Gdansk 46 – cz 3

Natan Gurfinkiel

Przyjechałem do Gdańska na wiosnę i kiedy poszedłem do Kuratorium, żeby załatwić sprawę mojej dalszej nauki, powiedziano mi , że spawa musi zaczekać do początku nowego roku szkolnego. Poszedłem do Urzędu Zatrudnienia i otrzymałem skierowanie w charakterze ucznia ślusarskiego do fabryki maszyn przy Grunwaldzkiej, w jakimś miejscu między Wrzeszczem a Oliwą.
Nazajutrz, kiedy przyszedłem do pracy, majster wydawał mi polecenia w rodzaju „halaj no ta brechta” i dopiero gdy któryś z moich nowych kolegów wytłumaczył mi co mam zrobić, pojąłem czego żąda majster.
– Czy pan jest Kaszubem? – zapytałem, kiedy przyszedłem by wysprzątać mu kantorek.
– Wiesz, kiedy za Niemca powiedzialem że jestem, wyzwali mnie od głupich Polaków i jakiś życzlliwy niemiecki znajomy doradził mi, żebym się za bardzo nie obnosił ze swoją kaszubskością. Jak przepędzili Niemców i nastała Polska, to sobie pomyślałem, że nareszcie będę mógł mówić: tak, jestem Kaszubem. Ale kiedy poszedłem załatwić sprawę do jakiegoś urzędu, usłyszałem ze Kaszubi to nie są całkiem echt Polacy i że bliżej im do Niemców. Więc jak mamy dobrze siȩ czuć tutaj razem, to nie pytaj mnie kim jestem, bo mogę tylko powiedzieć – jestem tutejszy…

Zmarły w czasie wojny mąż pani Rogalinski był zapewne Kaszubem i tylko choroba uchroniła go przed wcieleniem do Wehrmachtu. Nie uniknął tego fabryczny kierowca, Kurt Lewandowski.
Przed upaństwowieniem fabryka nie dysponowała samochodem, a dr Kuttenkeuler, mimo że miał prywatny pojazd, najchętniej jeździł rowerem – nawet na spotkania w interesach .Nie ujmowało mu to powagi, bo kontrahenci doskonale rozumieli, że rowerowe przejadżki są korzystne dla zdrowia. Dla nowomianowanego polskiego dyrektora samochód z kierowcą był kwestią prestiżu, bo przecież nie wypadało, by główny reprezentant państwowego bądź co bądź obiektu przemysłowego jeździł rowerem lub, co gorsza, korzystał z publicznego transportu miejskiego w sytuacjach służbowych. Argumentacja ta bezbłędnie trafiała do urzędników i przełożony mego taty bez szczególnych trudności uzyskał przydział na lekko zdezelowany służbowy samochód, mniej okazały od „demkoratki”. Tak powszecnie nazywano dostarczany przez UNRRĘ chevrolet „fleetmaster”, którym jeździli notable nowej władzy. Nazywała ona sama siebie demokracją (jeszcze bez nieodzownego później przymiotnika „ludowa”) i widzialem na własne oczy kwestionariusz dla osób udzielających rekomendacji kandydatom do PPR. Wydrukowany tekst głosił: „znam w/w jako dobrego Polaka i szczerego demokratę”.
W roku mego przyjazdu przyglądałem się pochodowi pierwszomajowemu (naonczas jeszcze dobrowolnemu) i zapadli mi w pamięć dwaj byli oświęcimiacy w pasiakach. Mocno już podchmieleni wykrzykiwali haslo: „przeżyliśmy okupację, przeżyjemy demokrację”!
Kurt Lewandowski, który nim trafił do Wehrmachtu miał na imię Kazimierz, nie widział dla siebie szansy na przeżywanie demokracji w Polsce. Ranny na wojnie w nogę, chodził dość mocno utykając. Na uwagę mego ojca, że jest Polakiem i mówi normalnie po polsku, mógłby więc zadeklarować lojalność wobec państwa polskiego i nie wyjeżdżać do Niemiec, powiedzial:
– Panie Gurfinkiel, ja miałem wybór: Wehrmacht albo Stutthof. Wiem, że Polska wolałaby, bym bohatersko dał się zakatować na śmierć, zamiast tchórzliwie utracić na wojnie sprawność w nodze. Ale kiedy tak się już stało, to państwo niemieckie będzie przynajmniej musiało wypłacać mi rentę.

Posądzenie o zdradę było w owych czasach mocno zdewaluowaną monetą, do tego stopnia, że sam doświadczyłem czegoś takiego. Przyszłość polskiej nacji była reprezentowana na naszym podwórku przez trzech chłopców i cztery dziewczyny w perspektywicznym wieku. Mimo, że miały one liczebną przewagę, nie zwracały na nas szczególnej uwagi i byliśmy nawet traktowani z lekceważeniem, tak jakby to nas było znacznie więcej. Sytuacja zmieniła się pewnego dnia, kiedy zostałem przychwycony na wchodzeniu z niemiecką dziewczyną do jej mieszkania. Czułem, że nasze rodaczki, mimo iż nie komentowały sytuacji, były doknięte na honorze i stanie posiadania. Trudno im było znieść świadomość, że z dnia na dzień zrobiło się ich dwukrotnie więcej niż nas. Podejrzewałem więc że nasz dziewczęcy narybek narodowy nie wytrwa długo w przemilczaniu tematu i przeczucie mnie nie zawiodło.
Któregoś z następnych dni córka naszego dozorcy odezwała siȩ do mnie swoim pięknym wileńskim zaśpiewem i to, co miała mi do powiedzenia sprawiło, że jej kresowy akcent był jeszcze wyraźniejszy niż zazwyczaj.
– Nie musjałeś wcaale tego robić, bo polskie dźjewczyny mają wszijstko to, co chcjałeś znaaleźć u tej tam, więc njepotrzebnie zrobiłeś nam taką pszyykrosć. Swą patriotyczną tyradę podsumowała kokieteryjnym, ale stanowczym stwierdzeniem: moja bułka smaaczna…
Jej współcierpięnica była mniej sentymentalna, wyartykułowała wiȩc swe zarzuty, przetykając je ojczyźnianą demagogią w dużym stężeniu.
– To nikczemne, że tak nas wszystkie spoliczkowałeś. Jakby niedość było, że przeszedłeś na stronę wroga,to jeszcze naplułeś na to, że twój własny ojciec przelewał krew na wojnie.
– Jak cię to tak uwiera, to mam sposób na ukojenie twej zbolałej duszyczki. Uznaj, że obiekt tej. według ciebie, zdrady, jest niemiecką branką i korzystam tylko ze swoich praw zwycięzcy, nie zapominając ani na chwilę o honorze i ojczyźnie.
– Niedość że zdrajca, to jeszcze impertynent. Wstydź się…

Znajomość z niemiecką dziewczyną, dzięki której odkryłem nieznane mi dotąd w praktyce aspekty życia, prócz emocji związanych z tym wprowadzaniem w dorosłość, miała duży ładunkek edukacyjny. Obyczajowość, którą poznawałem była biegunowo odmienna od tej, która panowała w moim dotychczasowym otoczeniu.
Natknąłem się na nią późnym popołudniem przy brzegu w Stogach (Siankach, jak nazywała się wówczas dawna Heubude). Co chwila zrywał się deszcz i plaża była niemal pusta.
– Dobrze że jesteś, odezwała się. Czekałam chyba na ciebie, choć nie całkiem zdawałam sobie z tego sprawę.
– Chciałem zobaczyć plażę bez tłumu ludzi.
– Dawniej przyjeżdżałam tu latem co niedziela . Jak się udawało, to w środku tygodnia też. Teraz bym się bała. Gdyby mnie ktoś o coś zapytał, nie rozumiałabym o co chodzi. Nawet gdybym się domyśliła, nie potrafiłabym odpowiedzieć po polsku. Nie byłaby to dla mnie przyjemna sytuacja, wykorzystuję wiec niepogodę, by tu przyjechać. Dobrze że tu jesteś, bo boję się być sama. Nagle znalazłam sie w obcym kraju, choć tutaj się urodziłam.
– Nie trzeba było zaczynać wojny.
-To nie ja ją zaczęłam

CDN

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: