
Wracam do tej sprawy, bo pod wcześniejszymi artykułami o flotylli i drugim już incydencie z dronami pojawiło się wiele nowych komentarzy. Chcę Państwu przedstawić, jak wygląda ta sytuacja w odniesieniu do Francji i Belgii, gdzie również pojawiły się głosy żądające ochrony dyplomatycznej dla flotylli zmierzającej do Gazy.
Francuscy i belgijscy artyści żądają od swoich rządów ochrony dyplomatycznej dla flotylli zmierzającej do Gazy. Niestety, prawo międzynarodowe nie przewiduje eskorty wojennej dla obywateli, którzy świadomie ryzykują, płynąc w strefę wojny. Państwo może udzielić pomocy konsularnej, ale nie zamienia się w ochroniarza politycznych turystów. Kiedy grupa francuskich i belgijskich artystów apeluje o ochronę dyplomatyczną dla flotylli, brzmi to jak dramatyczny apel o przetrwanie „humanitarnej akcji dla Gazy”. Ci z Państwa, którzy czytali moj wcześniejszy artykuł wiedzą, skąd moje cudzysłowie, organizatorzy udowodnili- odrzucając włoską propozycję kompromisu – że nie o przetrwanie ludzi chodzi a o przełamanie blokady. Taka to nowożytna humanitarność. Niestety polityka państwa nie polega na spełnianiu życzeń celebrytów, lecz na działaniu w ramach prawa międzynarodowego i trosce o bezpieczeństwo obywateli. A to oznacza jasno: rządy nie mają ani obowiązku, ani prawa militarnej obrony osób, które z własnej woli i wbrew ostrzeżeniom zdecydowały się wziąć udział w niebezpiecznej ekspedycji.
Każde państwo jest zobowiązane do ochrony swoich obywateli, ale ta ochrona ma określone granice. Jeśli turysta utknie w obcym kraju, może liczyć na pomoc konsularną. Jeśli obywatel zostanie zatrzymany, państwo zabiega o dostęp do adwokata i humanitarne traktowanie. Natomiast eskortowanie okrętami wojennymi czy gwarantowanie ochrony dyplomatycznej dla prywatnych, politycznych przedsięwzięć nie mieści się w żadnym katalogu obowiązków międzynarodowych. Oczekiwanie, że Francja, Polska, czy Belgia wyślą swoje fregaty w obronie flotylli, można przyrównać do sytuacji, gdy idziemy na działkę sąsiada po to, żeby połamać mu płot, bo chcemy pokazać wszystkim, jacy jesteśmy silni, a potem dzwonimy na policję i żądamy, żeby to nas ochraniała. Polityka międzynarodowa to nie kłótnia przy płocie; tu konsekwencje są poważniejsze niż pretensje o grządkę czy złamany płot.
Wydarzenia z nocy 23/24 września na południe od Krety, kiedy to flotylla Global Sumud zgłosiła atak dronów, wywołały lawinę oskarżeń. Organizatorzy natychmiast wskazali winnego – Izrael, podczas gdy władze izraelskie zaprzeczyły i podkreśliły, że sama inicjatywa ma charakter polityczny, nie humanitarny. Brak twardych dowodów i przerzucanie się wzajemnymi oskarżeniami nie rozwiązuje jednak podstawowego problemu: jak bezpiecznie i legalnie dostarczyć pomoc cywilom w Gazie. W odpowiedzi pojawiła się propozycja włoskiego ministra obrony, by przeładować ładunek na Cyprze i przekazać go neutralnemu Łacińskiemu Patriarchatowi Jerozolimy, rozwiązanie rozsądne, zgodne z prawem międzynarodowym i dające realną szansę, że pomoc trafi do potrzebujących, a nie w ręce organizacji zbrojnej. Flotylla jednak odrzuciła tę opcję, pokazując tym samym, że priorytetem jest gest polityczny, a nie szybkie i bezpieczne wsparcie cywilów.
W Polsce głośno wybrzmiały słowa ministra Radosława Sikorskiego: „Polska nie jest firmą ubezpieczeniową dla politycznych turystów”. To stanowisko, które łatwo przełożyć na sytuację Francji i Belgii. Żaden rząd odpowiedzialnego państwa nie może narażać życia własnych żołnierzy i marynarzy, by eskortować flotyllę, której organizatorzy odrzucają propozycje legalnego dostarczenia pomocy humanitarnej. Francja i Belgia mogą, co najwyżej, interweniować dyplomatycznie w razie zatrzymań i dbać o prawa swoich obywateli, ale nie mogą gwarantować parasolki ochronnej na wodach międzynarodowych, tego nie przewiduje żaden traktat ani konwencja.
Dla kogoś poważnego i inteligentnego takie stanowisko państwa jest najnormalniejsze pod słońcem. Niestety dla rozemocjonowanych tłumów, już nie bardzo. Gdybyśmy chcieli za każdym politycznym gestem rozładowywać emocje i wysyłać marynarki wojenne, to właściwie nikogo na świecie już by nie było. Konflikt stałby się permanentny i samonapędzający, a dyplomacja zamieniłaby się w straż pożarną gaszącą codziennie pożary wywołane przez cudze fanaberie.
Oczekiwanie, że rządy francuski, belgijski, czy polski wezmą odpowiedzialność za aktywistów, którzy świadomie wkroczyli w strefę wojny, to myślenie życzeniowe. Państwo prawa nie jest narzędziem do inscenizacji politycznych happeningów. Wysyłanie wojsk w imię ochrony flotylli oznaczałoby de facto otwarte wejście w konflikt z Izraelem, a żaden odpowiedzialny rząd nie zrobi tego na życzenie artystów podpisujących się pod emocjonalnym apelem.
Tak jak w Polsce, gdzie większość społeczeństwa sprzeciwia się finansowaniu cudzych przygód, tak samo we Francji i Belgii obowiązuje zasada: obywatel ma prawo do pomocy konsularnej, ale nie do ochrony militarnej podczas ryzykownej wyprawy. Artyści mogą żądać spektakularnych gestów, ale państwa muszą działać odpowiedzialnie. Wojna to nie jest scena, a rządy nie są reżyserami widowisk politycznych.
Tak jak Państwu obiecałam, o ile to możliwe w swoich artykułach będę podawać odnośniki prawne. Oto one:
Konwencja wiedeńska o stosunkach konsularnych (1963) – art. 5 i 36 określają zakres pomocy konsularnej, nie przewidując militarnej ochrony obywateli.
Konwencja Narodów Zjednoczonych o prawie morza (UNCLOS, 1982) – art. 87–90 gwarantują wolność żeglugi, ale nie dają prawa do eskortowania prywatnych ekspedycji łamiących blokadę.
San Remo Manual on International Law Applicable to Armed Conflicts at Sea (1994) – par. 67–98 dopuszczają blokadę morską, jeśli jest skuteczna i zgodna z prawem wojny, a państwa trzecie nie mogą jej jednostronnie przełamywać.
Dziękuję za uwage
FB
Kategorie: Uncategorized

