulmów wypasioną hondą accord, należącą do mojej małżonki, z którą pozostawałem w formalnej separacji. Miałem mnóstwo czasu na zadanie Jankowi pytania, jakie wydaje dyspozycje na temat swojego pochówku, bo przecież z racji szwankującego zdrowia jest stuprocentowo pewne, że pomrze wcześniej niż Joanna. Odpowiedział , że nie powinna boleć mnie o to głowa, bo pochówek zarówno jego, jak i Joanny, zapewnia im umowa o donacji dla Zakonu Faustynek w Gorzowie Wielkopolskim. No i, ma się rozumieć, Joanna umarła o rok wcześniej od Jana, a z telewizji dowiedziałem się, że pochowano ją na cmentarzu przy kościele pod wezwaniem Grzegorza Wielkiego na warszawskiej Woli.
Dziwne, bo przecież katolickie zobowiązania Zakonu Faustynek nie mogą dotyczyć cmentarza prawosławnego. Widocznie najpóźniej na łożu śmierci Joanna oprotestowała umowę donacji i kazała pochować się nieopodal grobu matki. Żywiła instynktowną niechęć do „naszych kochanych sióstr siostrzenic”, jak ja, bezbożnik, miałem wstręt do wody święconej.
Przysyłając mi mailem komunikat o śmierci Jana, Matka Małgorzata miała świadomość, że moje relacje z Mistrzem uległy ostatnio katastrofalnemu pogorszeniu, a jednak przez wzgląd na nasze z Janem rodzinne powinowactwo i na półwiekową zażyłą przyjaźń, uznała za stosowne przekazać mi funeralną wiadomość. Nic nie wiedziała natomiast o absurdalnym procesie cywilnym, który przed sądem okręgowym w Warszawie Jan wytoczył mi o zgodną z umową wydawniczą zapłatę honorarium za druk jego przepysznych „Dykteryjek przedśmiertnych” w moim niszowym „Wydawnictwie JJK”. Kiedy w 2006 roku, unieruchomiony na łożu śmierci Jan czynił przygotowania do własnego pochówku i szczegółowo reżyserował spektakl, obsadził mnie w zaszczytnej roli poduszkowego; miałem kroczyć w kondukcie tuż za jego trumną i dzierżyć w rękach pluszowy jasiek koloru bordo z wyłożonymi na nim bojowymi odznaczeniami Powstańca Warszawskiego i Żołnierza Armii Krajowej. Najważniejszy dla Jana był Krzyż Powstania Warszawskiego, przyznany mu przez londyński Rząd Polski na Uchodźstwie . Tym medalem szczycił się Kulma o wiele bardziej niźli Krzyżem Oficerskim Orderu „Polonia Restituta”.
Na wirtualnym pogrzebie, kiedy to ja miałem nieść poduszkę z orderami tuż za trumną na czele konduktu i dopiero za mną, odziana we wdowią czerń miała dostojnie sunąć Joanna Kulmowa, scenariusz uroczystości przewidywał odegranie w kościele „Toccaty i Fugi d-mol” Jana Sebastiana Bacha przez klasowego artystę organowego. Dwanaście lat później Mistrz wydał rozporządzenie, że na jego pogrzebie „ma być odśpiewany Psalm XVII (z tekstem Joanny)”.
„Pod cieniem skrzydeł Twoich mnie ukryjesz Panie
przed słońcem wielkim i ulewnym deszczem.
Spokojnie pod piórami Twoimi pomieszczę
popłoch i bojaźń i na ból czekanie.”
Naprawdę piękny fragment. Mistrz Jan wydłubał go z potężnej psalmodii, zatytułowanej „Prośba o nieskończenie”, którą, za jego pieniądze i przy wsparciu logistycznym „Wydawnictwa Literackiego”, wydałem w ostatniej chwili, tuż przed naszą rodzinną katastrofą. Jan uwielbiał ten tom poetycki całym sercem neofity, nawróconego na rzymski katolicyzm po mniej -więcej trzydziestoletnim okresie apostazji, a ja, od narodzin po zgon bezbożnik zdeklarowany, uznawałem za genialne wszystko, co wychodziło spod pióra Joanny Kulmowej.
„W wieku 97 lat odszedł od nas Jan Kulma , zasłużony artysta kultury niezależnej w czasach PRL, reżyser teatralny i telewizyjny, kompozytor i pisarz, mąż wybitnej poetki Joanny Kulmowej” – w dniu 30 sierpnia 2019 roku donosiły portale „dziennikarzy niezależnych”, wysługujących się jednak Dobrej Zmianie To znamienne, że dziennikarze niezależnego lub niepokornego autoramentu nie mogą powstrzymać się od kłamstw nawet w dniu śmierci artysty naprawdę zasłużonego dla kultury naszego kraju. Kulma umarł w wieku 94 lat, tuż po dziewięćdziesiątce, a nie tuż przed setką, co dla każdego sędziwego nieboszczyka czyni istotną różnicę. I nie był „pisarzem”, lecz autorem jednej jedynej książki wspominkowej, na dodatek książki, którą według portalu w.bibliotece.pl, w oparciu o ustną opowieść autora napisał i wydał nie kto inny, lecz właśnie Jan Jakub Kopeć.
Na portalu w.bibliotece.pl można przeczytać: „Dykteryjki pośmiertne: nagrane w sierpniu 2006 roku, spisane i ułożone przez Jana Jakuba Kopcia. Autor: Jan Kulma. Wydawca: Wydawnictwo JJK. ISBN: 978-83-923812-11.” Byłby więc Kulma nie tyle pisarzem, ile bajarzem, jak niepiśmienny zakopiański Sabała, czy może raczej jak niewidomy helleński Homer. Kompozytorem też nie był. Znane mi są tylko dwie kompozycje Jana, oratorium „Hiob”, jeden tylko raz wystawione w szczecińskim kościele, i „Hymn Parafii Poczernińskiej” do słów Joanny, a dwie kompozycje jeszcze nie czynią wiosny.
Dzięki zapisowi portalu w.bibliotece.pl z palcem w nosie wygrałem proces, jaki Kulma wytoczył mi przed Sądem Okręgowym w Warszawie o zgodną z podpisaną umową zapłatę honorarium za wydanie jego „Dykteryjek przedśmiertnych”. Wytoczenie mi procesu o honorarium było nikczemnością ze strony Autora, ale powołanie się na współautorstwo tekstu było z mojej strony nikczemnością podniesioną do kwadratu. Mistrz Jan chciał tylko, prawem Nauczyciela, skarcić swojego wychowanka za drobnego kalibru nieposłuszeństwo. Domagał się jednak całości honorarium. Nie przyznawał się do pobrania zaliczki, skromnej bo skromnej, ale gdy zsumuje się ją z kwotą jaką powinienem potrącić mu za wydanie drukiem tomiku poetyckiego Joanny Kulmowej, czyni to już poważną wyrwę w Jankowym „honorarium”. Przyparty do muru, użyłem broni atomowej, wnosząc do sądu „powództwo wzajemne” z racji wydania „Dykteryjek przedśmiertnych poprawionych” z naruszeniem mojego wydawniczego copyright i , co gorsza, bez mojej zgody jako… współautora tekstu.
Janek podpisał z wydawnictwem „Nowy Świat” umowę licencyjną, która w punkcie drugim mówiła: „Autor oświadcza, że dzieło jest wynikiem jego osobistej, oryginalnej twórczości, wolnym od wad prawnych i jakichkolwiek roszczeń osób trzecich.”. Skandal na cztery fajery, bo oto znalazł się drugi cząstkowy współwłaściciel praw autorskich!
Zemsta zawsze stoi w jaskrawej dysproporcji do przewiny. Prawda materialna przedstawiała się bowiem całkiem skromnie. W roku 2006 , kiedy Janek rzekomo umierał na raka jelita grubego, a w rzeczywistości chciał drastyczną głodówką skrócić sobie cierpienia i niewygody schyłku życia, nagle w sposób niewytłumaczalny powstał z łoża śmierci, po czym pół leżąc, pół siedząc w fotelu, jął opowiadać mi fantastyczną historię swojego życia, stwierdziłem, że opowieść Janka to jest gotowa książka i przyniosłem dyktafon. Później przez wiele miesięcy pracowicie odtwarzałem ustną opowieść, ale rezultat osiągnąłem niżej krytyki. Janek mówił pięknie, a ja z tego materiału ulepiłem bełkot.
