
Jest to spór o współczesną historię Polski, wyrażony w prywatnej korespondencji Andrzeja i Marka Walickich, która ukazała się właśnie nakładem Instytutu Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk. Autorem książki „O Andrzeju Walickim inaczej. Opowieść epistolarna” jest Marek Walicki, który w 1949 roku jako nastolatek uciekł „Z Polski Ludowej do Wolnej Europy” (taki tytuł nosi jego poprzednia książka). Jego korespondentem a zarazem przeciwnikiem w dyskusji jest jego przyrodni bratanek Andrzej Walicki, rusycysta, rusofil i wybitny historyk idei, laureat Międzynarodowej Nagrody im. Eugenia Balzana. Tak się złożyło, że stryj i bratanek byli niemal w tym samym wieku (roczniki 1930 i 1931) a ich spór zaczął się kilka pokoleń wcześniej, bo po otrzeźwiającej klęsce Powstania Styczniowego, która zrodziła ugodowy program pozytywistycznej pracy organicznej dla ratowania polskości od wewnątrz bez względu na taką czy inną władzę zewnętrzną.
Andrzej i Marek Waliccy rozeszli się dosłownie i metaforycznie w 1949 r., gdy ojciec Andrzeja, historyk sztuki Michał Walicki został uwięziony za działalność w antykomunistycznym wywiadzie AK, a osiemnastoletni Marek uciekł przez dwie zielone granice na Zachód. Jako syn skazanego wroga Polski Ludowej Andrzej Walicki był piętnowany i prześladowany za swój grzech pierworodny. Nie przez bezpiekę. Od tego były wredne kolektywy partyjne i ZMP-owskie w każdej szkole, każdej klasie, na każdej uczelni. Termin „kult jednostki” jest mylący, bo sugeruje, że nie system był winny, lecz tamta jednostka na Kremlu, a w rzeczywistości absolutną władzę sprawowały kolektywy, które terroryzowały i rytualnie rozprawiały się z każdą jednostką jaka im się nie podobała. Jest to poświadczone w pamiętnikach, wspomnieniach, dziennikach (włącznie z „Dziennikami” Agnieszki Osieckiej). „Piekło to my” – twierdził Sartre – a sprawdziło się to najbardziej w kolektywnej dyktaturze komunistycznej z nieznaczną modyfikacją: system to my.
Synowi wroga politycznego pozwolono studiować na rusycystyce, najbardziej niepopularnym wydziale, gdzie zawsze było więcej miejsc niż studentów. Uchwycił się tych studiów jak pasa ratunkowego i dokonał w nich więcej niż jakikolwiek inny polski rusycysta. Październik 1956 był dla nas wszystkich przełomem, lecz dla niego wręcz wyzwoleniem i będzie później jako uczony obstawał przy opinii, że skończył się wtedy komunizm totalitarny i że można było z tą nową wersją dyktatury współżyć. Dowodem miały być – i zapewne były – jego liczne prace naukowe, które w poprzedniej fazie byłyby niemożliwe. Co więcej, doszedł do wniosku, że było to optimum, na jakie w ówczesnej sytuacji politycznej można było liczyć. Uchylono okienko na Zachód, skąd wiatr przywiewał najlepszą ówczesną literaturę, najlepsze sztuki teatralne, filmy. Wprawdzie już po roku przykręcono trochę śrubę, żeby przypomnieć kto rządzi, ale nie tak mocno jak przedtem. Owszem był Marzec a potem Grudzień (jeden i drugi), bo państwo było wciąż policyjne, ale zgodnie z twierdzeniem historyka idei już nie totalitarne.
Spór obu Walickich był i jest zasadniczy. Profesor Walicki uważał, że „jako uczony i najwybitniejszy znawca historii myśli rosyjskiej XIX w. [był] w stanie przyczynić się do pozytywnych zmian w PRL”, a uchodźca polityczny Marek Walicki, że „jego działania musiały oznaczać niejako legitymizowanie ówczesnego systemu, petryfikowanie go na długie lata”. Profesor upierał się, że „ci, którzy poświęcili się pracy wewnątrzsystemowej, życia nie zmarnowali, choć cały ten ustrój […] runął bezpowrotnie”. Jako wybitny rusycysta był zapraszany na najlepsze zachodnie uczelnie, dzięki czemu mógł prowadzić szczerą korespondencję z krewnym, który był uchodźcą politycznym. W liście z Oksfordu datowanym 14 listopada 1973 r. pragmatycznie podkreślał, że „zależność od ZSRR należy, niestety, do istoty systemu, [który] musi istnieć, bo tego wymaga pokój” i że Gierek „ma poważne osiągnięcia w zakresie stopy życiowej” nawet jeśli „płaci za nie trybutami ideologicznymi i większą zależnością od ZSRR”. Jego konkluzja: zmiany systemu „możliwe są tylko pod warunkiem ogólnej zmiany układu sił w Europie” (s. 94).
Pomimo zasadniczej różnicy poglądów zarówno krajowy ugodowiec, jak i niepodległościowy uchodźca stali po stronie Radia Wolna Europa. Zwłaszcza w 1973 roku, gdy pod wpływem odprężenia (detente) w stosunkach amerykańsko-sowieckich Waszyngton skłonny był zamknąć usta tej rozgłośni. Nawet ugodowy bratanek uważał, że „drastyczne posunięcia wobec RWE są dowodem głupoty politycznej” i że „Amerykanie grubo się mylą, sądząc, że to sprawy mniej ważne w porównaniu np. z bliskowschodnią naftą”. Właśnie w tym czasie zacząłem pracować w polskim Głosie Ameryki i wypytywano mnie jako stosunkowo świeżego uchodźcę z Polski, co lepiej zamknąć, Wolną Europę czy Głos Ameryki, a ja odpowiadałem, że Głos Ameryki, świadomie podcinając gałąź, na której siedziałem, a która zanadto się „odprężała” na korzyść Moskwy. Aż w maju 1978 doszło do ocenzurowania informacji o zbrodni katyńskiej tak, by nie było wiadomo, kto ją popełnił. Jestem wciąż zobowiązany do utrzymania w tajemnicy, kto się postarał o przeciek do prasy, wywołując skandal. W akcji protestacyjnej brałem czynny udział po stronie Marka Walickiego i szczegółowo ją opisałem (patrz „Skandal katyński w Waszyngtonie”, Gazeta Wyborcza nr 79/1998 i „Ciąg dalszy”, Świat Książki 2008, rodz. „Skandal”).
Uniwersytet latający, który pojawił się w roku 1973, nawiązywał do tradycji z przełomu XIX i XX wieku. Andrzej Walicki wystawił mu ocenę negatywną za „instrumentalne traktowanie nauki”, wykorzystywanie jej dla celów politycznych i niebezpieczną prowokację. Jako realista akceptował, że „Polska nie jest krajem suwerennym”. Twierdził, że istnieje rodzaj cichego porozumienia między władzą a społeczeństwem, fasada, z którą da się żyć, a niszczenie tej fasady jest „autodestrukcją, strzelaniem samobójczych bramek” i prowadzi do represji. PRL był, jego zdaniem, wyjątkiem w obozie socjalistycznym, „krajem, w którym nauka i kultura zdobyły sobie wyjątkowo duży stopień niezależności”. Walka polityczna groziła utratą tych osiągnięć i torowała drogę „karierowiczom i półinteligentom kosztem ludzi najwartościowszych”. Radził „szukać porozumienia między bezpartyjną, patriotycznie zaangażowaną inteligencją a liberalniejszym lub po prostu rozsądniejszym, skrzydłem partii” (s. 118-120). Na te argumenty nie znajduję u Marka Walickiego odpowiedzi. Może na dowód, że czasem obie strony mają trochę racji?
Jest za to wzmianka o donosach na profesora ze strony „ludzi, którzy zazdroszczą [mu] dużej ilości publikacji i wyjazdów za granicę”, uważając, że należą się one „swoim”, „politycznie pewnym i dającym temu dowody przez robienie świństw”. A było co donosić, gdyż pomimo lojalności wobec władz uczony utrzymywał kontakty „z podejrzanymi osobami” i pisał „niemarksistowskie” prace rewidujące „słuszne partyjne oceny”. Wiedział, że jest tolerowany jako „rodzaj towaru eksportowego”, dowód liberalizmu władzy („oczywiście pod warunkiem, że nie angażuję się w jawną opozycję”). Zatem był to pragmatyzm z obu stron (s. 123).
Był przekonany, że daje z siebie maksimum „broniąc humanistyki polskiej przed sowietyzacją”, ale opozycji to nie wystarczało, chciała, by otwarcie opowiedział się po jej stronie. Tu miał dylemat. Jeśli przyłączy się do opozycji, to utrudni sobie lub uniemożliwi stosunkowo niezależną pracę naukową. Jeśli nie, to zostanie uznany za przedstawiciela nauki „oficjalnej”, licencjonowanej (s. 124). W liście to Marka wyjaśniał: „Bardzo chcę niepodległości Polski, a także demokratyzacji ZSRR” i „żeby komunizm w Rosji zawalił się […], ale kto angażuje się w opozycję, powinien […] poświęcić się temu bez reszty”. A on miał na celu „odkłamanie dziejów myśli rosyjskiej”, „odkłamanie dziejów polskiej filozofii i myśli społeczno-politycznej”, „prawo humanistyki polskiej do niezależnych sądów o kulturze rosyjskiej” oraz „propagowanie myśli polskiej na Zachodzie” i „uświadamianie, że zachodni slawiści nie mają prawa być tylko rusycystami”. Wskazywał pole walki „między tymi, którzy ratują honor nauki polskiej, a tymi, którzy ją prostytuują”, dodając: „ci ostatni bardzo by się ucieszyli, gdybym przystąpił do opozycji […] i oddał im wszystkie swoje pozycje” (s. 125-126). Uważał, że reprezentuje „inną koncepcję oporu”, wskazując, że „tylko w PRL pojawił się uczony piszący o sprawach rosyjskich zupełnie samodzielnie i na takim poziomie, że książki jego pojawiają się na Zachodzie i zaliczone zostały do światowej czołówki” (s. 147). Sprzeciwiał się wszelkim formom „swoistego terroru moralnego” ze strony otwartej opozycji, argumentując, że „łatwiej jest skłonić absolutyzm do ograniczenia zakresu swej władzy niż do podzielenia się władzą” i że „liberalizacja ma większe szanse niż polityczna demokratyzacja”, bo „w polityce liczy się skuteczność, efektywność, a nie efektowność działań” (151-154). Czyli jeszcze raz pragmatyzm.
Sierpień 1980 „spędzał [mu] sen z oczu” z obawy przed sowiecką interwencją, która byłaby katastrofą i uniemożliwiłaby „uczciwą pracę organiczną”. Znów podkreślał, że „w interesie wszystkich leży (na razie) utrzymanie tej fasady oraz sprawienie, aby istotnie była ona tylko fasadą”, bo alternatywa jest dużo gorsza (s. 132-134). Był w rozterce. Nie czuł się stworzony do roli dysydenta: „bardziej cenię wolność jednostki niż samorządność różnych grup, wyżej stawiam rządy prawa niż egalitaryzm, […] wolę mechanizmy rynkowe niż ciągłe przetargi rządu ze związkami zawodowymi”. A z drugiej strony, jeśli ograniczy się do „organicznej” pracy naukowej, to stanie się „mimo woli elementem establishmentu i wygodną fasadą dla systemu” (s. 138). Zamach stanu w postaci stanu wojennego uważał za klęskę dla polskiej inteligencji i kultury uniemożliwiającą „zachowanie niezależności intelektualnej” i co gorsza, „zielone światło dla miernot, karierowiczów bez skrupułów i bez krzty sumienia. A mogło być inaczej” (s. 143).
