
Postanowiłam napisać ten tekst, choć jego zasadniczą część opracowałam już wcześniej. To rozwinięcie moich wcześniejszych analiz i notatek, w których opisywałam, jak historia Bliskiego Wschodu została odwrócona do góry nogami przez emocje, które zastąpiły fakty. Niektóre wątki mogą więc być znane, przypominam je, ponieważ dziś nabierają nowego znaczenia, w kontekście ostatnich wydarzeń w Knesecie. Dodałam do tego tekstu tylko jeden nowy element, wątek ustawy, która wzbudziła falę histerii po lewej stronie sceny politycznej.
Lewica lubi symbole.
„Okupacja”, „kolonializm”, „prawo do powrotu” – słowa, które brzmią jak moralne zaklęcia. Wtedy nie trzeba znać dat, dokumentów ani kontekstu, bo wszystko da się wytłumaczyć emocją. A jednak to emocja, nie fakt, jest dziś główną walutą zachodniej opinii publicznej.
W epoce nagłówków i zdjęć prawda jest po prostu za długa, żeby się zmieści.
Ci, którzy dziś najgłośniej oskarżają Izrael o „agresję”, nie wiedzą, że Palestyńczycy mieli siedem szans, by stworzyć własne państwo, i siedem razy z nich zrezygnowali. Nie wiedzą, bo nie chcą wiedzieć. Bo w tej historii nie ma prostych ofiar i złych kolonizatorów. Jest polityka – trudna, logiczna, bez miejsca na romantyzm.
1. 1937 – Plan Peela
Brytyjska komisja zaproponowała dwa państwa: żydowskie i arabskie. Żydzi mieli dostać zaledwie 20% terytorium, głównie nieużytków. Arabowie – resztę. Żydzi się zgodzili.
Arabowie odrzucili plan, bo nie uznawali prawa Żydów do czegokolwiek. Zamiast dialogu – bunt i mordy.
2. 1947 – Plan ONZ (Rezolucja 181)
ONZ zaproponowała dwa państwa: żydowskie i arabskie, Jerozolimę pod kontrolą międzynarodową.
Izrael miał otrzymać 56% powierzchni, z czego większość to pustynia Negew.
Arabowie – 43%. Żydzi przyjęli plan, mimo że był geograficznie nierealny.
Arabowie odrzucili i sześć armii arabskich zaatakowało nowo powstały Izrael.
To nie była reakcja na „okupację”, tylko na samo istnienie żydowskiego państwa.
3. 1949-1967 – Cisza pod okupacją arabską
Zachodni Brzeg był pod okupacją Jordanii, Gaza – Egiptu. Wtedy nikt nie krzyczał o „okupacji”. Nie było flag Palestyny ani rezolucji ONZ w jej obronie. Nie było, bo nie było Izraela po drugiej stronie. Świat nie interesował się Palestyńczykami, dopóki nie można było ich wykorzystać przeciwko Żydom.
4. 1967 – Wojna sześciodniowa i trzy „nie”
Izrael został zaatakowany przez sąsiadów, a w sześć dni rozbił wrogie armie. Był gotów do negocjacji – ale Liga Arabska odpowiedziała trzema „nie” z Chartumu:
nie dla pokoju, nie dla uznania, nie dla rozmów.
Zamknięto wszystkie drogi dyplomatyczne.
5. 1993-2000 – Oslo i Camp David
Izrael podpisał porozumienia z OWP, przekazał terytoria, uznał Arafata za partnera.
W 2000 roku premier Ehud Barak zaoferował mu 94% Zachodniego Brzegu, całą Gazę i korytarz lądowy.
Arafat odmówił. Nie dlatego, że oferta była zła, tylko dlatego, że pokój kończyłby jego polityczną misję.
Wybuchła druga Intifada.
Zamiast państwa – terror.
6. 2005 – Wycofanie z Gazy
Premier Ariel Szaron wycofał się z Gazy. Ewakuowano ponad 8 tysięcy osadników.
Domy zrównano z ziemią, zostawiono infrastrukturę, szkoły, farmy. Świat mówił o „szansie na pokój”. Dwa lata później Hamas przejął władzę i rozpoczął ostrzał rakietowy.
Tak wyglądała „Państwowość w praktyce”.