Wiosną 2007 roku maestro Jan dostarczył mi nowy tekst „Dykteryjek”, który przeczytałem z rozkoszą. Maestro mówił składnie soczystą prozą, a pisał jak jakiś anioł filozoficznie usposobiony. Żeby uhonorować mój tytaniczny, lecz daremny wysiłek przy odtwarzaniu ustnej opowieści, Joanna Kulmowa zaproponowała tytuł i podtytuł: „ Dykteryjki pośmiertne. Nagrane w sierpniu 2006 roku, spisane i ułożone przez Jana Jakuba Kopcia”. I tak już, za zgodą Janka i moją, nowa wersja Dykteryjek – od początku do końca napisana własnoręcznie przez Jana Kulmę! – poszła do druku. Były więc trzy wcielenia Jankowych filozofujących wspominków: „Dykteryjki pośmiertne” z 2007 roku, „Dykteryjki przedśmiertne” z roku 2014, i późniejsze o rok „Dykteryjki przedśmiertne poprawione”. Ale w istocie była to tylko jedna pozycja książkowa, uzupełniana z upływem czasu o nowe anegdoty.
Krwawa i wyniszczająca wojna dwu starych zgredów zaczęła się, gdy Jankowe „Dykteryjki” głosami i portfelami Czytelników przez cały miesiąc utrzymywały się na liście bestsellerów krakowskiego wielce szacownego „Wydawnictwa Literackiego”. Jan ze szczęścia oszalał.
De mortuis nil nisi bene, zgoda, bezbronnego kopać nie należy. O umarłych trzeba mówić tylko dobrze, albo nie mówić nic. Ale co miałem począć ja, bezbronny staruszek, skoro od Świąt Wielkanocnych, a już zbliżała się kolejna Wielkanoc, z powodu pandemii siedziałem zamknięty w domu, a jedzenie dobrzy ludzie jak trędowatemu podrzucali pod drzwi, naciskali dzwonek i znikali zanim otworzę? Mnie, świeżutkiego osiemdziesięciolatka z dodatnim odczynem, nie zdołał pokonać wirus, choć po resekcji połowy prawego płuca wraz z okazałym nowotworem, przed zaszczepieniem byłem obiektem sposobnym jak w sam raz do kolonizacji przez SARS-CoV-2, natomiast, jako ozdrowieńca, z palcem w nosie może zabić mnie permanentna nuda i duszące uczucie bezsilności, że jeszcze w kilka lat po wygranym przez mojego adwokata procesie o wątpliwe honorarium Janka Kulmy, co i raz boleśnie dopada mnie jego klątwa. To straszliwa złośliwość losu; ludzie dobrze zapamiętują, że ktoś stawał przed sądem oskarżony o nieuczciwość w interesach, natomiast pogłoski o tym, że sąd wszelkie zarzuty oddalił, jakoś nie przenikają do ich świadomości…
Nie owijając kwestii w bawełnę muszę oświadczyć, że po pierwsze, uderzony w twarz, powodowany przez małostkowość, chcę oddać policzek. Po drugie pisanie o mojej przygodzie z „Dykteryjkami” jest jak psychoterapia u jakiegoś wziętego magika, przy czym honorarium za kurację mogę zapisać sobie po stronie przychodów, a nie kosztów. Ma się rozumieć, pisząc niepozbawioną złośliwości i małostkowości hagiografię świętego Jana ze Strumian, stosuję się do powszechnego prawa obowiązującego na teatralnym targowisku próżności, że lepiej jest , gdy o artyście i jego dziele piszą źle, niż kiedy nie piszą wcale. A przecież „Dykteryjki przedśmiertne”, autorstwa mistrza sztuki reżyserskiej Jana Kulmy, są bez wątpienia dziełem godnym ocalenia przed zapomnieniem.
