Polityka Wladza i nadzieja

Nowa ksiazka Jana Hartmana

Polityka jest jak powietrze. Jest wszedzie, lecz zauwazamy ja dopiero wtedy, gdy wokol nas cuchnie badz robi sie duszno. Korupcja i anarchia wydzielaja won rozkladu, a brak wolnosci, niczym brak tlenu, sprawia, ze rzucamy wszystko i idziemy walczyc o to, co najwazniejsze.Ten przystepny dla kazdego przewodnik po ideach oraz filozofii i teorii polityki nie propaguje zadnego ze stanowisk politycznych, lecz tlumaczy ich kulturowe i filozoficzne postawy. Stawiajac w centrum uwagi kwestie wladzy oraz idee demokratyczna uswiadamia, ze nasze codzienne zycie zwiazane jest z polityka, czy tego chcemy, czy nie.Jednak to tylko jedno z zadan tej ksiazki. Autor przedstawia w niej takze cos, co mozna okreslic jako ciemne strony filozofii politycznej, czyli niebezpieczny potencjal opresji zamkniety nie tylko w poszczegolnych koncepcjach, lecz w samej idei politycznosci.Wydaje sie, ze idee ideami, a prawdziwa polityka kieruje sie swoimi zasadami, a moze w ogole jest bez zasad. Nic bardziej mylnego.

 


Ponizej fragment ksiazki

 

Konserwatyści i liberałowie

Czy powołując się na prawo do prywatności i obyczaje własnej kultury, można domagać się prawa do bicia kobiet i dzieci, narzucania kobietom noszenia chust zasłaniających twarz czy też prawa do hałaśliwego zachowania, porzucania śmieci, palenia ognia w nietypowych miejscach itp.? Czy – z drugiej strony – można w podobny sposób domagać się prawa do wyłącznego decydowania o tym, czy utrzyma się ciążę? Do jakiego stopnia prywatność jest nienaruszalna?

Formalna odpowiedź na generalne pytanie o nienaruszalność sfery prywatnej jest prosta. Tam gdzie dochodzi do konfliktu słusznych interesów (w tym również na tle prawa do zachowania prywatności) między dwiema lub większą liczbą osób, trzeba szukać kompromisu pozwalającego zachować równowagę praw i korzyści między skonfliktowanymi stronami. Jest to wszelako odpowiedź partykularnie liberalna, zakładająca, że prywatność zasługuje na jak największą i jak najbardziej wyrównaną ochronę. Prywatność jest wszak aspektem wolności i autonomii. Tymczasem, niestety, sama idea prywatności nie jest niepodważalna. Widziana ze stanowiska konserwatywnego jest to idea wręcz moralnie podejrzana. Kto bowiem chciałby chronić się za murami prywatności, ten najpewniej ma zamiar ukrywać swoje grzechy. Człowiek szlachetny bowiem nie ma nic do ukrycia. Nie boi się niczyjego wzroku, a więc również nadzoru państwa. Jeśli prywatność ma sens, to z racji wstydliwości, która powinna towarzyszyć cnotliwemu życiu. Tam jednak, gdzie obyczaje są zepsute, a o wstydzie nie ma mowy, prywatność nie zasługuje na respekt. Nie może też być tak, że prawo do prywatności stawiane jest wyżej niż istotne obowiązki moralne, a tym bardziej nie może być przykrywką dla działań jawnie niemoralnych, usprawiedliwianych czy to obyczajem, czy to głosem sumienia, jeśli głos ten jest najwidoczniej spaczony. Oczywiście nie każdy konserwatysta myśli w taki sposób, niemniej jednak po stronie prawicy wyraźnie zaznacza się skłonność do ograniczania wolności obywateli w imię dobrych obyczajów, a także prawnej ochrony tychże obyczajów, zwłaszcza w postaci zakazów wymierzonych w inne, „nienormatywne” zachowania. Tolerancja i zgoda na kulturowy pluralizm są oczywiście stopniowalne, niemniej jednak nawet umiarkowany konserwatyzm i paternalizm mogą okazać się w praktyce bardzo konfliktogenne. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, w których paternalizm większości (kultury miejscowej) napotka na swej drodze tak samo paternalistyczną, a więc symetryczną postawę mniejszości. Tak bywa na przykład, gdy w konserwatywnej dzielnicy chrześcijańskiej napływowa ludność muzułmańska pragnie zbudować meczet, z którego minaretu muezin każdego dnia będzie wołał wiernych na modlitwę. Mieszkańcy będą na zmianę słuchać owego muezina i katolickich dzwonów. W tego rodzaju sytuacji część ludności występuje z archaiczną aczkolwiek intuicyjnie wciąż silną ideą identyfikacji i suwerenności terytorialnej, a więc prawa wspólnoty do rządzenia się i życia wyłącznie wedle własnych obyczajów na terytorium swojej gminy. W odpowiedzi ludność napływowa, choćby była jak najdalsza mentalnie od liberalnej demokracji, powołuje się na prawa konstytucyjne i dobrodziejstwa ustroju wolności. Tego rodzaju paradoksalne sytuacje występują w krajach Zachodu coraz częściej. I coraz częściej rozwiązywane są poprzez rozsądne ustępstwa wzajemne oraz postępujące fizyczne rozdzielenie stron konfliktu. Przedstawiciele kultur napływowych żyją w swoich dzielnicach, z których wyprowadzają się wcześniejsi mieszkańcy. W wielu miejscach odtwarza się dawny model podzielonej przestrzeni społecznej, co z pewnością stanowi porażkę wielkich, idealistycznych programów budowania otwartych, egalitarnych i wielokulturowych społeczeństw. Takie społeczeństwa wprawdzie istnieją, lecz harmonijne współżycie odmiennych kulturowo grup we wspólnej przestrzeni, pod egidą wartości liberalnych, uwarunkowane jest przez bogactwo, pozwalające zniwelować rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne oraz łagodzić konflikty. Częściej spotykamy model wielkich kosmopolitycznych miast, zawierających jednocześnie przestrzenie wielokulturowe i dzielnice etniczne. Wprawdzie panuje w nich na ogół pokój i porządek, jednakowoż jest on daleki od liberalnego ideału „społeczeństwa otwartego”.