7. 2008 – Propozycja Olmerta
Premier Ehud Olmert zaproponował Mahmoudowi Abbasowi 97% Zachodniego Brzegu, rekompensatę w ziemi i wspólne zarządzanie Jerozolimą. Abbas nie odpowiedział. Nie powiedział „nie” – po prostu zniknął z rozmów. Bo dla palestyńskich przywódców istnienie państwa oznaczałoby koniec mitu.
Siedem razy.
Siedem odmów, siedem zaprzepaszczonych szans.
A mimo to Zachód wciąż powtarza, że Izrael „blokuje pokój”. Nie czytają dokumentów, nie pamiętają faktów. Wystarczy zdjęcie ruin, żeby świat uznał, że zna prawdę.
Izrael nie jest państwem kolonialnym. Nie został przywieziony z Europy – narodził się tu, na tej ziemi.
Nie jest apartheidem, bo w izraelskich szpitalach arabscy lekarze operują żydowskie dzieci, a arabscy posłowie zasiadają w Knesecie.
Nie jest okupacją, bo Judea i Samaria to tereny sporne, nie należące do żadnego palestyńskiego państwa.
To są fakty. Ale fakty nie mają dziś znaczenia, gdy emocja daje większe zasięgi.
Jak naprawdę działa izraelska demokracja?
Kneset to nie zachodni teatr emocji, lecz precyzyjna machina prawna. Każda ustawa przechodzi przez czytanie wstępne, komisje, trzy czytania i podpisy. To proces wymagający, jawny, zgodny z obowiązującym prawem. Tymczasem prasa zachodnia zinterpretowała jedno czytanie wstępne jako „aneksję Zachodniego Brzegu”. To tak, jakby projekt ustawy o podatkach uznać za ogłoszenie rewolucji.
Kto naprawdę wniósł ustawę?
Projekt złożyli posłowie Limor Son Har-Melech (Otzma Yehudit) i Zvi Sukkot (Religious Zionism) – politycy bliscy Itamarowi Ben-Gwirowi i Bezalelowi Smotrichowi.
To ich inicjatywa, a nie rządu.
Premier Benjamin Netanjahu i jego partia Likud nie byli autorami projektu. Ale też nie stanęli mu na drodze.
Dlaczego? Bo w państwie demokratycznym każdy ma prawo głosu, a dojrzałe przywództwo polega nie na cenzurowaniu, lecz na kierowaniu procesem z dystansem i rozwagą.
Netanjahu nie potrzebuje spektakularnych gestów, po to, by dowieść siły Izraela. Wie, że każde słowo jest dziś analizowane w Waszyngtonie, Brukseli i w mediach. Dlatego jego decyzje są wyważone.
Nie po to, by kogokolwiek zadowolić, ale chronić stabilność kraju w momencie, gdy świat czeka tylko na pretekst, by krzyczeć. To nie unikanie odpowiedzialności, to jej najwyższa forma.
Lewica izraelska i zachodnia zareagowała przewidywalnie:
„Haaretz” napisał o „początku aneksji”, „Yedioth Ahronoth” – o „prowokacji wobec USA”.
Tymczasem Jerusalem Post spokojnie wyjaśnił, że to zwykła procedura. Lewica nie czyta, lewica czuje. Jej polityka kończy się tam, gdzie zaczyna się paragraf. Nie interesuje jej, że nikt nikomu niczego nie „zabrał” – liczy się jak zawsze emocja, która świetnie wygląda w nagłówku.
Izraelska prawica mówi językiem faktów. Lewica – językiem uniesień. Prawica pamięta wojny, intifady, 7 października. Lewica pamięta swoje marzenia o idealnym świecie. Prawica wie, że przetrwanie to obowiązek.
Lewica myśli, że można przetrwać z uśmiechem.
Izrael istnieje dzięki temu, że wciąż wygrywa z własną naiwnością.
Izrael nie walczy o terytoria, tylko o przestrzeń, w której można żyć bez lęku; nie okupuje, lecz broni i nie atakuje, lecz porządkuje.
Nie potrzebuje cudzej ziemi, ma wystarczająco własnej historii. Lewica świata może sobie pozwolić na moralne uniesienia, bo nikt nie strzela do jej dzieci. Izrael nie ma tego przywileju.
Nie jestem politykiem. Nie wszystko mi się w Izraelu podoba, ale nie muszę wszystkiego aprobować, by rozumieć, dlaczego państwo musi działać tak, jak działa.
Izrael to nie idea, tylko rzeczywistość, twarda, bolesna i logiczna. I dlatego go bronię. Nie dlatego, że jest doskonały, ale dlatego, że jest prawdziwy. W świecie, w którym emocja zastąpiła wiedzę, trzymanie się faktów stało się moim osobistym aktem odwagi.
Anna Grabowska
FB
Wszystkie wpisy Ani TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


@jholcman – zarzut apartheidu nie ma nic wspólnego z odmową prawa powrotu na tereny, które Arabowie opuścili w r. 1948, szczególnie że mowa o 3-4 pokoleniu po ówczesnych uchodźcach. Żądanie bez precedensu (ani prawnego ani historycznego) wziąwszy pod uwagę, że żadnej innej grupie etnicznej czy religijnej ”wygnanej” w powojennych latach 40-50 ub. stulecia nie przyznano ”wiecznego prawa powrotu” ani też żadna taka grupa się tego nie domaga. Ci Arabowie, którzy po zakończeniu działań wojennych r. 1948 pozostali w Izraelu, korzystają z wszystkich obywatelskich prawa przysługującym. Z drugiej strony, odmawia się Żydom prawa do mieszkania wśród Arabów na tzw. ”terenach spornych” co bez wątpienia jest podstawową cechą arabskiego apartheidu. Dlaczego Arabowie mogą mieszkać wśród Żydów ale Żydom nie wolno mieszkać wśród Arabów?
jholcman,
Krotka odpowiedz, w nadzieji ze lepiej trafi do odbiorcy :
Nie ma odpowiedzi na zarzut apartheidu, dokladnie tak samo jak nie ma odpowiedzi na zarzut ze czlowiek jest wielbladem.
I ten pierwszy i ten drugi zarzut sa siebie warte – wyssane z palca.
Natomiast istnieje pewna ( duza ?) ilosc Zydow , wyspecjalizowanych w szukaniu dziury w calym.
Reszta faktow jest b latwa do sprawdzenia w Internecie.
@Leon Schatz
Przykro mi, ale ten kontrargument jest bezużyteczny i nawet nie jest przypadkiem, bo nie odpowiada na żadne pytanie, a na pewno nie na moje.
To co robią Niemcy czy też to czego zaniechali Niemcy, nie ma nic wspólnego z tym, czy Izrael zasłużył na epitet ” państwo apartheidu” czy nie.
Nawet gdyby znaleźli sie Niemcy, którzy walczą o odzyskanie terenów utraconych to itak nie byłoby żadnej analogii do Palestyny i Palestyńczyków. Niemcy skapitulowali w dwóch wojnach światowych i zwycięzcy podzielili się łupami. I Niemcy mają swoje demokratyczne państwo gdzie są pełnoprawnymi obywatelami. A jak wiadomo, żaden przeciwnik Izraela nie skapitulował w żadnej prowadzonej przez Izrael wojnie,sic!
Ja napisałem mój komentarz i niniejszą odpowiedź bo nie wiem jak poradzić sobie z tym problemem, a na tym blogu są ludzie, którzy posiadają monumentalna wiedzę na tematy Izraelskie więc liczyłem i nadal liczę na to, że dostanę jakąś poważną i uzasadnioną odpowiedź,
Jerzy Holcman
@jholcman
Nikt nie walczy o prawo powrotu Niemcow do Wroclawia lub Szczecina.
To jako kontrargument.
O ludobojstwie w Sudanie prawie kompletna cisza , wiec wyraznie ” no Jews, no news”.
Obsesje na punkcie Izraela tlumaczy wylacznie ta prastara choroba, odporna na wszystkie szczepionki – antysemityzm.
”Izrael istnieje dzięki temu, że wciąż wygrywa z własną naiwnością.”
To jest najwyraźniej jakieś nieporozumienie. Izrael powstał i istnieje dzięki dogłębnemu zrozumieniu swojej sytuacji geopolitycznej i swoich zagrożeń. Na własną naiwność Izraela nie stać!!! Na to wskazuje jego historia katastrof vide np.: wojna Jom Kipur czy 7 października 23.
Zarzut apartheidu gruntuje w odmówieniu uchodźcom palestyńskim – w odróżnieniu od Żydów – ”prawa powrotu” z jednoczesnym podporządkowaniem dwóch ”Bantustanów”: Zachodniego Brzegu i Gazy. Ciekawość jakie są na to skuteczne kontrargumenty?