Marek Walicki sprzeciwiał się jego konkluzjom. „Postawa i działania Andrzeja […] nie mogły przyczynić się do zbliżenia Polski i Rosji. […] Jego argument, że tradycyjny wielkoruski nacjonalizm nie różni się zasadniczo od innych nacjonalizmów europejskich, był raczej wątpliwy [a] z chwilą pełnowymiarowej agresji na Ukrainę nacjonalizm rosyjski stał się bez reszty ludobójczy”. Także jego program „rozpychania” istniejących struktur nie mógł zdać egzaminu z powodu „skandalicznej polityki gospodarczej” reżimu. Autor książki, jak chyba większość Polaków twierdzi, że bez wielomilionowego ruchu „Solidarności” nie doszłoby do upadku komunizmu w Europie i odzyskania przez Polskę niepodległości (s. 140).
W połowie 1982 roku, będąc profesorem w Australii, Andrzej Walicki dowiedział się, że w kraju „pojawił się nowy element w postaci policyjnych zabójstw”. Uznał to za „bankructwo systemu”. Żałuje „zaprzepaszczonych szans”, bo całe życie stawiał na „racjonalną, długofalową pracę na zewnątrz systemu” (s. 174). Jednocześnie jako historyk idei ostrzegał, że „zbuntowani robotnicy, choćby śpiewali pieśni maryjne, też są komunistami (kolektywistami), tyle że anarchizującymi” i że „idea rad robotniczych i samorządów to wskrzeszenie pierwotnej treści idei sowietów” (s. 178). Nadal postulował „wzajemne zrozumienie między komunistyczną władzą a niekomunistycznym społeczeństwem dla dobra narodowego”: „musimy umieć manipulować takim rządem [a] nie stawiać władzy w sytuacji bez wyjścia” (s. 1873-187). Wciąż utrzymywał, że „rząd Generała [Jaruzelskiego] jest bez wątpienia najliberalniejszym rządem w całej historii PRL i stosunkowo najmniej komunistycznym (s. 202). Stan wojenny uważał za „mniejsze zło” jako jedyną alternatywę sowieckiej inwazji. Natomiast Marek Walicki zgadza się z oświadczeniem paryskiej „Kultury”, że Jaruzelski „okazał się całkowitą kukłą Moskwy” (s.223).
Profesor Walicki wciąż upierał się, że jego niezależna praca „rozmiękczała system”, a uchodźca Walicki zarzucał mu, że chciał ulepszać system, który przecież „stanowił część imperium radzieckiego” (s. 308). Pierwszy pisał, że „do upadku kom. totalitaryzmu w Rosji najbardziej przyczynił się Gorbaczow” i „zasługuje na szacunek całego świata”, a drugi przypisywał Gorbaczowowi tylko „przyspieszenie demontażu imperium, które samo się już rozpadało” (s. 254). W tym akapicie moim skromnym zdaniem znów obaj mają rację.
Profesor Walicki wyjaśniał, że jego książka „Marksizm i skok do królestwa wolności” wskazuje, że „totalitaryzm był logicznym rozwinięciem marksistowskiej utopii gospodarki bezrynkowej – bo alternatywą więzi gospodarczych mogła być tylko wszechogarniająca przemoc fizyczna i symboliczna (indoktrynacyjna)” (s. 378). Czego oczywiście nie wybaczy mu zachodnia lewica, która upiera się, że „idea była dobra, tylko wykonanie złe”, sugerując, że ona, zachodnia lewica, wykona to dobrze. Marek Walicki zaś solidaryzuje się z czytelnikiem, który w ogóle odradzał profesorowi „zajmować się marksizmem jako doktryną […], chyba że chodzi o wykazanie [jej] nicości, perfidii, kłamliwości i obskurantyzmu” (s. 214).
„Myślę, też, że Putin b. długo chciał być sojusznikiem USA, godząc się na rolę nr 2 a nawet nr 3, ale nie na rolę państwa okrążanego, wypieranego z przestrzeni, która […] miała być poza sferą NATO”. To już klasyczny przykład naiwności uczonego teoretyka w przeciwieństwie do praktykującego polityka, który słusznie pyta „dlaczego sowiecki komunizm nie miał swojej Norymbergi i wielu jego zbrodniarzom jakoś uszło”. „Wielu”? Prawie wszystkim. Dlaczego? Bo trwał ponad 70 lat. A było to 70 lat negatywnej selekcji: najgorsi eliminowali najlepszych. Dlatego nie zażądano otworzenia teczek i dlatego – nie tworzono. A kto ma owe teczki?….
W korespondencji Walickich nie brak uwag o zakulisowych animozjach i nieporozumieniach postaci z polskiej historii współczesnej, jak „Zbig” Brzeziński, Jan Karski, Jan Nowak-Jeziorański, pułk. Kukliński. Nie komentuję ich, niech każdy sam sobie przeczyta, ale nie rozumiem a autor książki ani redakcja nie wyjaśniają, co miał na myśli profesor Walicki, pisząc, że Jan Nowak-Jeziorański „z własnych doświadczeń znał brutalne metody stosowane przez Żydów i bał się jak ognia zadzierania z nimi – co stworzyło mu reputację entuzjastycznego żydofila” (s. 461). „Brutalne metody stosowane przez Żydów” nie są mi znane jako takie i nie widzę o nich wzmianki w żadnej encyklopedii, a chciałbym wiedzieć, czym się różnią od metod stosowanych przez rodowitych Polaków czy Rosjan. Jan Nowak był mi zawsze życzliwy, lubił moją poezję, przychodził na moje występy autorskie, zaszczycił mnie nawet swą obecnością na uroczystości wręczenia mi nagrody literackiej imienia swego przeciwnika Jana Karskiego. Czy to była żydofilia? Myślę, że profesor w prywatnym liście do bliskiego krewnego pozwolił sobie na kolokwializm, jakiego nie użyłby w żadnej fachowej wypowiedzi, bo gdyby był poważnie uprzedzony do Żydów to nie uznałby za „patologię” przeczytane w prasie twierdzenie, że Polacy najbardziej ucierpieli w czasie II wojny światowej, bo „nie tylko 6 milionów ofiar – autor zapomniał, że w połowie Żydów, na których się obłowiliśmy…” (s. 453).
W Ameryce, którą dobrze poznał jako częsty profesor-rezydent a w końcu obywatel, nie podobała mu się „rezygnacja z własnych tradycji historycznych w imię multikulturyzmu – posunięta aż do ubolewań z powodu odkrycia Ameryki przez Kolumba” oraz „sytuacja, w której czarna mniejszość zdominowana jest przez antybiały, afrocentryczny rasizm…” (s. 273). Pisał to w roku 1996, czyli w początkach amerykańskiej rewolucji kulturalnej. Dobrze, że nie widzi co dzieje się dziś. Nie podobała mu się również postępująca „centralistyczna kontrola, biurokratyzacja” w wolnej Polsce. „Systematyczne pogarszanie sytuacji pracowników nauki i „nazbyt ponoć kosztownych placówek”, „republika kolesiów” a wszystko to „na tle załamującej się służby zdrowia (20 lat oczekiwania na operację zaćmy), załamującego się systemu emerytalnego, kryminalnego niedofinansowania nauki przy jednoczesnym zwiększaniu biurokratycznej opresji…” Bezpłatne (socjalistyczne) leczenie, w którym „wizytę u lekarza wyznacza się na za trzy lata” (!), jakie od lat postuluje również amerykańska lewica. I biurokratyczna opresja, która jest tradycją Europy Środkowej. Tak było pod zaborami i w II RP i w PRL i – jak widać – znowu tak jest. Ponieważ biurokracja jest czwartą władzą. W Polsce przed mediami (w Ameryce głęboka biurokracja sprzymierzona z wszechmocnymi mediami, „wybiera” kogo chce na najwyższe urzędy.
„Postrzegany jestem jako rzecznik idei szlachetnych, ale raczej przegranych, jak np. idea wzajemnego zrozumienia i przyjaźni między Polską a Rosją” (s. 369) – przyznawał Profesor Walicki. I rzeczywiście tu przegrał beznadziejnie. Natomiast jego dewiza: „niezależność nade wszystko, jak najdalej od zbiorowych emocji i despotycznej presji kolektywu, jakiegokolwiek, z narodowym włączcie” (s. 371) jest moim zdaniem godna uznania.
Kategorie: Uncategorized