Uwielbiałem oboje Kulmów; Joannę za geniusz poetycki i renesansową osobowość, Janka za niesłychaną precyzję i odwagę myślenia. Latem 2006 roku, kiedy Jan już od czterech tygodni nie przyjmował jadła ni napojów, z wielką powagą szykowałem się do odegrania roli poduszkowego w przedstawieniu pogrzebowym. Dwanaście lat później, po formalnym wniesieniu do sądu pozwu przeciwko mojemu wydawnictwu, nie tyle przejrzałem na oczy, ile gwałtownie zmieniłem perspektywę patrzenia. Okiem zezującym na boki zacząłem dostrzegać ludzkie słabostki mistrza Jana, których wcześniej nie chciałem widzieć, na co zwracała mi uwagę Bella, moja „przedostatnia żona”, i liczni przedstawiciele światka artystowskiego, którzy z jakichś powodów mieli się z Jankiem Kulmą na pieńku.
Na pogrzebie Mistrza byłbym persona non grata, więc nie pchałem się, gdzie nikt mnie nie oczekiwał. Zamiast kwiatków na grób mojego Nauczyciela, któremu praktycznie zawdzięczam wszystko, co wiem o otaczającym nas świecie, bo w szkołach i na Uniwersytecie Warszawskim niczego pożytecznego mnie nie nauczono, wysłałem przeto do „Gazety Wyborczej” list z nigdzie nie publikowanym tekstem Jana Kulmy na temat Sokratesa i Trzydziestu Tyranów, prawdziwą perełką sztuki eseistycznej:
„Działo się to po Wojnie Peloponeskiej, na końcu piątego wieku przed Chrystusem. Trzydziestu facetów, popleczników Sparty, dorwało się do władzy i dość radykalnie niszczyło ateńską demokrację. Szczególnie wyróżniał się Kritias, który bez sądu skazywał na śmierć, zabitym konfiskował majątki. a dziesięć tysięcy Ateńczyków z Chajrefontem na czele skazał na wygnanie. Ale Sokratesa nikt z Aten nie wygonił. Co jeszcze dziwniejsze, on nie tylko nie był tępiony przez tyranów, ale, wręcz przeciwnie, chodził do nich na kolacyjki. Popijał sobie z nimi winko. A może Sokrates chodził na te uczty po to, aby ganić niegodziwych władców, a szczególnie Kritiasa, swego przyjaciela? Może im za każdym razem palcem kiwał i napominał, i wytykał, i pouczał, że brzydko postępują? Możliwe, ale gdy demokraci, pod wodzą Trasybula i Chajrefonta, wrócili z wygnania, to zabili Kritiasa i kilku innych tyranów, a reszta pouciekała. Kto miał świadczyć o tym, jak Sokrates walczył o demokrację na popijawach w czasach poprzedniego reżimu?
Tu nadeszła chwila, kiedy udręczeni obywatele, z Chajrefontem na czele, mogli policzyć się z Sokratesem. Ale właściwie nie mogli, bo mądry lud przywrócił demokratyczną władzę i ogłosił bardzo grubą kreskę: nie wolno było nikomu wypominać, że był po stronie tyranów. Ktoś, kto wystąpiłby z takim oskarżeniem, sam zostałby ukarany! Ateńczycy rozumieli, że nie można liczyć na przyszłość, jeśli ciągle rozliczamy się z byłymi wrogami. Że dziesięć tysięcy ateńczyków, którzy wrócili z wygnania, musi żyć od tej chwili razem z dziesiątkami tysięcy tych, którzy zostali w mieście z tyranami. Muszą żyć razem ze sobą, a nie przeciw sobie.
Więc jak postąpić z Sokratesem? Bo nawet jego kolacyjki byłyby do wyjaśnienia, ale wystarczy przeczytać tekst Platona, a także Ksenofonta, lub fragmenty Herodota, aby zrozumieć, że Sokrates był wrogiem ludu ateńskiego. Że gardził nim, naśmiewał się z jego głupoty. Obrona Sokratesa to obrona wolnego rozumu przed durnym motłochem, ale zarazem atak na demokratyczne rządy. Więc na pewno Sokrates był w jakiejś mierze zwolennikiem tyranów. Ale jak się do niego dorwać? Jak oskarżyć o to, o co nie można oskarżać?
Oczywiście znalazł się świetny kruczek prawny: jeden z wypędzonych oskarżył Sokratesa o bezbożność, a wiadomo, że „obraza uczuć religijnych” to zawsze niezawodny pretekst. Tłumacz platońskich dialogów, Witwicki, wyraźnie pisze, że proces miał charakter czysto polityczny, a bezbożność Sokratesa to tylko pozór. Demokraci chcieli zniszczyć wroga ludu ateńskiego, wroga demokratycznych rządów. Naturalnie Sokrates dobrze wiedział o co chodzi w tym procesie. Inwokacja do Chajrefonta, politycznego adwersarza, ma wyraźny podtekst: przypomina nam meandry ówczesnej historii, a zarazem jest ważnym przypiskiem do grubej kreski w 1989 roku, tylko że wtedy wszyscy zakrzyczeli Mazowieckiego, a on się – głupi – tłumaczył, choć myślał i mówił mądrze.
Śmierć Sokratesa jest na wieki symbolem tego, jak głupi ludzie nie potrafią uszanować swoich geniuszy. „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie…” Wszystkie podteksty polityczne wyparowały, bo polityka ma krótki żywot. Ale gdyby Sokrates miał pecha, gdyby nie wytoczono mu procesu, to kim pozostałby w historii? W jego czasach żyło dziesiątki wielkich filozofów i nie pamięta się o nich. Więc tylko skandal jest ojcem wielkości? Więc bez tego skandalu zostałby tylko obrazek utrwalony przez Arystofanesa: niechlujny pijaczek demoralizujący młodzież?…”
Tekst Jana był w „GW” zadedykowany kandydującej na urząd prezydenta Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. Sokratejskie nauki moralne Jana ze Strumian okazały się wówczas nieprzydatne, ponieważ w drugiej turze do walki o prezydenturę z Andrzejem Dudą stanął dzielnie, choć bez powodzenia, prezydent Stolicy Rafał Trzaskowski, który i bez Sokratesa ma dobrze poukładane w głowie. Bardzo praktyczny moralitet Kulmy po triumfie wyborczym „Koalicji 15 Października” mógłby się bardzo przydać premierowi Donaldowi Tuskowi. Jednakoż płonne są wszelkie w tym względzie nadzieje, ponieważ Tusk niezbędne rozliczenia grzechów, popełnionych przez „zorganizowaną grupę przestępczą” w czasach „Dobrej Zmiany” Jarosława Kaczyńskiego, zawierzył mecenasowi Romanowi Giertychowi, który, jak, za przeproszeniem, jakiś jakobiński Robespierre, uwielbia gładzić grzechy tego świata za pomocą gilotyny.
Po rewolucji przychodzi szybko kontrrewolucja, a po kontrrewolucji na powrót będziemy mieli prawdziwą rewolucję . I tak ad infinitum.
Jakub Kopeć
Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


@Leon Rozenbaum
”Tomcio Paluch, nie bardzo jestem przekonany, że masowe gwałty i morderstwa zgwałconych Niemek miały jakikolwiek wpływ na pacyfistyczne skłonności powojennych Niemiec.”
Wielkie lanie to całokształt. Hans czy Fritz, jak się uchował, jak żywy wrócił z Kołymy po 56-tym, jako jedyny z plutonu, to już wiedział, ile stopni ma skala Celsjusza poniżej zera. Złotowłosa Gretchen, jak wylizała się po bliskich spotkaniach z Armia Czerwona, to małego Hansa tak chowała, żeby nie miał głupich pomysłów. To jest pedagogika specjalna – nauka rozumu droga okrężna. Do głowy przez zbite …sko.
Na trzy pokolenia starczyło. Przestanie działać, jak już nikt nie będzie pamiętać, jak się hajcowało Drezno. A hajcowało się zdrowo, cug był nie gorszy niż w oświęcimskich piecach.
”Podobnie traktowane były ludności (nie tylko kobiece ich części) wyzwalanych przez Armię Czerwoną innych krajów jak Polska czy Jugosławia ”
????
Jakby nie to wyzwo… sorki, Zbrodnicze Wkroczenie Bolszewickiej Dziczy (tak będzie dobrze?), to ta grupa ”ludności”, do której się obaj zaliczamy, trafiłaby wyłącznie do gazu i do pieca. Pozwolę sobie przypomnieć, że to nie Armia Krajowa i nawet nie Narodowe Siły Zbrojne spowodowały, że Majdanek i Oświęcim przestały funkcjonować.
Tomcio Paluch, nie bardzo jestem przekonany, że masowe gwałty i morderstwa zgwałconych Niemek miały jakikolwiek wpływ na pacyfistyczne skłonności powojennych Niemiec. Podobnie traktowane były ludności (nie tylko kobiece ich części) wyzwalanych przez Armię Czerwoną innych krajów jak Polska czy Jugosławia (sympatie rosyjsko-niemieckie można datować aż do Piotra Wielkiego). Przyjaciel mi opowiadał jak na paradzie zwycięstwa w jego miasteczku obok radzieckiego generała stał na trybunie burmistrz oraz jego zgwałcona przez wyzwolicieli żona. Milowan Dżilas opisuje jak ośmielił się zaprotestować przed radzieckim marszałkiem wielokrotne przypadki gwałtów na wyzwalanej ludności cywilnej za co zapłacił karierą i więzieniem.
Niemcy nigdy nie wybaczyli USA wprowadzenia demokracji i bardzo chętnie demonstrowali przeciw, kiedy za czasów Reagana próbowano instalować rakiety Pershing. Niemcy mają też niechlubne zasługi wspomagania wysiłków Putina na polu szantażu dostaw gazu do Europy. Początkowe zastoje pomocy dla Ukrainy są wyłączną zasługą Niemiec.
@broszn
„ODMAWIAM”
W to akurat wierzę bez zastrzeżeń. Co jednak konkretnie „odmawia” imć Bronisław? Koronkę do Miłosierdzia Bożego? Zdrowaś Mario? A może „modlitwę za Żydów wiarołomnych” (choć to chyba nie sezon, za „wiarołomnych” to w Wielki Piątek)? Imć Bronisławowi życzy się niniejszym pilności i staranności w służbie Bożej.
Tomcio Paluch
10/07/2024
Nie ze mną takie numery Tomciu! Chcąc nie chcąc, zachęcasz mnie w praktyce do pyskówki w materii masowych
gwałtów krasnoarmiejców na Niemkach i kobietach innych narodowości (włącznie z wyzwalanymi więźniarkami
obozów koncentracyjnych).
ODMAWIAM – Bronek very last one
@broszn
”Ruskie – wiadomo – świetne chlopaki: i zbawili Żydów i w drodze do Berlina zabawili niejedną kobietę.”
Co racja, to racja. Niejedna Niemra przekonała się na swojej własnej (CENZURA), że wojna ma także swoje przykre strony. Taka pedagogika, drogą okrężną (do głowy przez obolałą (CENZURA)) jest może brutalna – ale skuteczna. Herrenvolkom na parę pokoleń odechciało się zabaw z gazem i piecem.
”Ale nasze aniołki czyli aktualnie załzawione Tomcie Paluchy”
Nas jest raz. Ta liczba mnoga, czyli tworzenie ”wrogiej organizacji” to chyba z ”Poradnika agitatora”?
”Szpilek przecież nie czytały”
Nie da się. Jak bolszewii zabrakło to i ”Szpilki” się nie uchowały. Ostatni numer wyszedł dwadzieścia lat temu.
Tomcio Paluch
09/07/2024
” No zgroza. Łzy mam w oczach, jak sobie pomyślę o tych zacnych ukraińskich wachmanach z Treblinki
i o chłopakach z SS-Galizien, których paskudna bolszewia tak brzydko potraktowała. ”
—————————————————————————————————————-
Był rok 55 i optymistom poczęło się wydawać, ze Bolszewia na dobre się z Polski wycofała.
Np. Kulmowa opublikowała w Szpilkach taki oto wierszyk:
WKP(b) znam niezbyt ściśle.
Nie jestem wzór. Nie jestem spiż.
Po prostu głupio mi że myślę
Po czym się okazało, że Bolszewia szybciutko wrócila (z góry upatrzonych pozycji) i ukarała
autorkę całkowitym zakazem publikacji.
Ale nasze aniołki czyli aktualnie załzawione Tomcie Paluchy Szpilek przecież nie czytały i wyglada na to,
że po dziś dzień studiują Polewoja.
Oj, mnoży się ta korespondencja jak króliki Rojtszwańca!
Ruskie – wiadomo – świetne chlopaki: i zbawili Żydów i w drodze do Berlina zabawili niejedną kobietę.
Przerywam, nim dotrzemy do paktu Ribbentrop-Mołotow.
Bronek
@broszn
„A co z Bolszewią? I (jakoby) pozbyła się Gułagu i zmieniła imię ale jak się pastwiła kiedyś nad Ukrainą,”
No zgroza. Łzy mam w oczach, jak sobie pomyślę o tych zacnych ukraińskich wachmanach z Treblinki i o chłopakach z SS-Galizien, których paskudna bolszewia tak brzydko potraktowała…
Tomcio Paluch
Nie wiem, kto zacz ”Bronek”. Wiem za to, że nawet z Syberii czy z Kazachstanu
ludzie wracali. Za to nikt nie wracał żywy z Treblinki czy z Bełżca.
”Bronek” to alter ego @broszn. Kto ów Tomcio Paluch, nie mam ambicji dociec – wystarczy,
że z literatury znam upodobania dziczy, pardon – dowcipnisiów, z NKWD.
Wtłaczali np.setki więźniów na statek do Kołymy i polewali ich wodą.
Ci doplywali, a jakże, tyle że jako bryły lodu i jakoś nigdy nie słyszalem, żeby ktokolwiek żywy czy
nieżywy stamtąd wrócił.
A co z Bolszewią? I (jakoby) pozbyła się Gułagu i zmieniła imię ale jak się pastwiła kiedyś nad Ukrainą,
tak pastwi nadal.
Bronek
od Bronka
Tomcio Paluch: „Chwała Przedwiecznemu – przyszli. Jakby nie przyszli, to by ani jeden Żyd
w Europie żywy nie został.”
Nim przyszli, usiali Charków trupami zagłodzonych (Holodomor) ukraińskich dzieci,
zaś Ostjuden – którzy z carskiej Rosji nie uciekli do Polski – wysylali a to na pustynny Krym,
a to na daleką Syberię (żyją tam po dziś dzień).
Chwała Przedwiecznemu, że Stalin nie zdążyl im zaplanować przeprowadzki do Magadanu,
miarą NKWD z Birobidżanu na Kolymę wcale nie tak daleko.
@broszn
”od Bronka … Ostjuden … Chwała Przedwiecznemu, że Stalin nie zdążyl im zaplanować przeprowadzki do Magadanu”
Nie wiem, kto zacz ”Bronek”. Wiem za to, że nawet z Syberii czy z Kazachstanu ludzie wracali. Za to nikt nie wracał żywy z Treblinki czy z Bełżca.
Na pewno angielscy lordowie mieli lepsze maniery a Amerykanie ładniejsze samochody i ładniejsze gwiazdy filmowe. Tylko że ani jedni, ani drudzy nie zamierzali przeszkadzać w działalności komór gazowych i pieców krematoryjnych. Jakby nie wyzwol.. sorki, wróc, jakby nie Zbrodnicze Wkroczenie Bolszewickiej Dziczy (tak będzie dobrze?), to by ani jeden Żyd w Europie żywy nie został.
”Kto prosił ruskie?” – pyta barmanka w barze mlecznym. Odpowiedź z sali: „Nikt nie prosił, same przyśli”
Chwała Przedwiecznemu – przyszli. Jakby nie przyszli, to by ani jeden Żyd w Europie żywy nie został.
Bronek:
Dobrze sie czyta, np.taki kwiatek:
”harcmistrze jeździli przed wojną na szkolenia oenerowskie.
Uczono ich, jak organizować pogromy: jak bić Żydów, żeby nie było tego widać. Ćwiczyli,
jak wchodzić do sklepów na czworakach, tyłem, żeby niby to przypadkiem rozwalać lady.”
Albo takie:
Wczesny PRL:
”Joanna o mało co nie wyleciała ze studiów, gdy padło groźne podejrzenie.
Pani vice-rektor uczelni powiedziała: „Daj mi słowo honoru, że nie jesteś
wnuczką obszarnika, a my nie wyrzucimy cię ze szkoły!” Więc Joanna spokojnie
dała słowo honoru, że nie jest wnuczką obszarnika, a potem dodała
dramatycznym szeptem: „Jestem wnuczką fabrykanta!” No i co? Nie wyrzucili.
Kto prosił ruskie?” – pyta barmanka w barze mlecznym. Odpowiedź z sali: „Nikt nie prosił, same przyśli”
Dziękuję za zabawne i inteligentne teksty! Przyjemność czytania.