Uncategorized

Kopiści z fabryki Tycjanów cz. 1

Znalazl Mis

.mis

reunion68

Kopiowali Murilla, Tycjana i innych malarzy w ilościach hurtowych. Musiało być tego dużo, skoro Niemcy obrazy wywozili z getta ciężarówkami co kilka dni – najpierw do pałacyku w Dojlidach, potem do Niemiec. Co się stało z pracami – nie wiadomo. Z 19 żydowskich kopistów zagładę przeżył tylko jeden.

I o nich samych niestety wiadomo niewiele. Po jednych zostało tylko imię, nazwisko i zdjęcie, albo i to nie. Po innych – jeszcze data urodzin. Tylko w przypadku nielicznych znana jest jeszcze data śmierci i parę szczegółów z życia. Jedynie o Izaaku Celnikierze wiadomo dużo, bo tylko on ocalał z Zagłady. I tylko on w paru słowach zdał relację po wojnie o tym, co przez dwa lata działo się w pewnej stolarni przy dawnej Kupieckiej (obecnie Malmeda)…

Oto w chwilę po utworzeniu getta, w lecie 1941 roku, zjawia się w Białymstoku niemiecki przedsiębiorca Oskar Steffen. Przejmuje część fabryk (na terenie getta miał ich 10), tania siła robocza jest na miejscu. Jest też w getcie, jak się okazuje, sporo artystów, i to utalentowanych. Co z nimi zrobić? Jak wykorzystać ich talent? Pomysł przychodzi szybko. Już w miesiąc po stworzeniu getta w stolarni powstaje malarskie atelier i jedyna w swoim rodzaju pracownia kopistów. Przez dwa lata pracuje w nich blisko 20 artystów. Kopiują znane dzieła malarzy europejskich wybierane przez Niemców. Bez dodatkowego wynagrodzenia, bez dodatkowych racji żywnościowych. Ale w zamian, na czas pracy, mają odrobinę czegoś, co w getcie jest deficytem – chwilę spokoju i bezpiecznej izolacji…

Wyobraziłam sobie stolarnię

Historia żydowskich kopistów to jak dotąd nieznany (choć jeden z najciekawszych) rozdział z życia białostockiego getta. Przez kilkadziesiąt lat niewiele było o nim wiadomo. Ale od kilku lat mozolnie próbują tę wiedzę poskładać w całość szefowa Galerii im. Sleńdzińskich Jolanta Szczygieł-Rogowska i Joanna Tomalska, historyk sztuki. Zdążyły nawet pojechać do Paryża, gdzie Celnikier mieszkał do śmierci w 2011 roku, i z nim porozmawiać. Kawałek po kawałku – lepią drobinki informacji uzyskane w różnych źródłach. To jak łapanie niteczek i nawijanie ich na wspólny kłębek. Historyczki budują całość z okruchów wspomnień, relacji Celnikiera, tego co znajdą w świecie, w internecie. Kilka lat wcześniej, pisząc o przedwojennych żydowskich artystach białostockich, zanotowaliśmy i my w „Gazecie” na temat kopistów dosłownie parę zdań.

Aż przyszedł czas na wystawę. Od czwartku (8.08) – „Kopiści. Tajemnice białostockiego getta” prezentowani są w Galerii im. Sleńdzińskich przy ul. Waryńskiego 24a. To ekspozycja ciekawa, niezwykle ascetyczna – pod względem wystawienniczym historia kopistów jest bowiem do opowiedzenia bardzo trudna.

– Jak pokazać miejsce, po którym właściwie nie został żaden ślad, żadna materialna pamiątka, poza kilkoma zdjęciami artystów? Jak zrobić wystawę bez żadnych namacalnych materiałów? Tworzone przez artystów obrazy na bieżąco były wywożone prawdopodobnie do siedziby komendanta Bezirk Białystok – Ericha Kocha, który rezydował w pałacyku w Dojlidach. A stamtąd do Niemiec. Celnikier relacjonował, że samochody ciężarowe z „fabryki Tycjanów” wywoziły obrazy co kilka dni – mówi Jolanta Szczygieł-Rogowska. – Gdy zaczęłam myśleć o wystawie, wyobraziłam sobie stolarnię, w której stoi 19 sztalug, bo tak zapamiętał Celnikier. Zaczęłam myśleć o nich wszystkich, gdy tak siedzą tu zamknięci w odizolowanej przestrzeni, w której choć na chwilę mogą zapomnieć o traumie dziejącej się na zewnątrz… Dlatego też sala wystawowa trochę taką dawną stolarnię z ustawionymi sztalugami przypomina. Skoro nie ocalało właściwie nic, musimy pokazać to, co mamy – naszą pamięć. I postawić na wyobraźnię. Wiedziałam, że wystawę powinien tworzyć też film o Izaaku Celnikierze. Mieliśmy dwie godziny tzw. filmowej surowkii. I wtedy przyszedł mi na myśl Wojtek Koronkiewicz [filmowiec, autor znanych szablonów, felietonista, uczestnik różnych akcji artystycznych – red.]. Wojtek obrobił materiał, zrobił z niego 10-minutowy film, współtworzył też wystawę.

Pokochałem panią Stanisławę

Koronkiewicza na ekspozycji widać od razu. Nazwiska kopistów biegną po szarym murze, tylko przy niektórych twarze, wszystko wycięte z szablonu. I właśnie to robi wrażenie: nie oglądamy kolejnych zdjęć, jak to zwykle na wystawie, ale ich graficzne przetworzenie. Wychylają się do nas kopiści z przeszłości, jakby z lekkim uśmieszkiem. Brak twarzy przy niektórych nazwiskach też jest symboliczny. Jeszcze bardziej potęguje fakt, jak niewiele po artyście zostało.

Gina Frydman, Chaim Tyber, Bencjon Rolnicki, Fania Helman, Tobiasz Haber, Hanna Rozenman – wszyscy bez twarzy, same nazwiska. Potem jest Stanisława Centnerszwerowa, Abraham Behrman, Natalia Landau, Menasze i Efraim Seidenbeutlowie, Oskar Rozanecki – ich zdjęcia, czasem bardzo malutkie, niekiedy z ausweisu, się zachowały, więc są i portrety wycięte z szablonu.

Wedle relacji złożonej przez Celnikiera w pracowni pracowali jeszcze m.in.: Salomon Białogórski, Abraham Berman (nie mylić z Behrmanem), Abraham Frydman, Izaak Krzeczanowski, Amalia Bernzweig.

– Tak sobie ich czasem wyobrażam, jak to mogło wyglądać. Siedzą sobie zatopieni w pracy, czasem może jakiś żart przeleci, coś tam skomentują… Przypomina mi się film „Fałszerze”, oparty na autentycznej historii, w której na zlecenie Niemców żydowscy drukarze fałszują pieniądze. Też siedzieli w izolacji i też zyskiwali chwilę zapomnienia. Może w pracowni kopistów też tak było? Może nawet było wesoło? Chciałbym tak myśleć – mówi Wojciech Koronkiewicz.

Może i tak było, kto wie, skoro w grupie kopistów byli dwaj bracia bliźniacy Seidenbeutlowie, barwne postaci, wielcy żartownisie, korzystający z tego, że są do siebie bardzo podobni.

– Z tego, co podczas przygotowywania wystawy dowiedziałem się od pani Joli i Joanny, to myślę, że byli to bardzo udani osobnicy. Nosili się bardzo kolorowo: niebieskie marynarki, żółte kapelusze… Chodzili na przykład do jednego fryzjera. Najpierw jeden, po kilku dniach – drugi. I z tekstem: „Panie, jak pan mnie ostrzygł, ja znów mam długie włosy!”. A biedny fryzjer, nic nie rozumiejąc, strzygł drugiego szybko, byle tylko nie było awantury. Albo historia ze szkołą malarską. Menasze w 1923 roku zdał do ASP w Warszawie. Efraim też chciał, ale na drugie czesne nie było ich stać. Chodzili więc na zmianę. A gdy władze uczelni się połapały, doceniły determinację i przyjęły obu – opowiada Koronkiewicz. – Przywiązałem się do tych postaci. Zaprzątają moje myśli. Rozmawiam z nimi. Myślę, że jest coś takiego w tym miejscu, w którym się znajdujemy [galeria im. Sleńdzińskich mieści się w dawnej synagodze Cytrona, w pobliżu dawnego cmentarza gettowego – red.], że tu po prostu słychać więcej… – Taka pani Stanisława [Centnerszwerowa]… Pokochałem ją od razu. Na zdjęciu, które się zachowało – ma bardzo wydatny nos. Zaczynam pracować nad jej szablonem i jakby słyszę, jak ona do mnie mówi: „Tylko niech mnie pan nie skrzywdzi”. Po jakimś czasie przychodzi pani Joanna Tomalska. Przygląda się szablonowi i mówi: „Ona tu u ciebie jest o wiele ładniejsza”.

Koronkiewicz do pani Stanisławy puszcza oko.

Czesc druga za tydzien

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.