
Jak juz pisałam, kiedy świat świętował zawieszenie broni, Izrael nie miał złudzeń. Nie miałam ich i ja, o czym pisałam. Nie przewidziałam jednak, ze nienawiść do wszystkiego co żydowskie zajdzie aż tak daleko, że nawet osoby należące do szeroko pojętej inteligencji będą usprawiedliwiać Hamas. Posądzono mnie o szerzenie propagandy, o pochwałę ludobójstwa, o akceptację zabijania dzieci, o dehumanizację narodu palestyńskiego – tylko dlatego, że staram się najrzetelniej jak potrafię – podpierając się weryfikowalnymi źródłami – tłumaczyć zawiłości Bliskiego Wschodu. Będę to robić nadal pomimo życzenia mi śmierci w co piątej wiadomości, oraz wulgaryzmów, które pod moim adresem padają często z ust ludzi związanych z kulturą. Mam więcej kultury od nich, więc kontynuuję:
W Jerozolimie wiedziano, że Hamas potraktuje przerwę w walce nie jako koniec wojny, ale jako przerwę w przeładowaniu broni. Zawieszenie, ogłoszone 8 października 2025 roku, było raczej testem dobrej woli niż realnym porozumieniem. Izrael wypełnił swoje zobowiązania – zatrzymał ofensywę, dopuścił pomoc humanitarną, wypuścił część więźniów, otworzył przejścia graniczne. Hamas miał oddać zakładników, przekazać ciała ofiar, zrezygnować z działań zbrojnych i nie wykorzystywać obiektów cywilnych do celów militarnych. Już po kilku dniach było jasne, że te zobowiązania nie zostaną dotrzymane. Zamiast zwracać zakładników, Hamas zaczął wymieniać listy wymówek. Ciała Izraelczyków, które miały zostać przekazane rodzinom, wciąż leżały w ruinach lub w podziemnych tunelach. Izraelskie służby przechwytywały sygnały wskazujące, że Hamas wykorzystuje przerwę na odbudowę struktur bojowych – przemyca materiały z Egiptu, kopie nowe tunele, rozstawia wyrzutnie rakiet w pobliżu szkół i szpitali.
Mimo to Izrael trwał w zawieszeniu broni. Odpowiadał cierpliwie na prowokacje, a gdy rakieta spadała na terytorium przygraniczne, reagował ostrzeżeniami, nie ogniem. Ale cierpliwość ma granice – zwłaszcza tam, gdzie bezpieczeństwo obywateli jest obowiązkiem, nie politycznym gestem. W międzyczasie zaczęły się pojawiać wzajemne oskarżenia. Hamas i tzw. „Biuro Mediów Gazy” ogłosiły, że Izrael naruszył zawieszenie broni 47 razy i że zginęło 38 Palestyńczyków. Oczywiście, nie wspomnieli, że większość tych „cywilnych ofiar” to bojownicy z bronią w ręku lub członkowie organizacji powiązanych z Hamasem. W Gazie każdy, kto ma karabin, jest cywilem, dopóki nie padnie.
Izrael odpowiedział jasno: to Hamas pierwszy złamał rozejm. Raporty armii wskazują, że od 10 października bojownicy kilkakrotnie otwierali ogień w stronę izraelskich patroli, prowadzili zwiady w strefie buforowej i próbowali przenikać na izraelską stronę. Izraelskie oddziały w większości przypadków nie odpowiadały, dopóki nie zostały bezpośrednio zaatakowane. Prawdziwy przełom nastąpił dziś – 19 października. Bojownicy Hamasu wystrzelili z rejonu Rafah pocisk przeciwpancerny w kierunku izraelskiego pojazdu patrolowego. Dwóch żołnierzy zginęło na miejscu, trzech zostało rannych. To nie był incydent. To było świadome złamanie zawieszenia broni. W odpowiedzi Izrael przeprowadził precyzyjne naloty na tunele i magazyny broni w południowej części Gazy.
W tej sytuacji premier B.Netanyahu nie miał wyboru. Nakazał zamknięcie przejścia w Rafah i jasno zapowiedział: dopóki Hamas nie odda ciał zakładników i nie zaprzestanie agresji – nie będzie żadnych rozmów, żadnych konwojów, żadnych złudzeń. Świat oczywiście zareagował jak zawsze – ONZ wyraziło „zaniepokojenie”, Unia Europejska „apelowała o powściągliwość”, a zachodnie media powtórzyły stare frazesy o „eskalacji po obu stronach”. Jakby istniały dwie równorzędne strony: armia demokratycznego państwa i terrorystyczna organizacja, która strzela zza pleców własnych kobiet i dzieci.
Tymczasem Izrael działał w samoobronie. Bo każde państwo ma prawo bronić swoich żołnierzy, swoich granic i swojego istnienia. Kiedy Hamas atakuje, Izrael nie może milczeć – nie po 7 października 2023 roku, nie po setkach zakładników, nie po dwóch latach terroru. To, co wydarzyło się dziś, nie jest początkiem nowej wojny, lecz kontynuacją tej samej, którą Hamas prowadzi od dwudziestu lat. Izrael nie rozpoczął tej walki, ale musi ją dokończyć. Bo dopóki Hamas istnieje, dotąd każdy rozejm będzie tylko przerwą w kalendarzu przemocy.
Eksperci już teraz podkreślają, że zawieszenie broni nigdy nie miało solidnych fundamentów. Guy Grossman z Uniwersytetu Pensylwanii zwrócił uwagę, że pierwsza faza porozumienia – ta dotycząca zakładników, więźniów i pomocy humanitarnej – była jasna, ale reszta, czyli demilitaryzacja Hamasu i przyszła administracja Gazy, pozostawała całkowicie nieokreślona. To właśnie te niewyjaśnione kwestie, jego zdaniem, sprawiają, że rozejm był z góry skazany na kruchość. Ryan Bohl, analityk zajmujący się Bliskim Wschodem, wskazał, że oczekiwania wobec przyszłości Gazy są sprzeczne: Izrael widzi konieczność utrzymania kontroli i neutralizacji zagrożeń, podczas gdy część świata arabskiego i europejskiego marzy o „autonomii palestyńskiej”, jakby zbrojna grupa terrorystyczna mogła się nagle przemienić w strukturę cywilną. Z kolei Daniel Levy, izraelski politolog, przypomina, że bez mechanizmów weryfikacji każde zawieszenie broni jest fikcją – a fikcja w polityce Bliskiego Wschodu kosztuje życie.
Również analitycy amerykańscy zwracają uwagę, że Hamas celowo prowokuje Izrael, by utrzymać napięcie. Według Reutersa i Associated Press, Stany Zjednoczone już 15 października ostrzegły Hamas przed planowanym atakiem na własnych cywilów w Gazie – atakiem, który miał posłużyć do zrzucenia winy na Izrael. Centralne Dowództwo USA zaapelowało o natychmiastowe rozbrojenie organizacji i zakończenie przemocy wobec ludności palestyńskiej. To nie są słowa izraelskich polityków, tylko amerykańskiego wojska. Nawet Waszyngton widzi, że to Hamas jest odpowiedzialny za destabilizację rozejmu.
W Izraelu również nie brakuje głosów analitycznych. Wielu ekspertów zauważa, że społeczeństwo izraelskie nie ma już cierpliwości do iluzji „dwóch stron” i „równej winy”. Izraelczycy wiedzą, że żadne porozumienie nie utrzyma się tam, gdzie druga strona nie respektuje ludzkiego życia. Dla Hamasu rozejm to taktyka, dla Izraela to nadzieja na spokój. Ale kiedy nadzieja zostaje po raz kolejny zdradzona, pozostaje wyłącznie obrona.
To, co dzieje się teraz, nie jest więc zaskoczeniem. To była kwestia czasu. Wystarczył jeden pocisk, by pokazać światu, że Hamas nie potrafi żyć bez wojny. Izrael nie mógł milczeć – i nie milczy. Bo państwo, które milczy, kiedy jego żołnierze giną, przestaje być państwem.
Świat będzie znów liczył ofiary i mówił o „eskalacji”, ale historia zapamięta, kto pierwszy strzelił, i kto znowu musiał się bronić. Hamas złamał zawieszenie broni. Izrael odpowiedział. Tak działa państwo, które broni życia, a nie ideologii. Reszta świata może udawać neutralność, ale w Izraelu nikt nie ma wątpliwości, kto jest katem, a kto ofiarą.
To nie jest „eskalacja po obu stronach”. To jest rzeczywistość, w której jedna strona walczy o przetrwanie, a druga o prawo do zabijania. I jeśli dziś Izrael znów sięga po broń, to dlatego, że nic innego nie powstrzymało Hamasu nigdy wcześniej. Świat może milczeć, świat może wzdychać, świat może znów mówić o pokoju – ale pokój nie rodzi się z kłamstwa. Izrael nie prowadzi wojny z Palestyńczykami. Izrael prowadzi wojnę z terroryzmem. I dlatego nie może jej przegrać.
Zawieszenie, które nie było pokojem
Kategorie: Uncategorized