W krajach demokratycznych samorządy odpowiedzialne za jednostki terytorialne zamieszkałe przez różne grupy etniczne zachowują się zwykle koncyliacyjnie i pragmatycznie, zmierzając do kompromisowych rozwiązań rozmaitych kontrowersji i konfliktów. Ich postępowaniem nie rządzi żadna doktryna, zwłaszcza filozoficzna. Inaczej jednakże przedstawia się sprawa na poziomie państwa i legislatywy. W jaki sposób prawo państwa może bądź powinno ustosunkować się do konfliktów na tle prawa do prywatności? Odpowiedź liberalna na to pytanie przede wszystkim nakazuje stawiać wyżej prawa jednostki w stosunku do praw wspólnoty, a równość i wolność cenić wyżej niż ewentualne prawa pierwszeństwa wynikające ze statusu ludności rdzennej bądź statusu większości. Nie znaczy to, że liberałowie odrzucają wszelkie uprzywilejowanie większości w stosunku do mniejszości bądź odrzucają całkowicie pojęcie ludności rdzennej (miejscowej). Bynajmniej – byłoby to samobójcze i w zasadzie nawet radyklany kosmopolityzm i multikulturalizm nie idą tak daleko. Chodzi wyłącznie o to, że prawa jednostki do zachowania własnej tożsamości, nietykalności i prywatności mają przewagę nad prawami kolektywnymi.

Stanowisko konserwatystów jest przeciwne. Prawa wspólnoty mają w ich mniemaniu pierwszeństwo, a dobre obyczaje i ich ochrona jest fundamentalnym interesem publicznym. Konserwatyzm jest stanowiskiem metadoksalnym, to znaczy opowiada się za prawem każdej tradycji kulturowej do zachowania ciągłości i tożsamości. Fatycznie jednak nie można utrzymywać w tej kwestii bezstronności. Gdy przychodzi do konfrontacji roszczeń dwóch społeczności powołujących się na swoje prawa tożsamościowe, to szybko okazuje się, że bezstronność jest tylko heterogenicznym zapożyczeniem konserwatyzmu w kulturze liberalnej. Rzeczywistą motywacją dla dawania przewagi prawom wspólnotowym nad prawem jednostki do autonomii i prywatności jest faktyczna stronniczość i przekonanie, że to właśnie tradycja i kultura moralna, do której należy głoszący taką tezę konserwatysta, jest słuszna i dobra, zasługując na uprzywilejowanie – przynajmniej na danym terytorium czy w danym państwie. Bezstronność jest tu tylko maską. Nie znaczy to jednak, że maską jest również łagodność czy tolerancja. Tolerancja (jakkolwiek z natury rzeczy mająca w takim przypadku charakter protekcjonalny i daleka od uznania prawdziwej równości praw mniejszości) może wszak być wpisana w kulturę, do której należy i której broni konserwatysta. Jeśli tak jest, to los wspólnoty mniejszościowej będzie po prostu zależał od przypadkowej okoliczności, jaką jest stosunek do „obcych” w tradycji reprezentowanej przez większość. Będzie to tolerancja niejako „ze szczęśliwego trafu” bądź „tradycyjna”, nie zaś umocowana w słusznych i uznanych powszechnie prawach osób i grup. Ten argument można jednakże skierować również w stronę liberalną, wskazując, że także liberałowie tworzą pewną kulturę i tradycję, a ich indywidualizm oraz przywiązanie do takich wartości jak prawa jednostki i prywatność są czymś, co im się niejako „przydarzyło” i samo w sobie jest (jak wszystko) pewnym partykularyzmem. Tyle że nie będzie to już argument konserwatywny, jeśli założymy, że konserwatyści unikają wszelkiego relatywizmu, mogącego ukazać afirmowaną przez nich tradycję jako „jedną z wielu”, a więc partykularną i nie mającą powodów żądać uprzywilejowanego traktowania. Nie jest więc na rękę konserwatystom przedstawianie liberalizmu jako „jednej z tradycji” – wtedy wszak i oni odsłoniliby się z analogicznym statusem własnego systemu wartości. Okazałoby się zwłaszcza, że to nie tyle Bóg ustanowił oczywiste normy i obyczaje ich tradycji, co raczej w ich tradycji przyjmuje się, że istnieje Bóg, który ustanowił prawa i obyczaje, które są prawdziwe, w odróżnieniu od innych, które inne ludy fałszywie mogłyby uważać za takowe, wierząc w fałszywych bogów. Poza tym jeśli liberalny indywidualizm jest tylko jedną z tradycji, to może również kolektywizm i świadoma afirmacja praw wspólnotowych jest tylko partykularnym zwyczajem niektórych kultur. Gdyby tak było, to trzeba by znaleźć rozstrzygające argumenty na rzecz komunitaryzmu – pierwszeństwa interesu wspólnoty w stosunku do osobistych kaprysów jednostki. Trudno jednakże wyobrazić sobie sytuację, w którem strona liberalna ostatecznie kapituluje przez nieodpartymi argumentami konserwatystów, od którego to momentu datować by się miała pax philosophica, kończąca dzieje myśli politycznej.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: