.Jestem znów Żydem cz 5

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


O ile dobrze pamiętam, to w naszym miasteczku były dwie szkoły powszechne. Jedna państwowa, w której uczyły się dzieci od siódmego roku życia do siódmej klasy włącznie, a druga żydowska, tylko dla chłopców, w której uczyli się od szóstego roku życia do czwartej klasy.  Była też szkoła „Tarbut”, w której po południu uczono hebrajskiego. W tym samym budynku mieściła się szkoła dla dziewcząt „Bejt Jaakow”.

Gdy mój kuzyn Józik, starszy ode mnie o rok, poszedł do państwowej szkoły, zostałem sam na podwórku i bardzo się nudziłem. Marudziłem więc rodzicom, że i ja chcę pójść do szkoły. Ponieważ nie miałem jeszcze siedmiu lat, mogli zapisać mnie tylko do żydowskiej szkoły. Dużo wiedzy stamtąd nie wyniosłem, ale z pewnością jedną umiejętność zdobyłem- nauczyłem się „żuć język”, tak jak zwykł to robić Pan Dogilewski, dyrektor szkoły i nauczyciel religii. Miedzy jednym a drugim zdaniem Pan Dogilewski poruszał językiem w śmieszny sposób. My, dzieci, starałyśmy się go naśladować. Do dzisiaj podczas pisania lub wykonywania jakiejś precyzyjnej roboty robię tak jak nasz nauczyciel. Z pewnością i teraz, gdy piszę te słowa, mój język „spaceruje” w prawo i lewo.

W dzieciństwie głęboko wierzyłem we Wszechmocnego Boga i Mesjasza, który wkrótce się zjawi.

Nasz dom był tradycyjny. Moja Mama wyrosła w bardzo ortodoksyjnej rodzinie, i pomimo, że nie nosiła peruki, prowadziła nasz dom według ostrych religijnych zasad. Prawie co tydzień szła do rabina z ważnym pytaniem lub prośbą o poradę. Zawsze znalazł się jakiś problem: „czy kulejąca kura jest koszerna, czy wolno jeść ryby złowione w rzece, w której pół roku temu utonął człowiek a jego ciała nie znaleziono do dzisiaj, jak oczyścić studnię, w której znaleziono martwego gołębia?”

Ojciec był bardziej świecki choć utrzymywał religijny tryb życia, ale chyba bardziej z szacunku dla mamy niż Boga. W soboty i święta ojciec zabierał mnie ze sobą do bożnicy, wydaje mi się, że na kategoryczne żądanie mamy. „Jeżeli nie pójdziesz”, mówiła, „będziesz to miał zapisane w przyszłym świecie, a na tym świecie będziesz zbesztany przez twojego nauczyciela, Lwa!”.

Gdy w 1939 roku Sowieci zdobyli tą część Polski i ateistyczna Armia Czerwona wkroczyła do miasteczka byłem nadal wierzący. Szkoła „Tarbut”, do której uczęszczałem co dzień po obiedzie, została zamknięta, ale moi rodzice postarali się abym nadal miał lekcje hebrajskiego i religii w domu. Lekcji udzielał mi nauczyciel Pesach Lew, który jak się okazało, był naszym krewnym.  Powiedział, że jeśli nie będę uczył się pilnie religii to nie zostanę, uchowaj Boże, uprawniony do polewania wodą rąk króla Dawida i tym samym stracę olbrzymie skarby, które dostanie ten kto dopełni tego świętego czynu. Tylko ten kto uczy się dobrze religii i przestrzega wszystkich nakazów ma szansę, aby dostąpić tego zaszczytu.

Pesach Lew uczył mnie nawet wtedy, gdy Niemcy byli w już mieście i Żydom zabroniono jakiekolwiek edukacji. Moi Rodzice byli bardzo zadowoleni z każdej lekcji, która podnosiła moją wiedzę i wzmacniała wiarę w Boga. Z pewnością wierzyli, że dzięki temu będę obecny, gdy przyjdzie Mesjasz. Ja też, mając jedenaście lat, święcie wierzyłem, że dzięki mojej nauce i dobrym uczynkom moja rodzina będzie obecna, gdy Mesjasz się zjawi i kiedy wreszcie cały świat będzie dobry.

Kilka wydarzeń z dzieciństwa wryło się szczególnie mocno w moją pamięć: pierwsza podróż do wielkiego miasta Lwowa, do lekarza, który usunął mi migdałki, i druga, aby zszyć ranę na kolanie.  Ta blizna do dziś przypomina mi moje dzieciństwo, szczególnie chwile związane ze świętem Sukkot…

Na środku naszego podwórza stała altanka. Jej dach był pokryty gontami i można było go otwierać, a wtedy ukazywało się niebo.  Altanka była zbudowana specjalnie na święta Sukkot (kuczki).  W czasie świąt zdejmowano górną część ścian, a zamiast nich wieszano barwne obrusy dzięki czemu wydawało się, że jesteśmy w szałasie. Nad pergolą rozkładano zielone gałęzie, na których zawieszone były wycinanki, do obrusów przyczepione były łańcuchy z kolorowego papieru i rysunki owoców z Ziemi Świętej.  Do głównej belki pergoli przywiązana była na sznurku wydrążona dynia, w której wycięta była zabawna mina błazna. 

Dynia musiała mieć odpowiedni rozmiar.  Nie mogła być zbyt duża i ciężka, aby nie przerwała sznurka, na którym wisiała.  Nie mogła być też zbyt mała, bo wtedy płomień świecy, którą wstawiano do środka był zbyt blisko sznura i przepalał go.  Bywały takie kolacje, gdy dynia lądowała w wazie na środku stołu, zupa się wylewała i wszystko wokół było potłuczone.
Podczas świąt Sukkot wszystkie rodziny jadły śniadania i obiady u siebie w domu, ale kolację jedliśmy zawsze razem w altanie.  O ile pamiętam, mój dziadek Dawid, ojciec mego ojca, pozostawał tam przez cały dzień, od chwili, gdy wracał z synagogi. Tam przyjmował gości i możliwie, że nawet tam spał.

Było to dwa dni przed świętem Sukkot, gdy miałem chyba osiem lat. Mój przyjaciel Siunio Lew powiedział mi, że nasz sąsiad Kudich ma talent do rzeźbienia śmiesznych min w dyni, specjalnie na święto Sukkot. Wiedziałem, że rodzina Kudich jest bardzo uboga i będę musiał zrewanżować się za jego artystyczne usługi. Co czwartek lub piątek rano nosiłem do nich koszyk z jedzeniem od mojej Mamy. Ich starszy syn był bardzo zdolny i świetnie się uczył. Udzielał prywatnych lekcji matematyki i w ten sposób pomagał swojej ubogiej rodzinie w utrzymaniu.

 

Kiedy zbliżało się święto, nie było dla mnie już nic ważniejszego niż pięknie wyrzeźbiona dynia i instrukcja jak ją przywiązać do pergoli, tak aby nie spadła. Zerwaliśmy w naszym dużym ogrodzie odpowiednią dynię. A ponieważ od dzieciństwa wszystko lubię robić natychmiast, zamiast pójść dookoła przez podwórze fabryczne, a potem ulicą do naszego sąsiada, wybrałem najkrótszą drogę i postanowiłem przeleźć przez płot naszego sadu, przez wąski kawałek niezagospodarowanej działki, która należała do naszych innych sąsiadów Sztrasmanów, i być u drzwi rodziny Kudich w ciągu dwóch minut.
Pierwszy przeskoczył przez płot mój przyjaciel Siunio. Ogrodzenie było zbudowane z trzech lub czterech poziomych drewnianych belek przymocowanych do drewnianych grubszych słupów. Kiedy przyszła moja kolej, jedna z belek, na której postawiłem nogę, złamała się.  Upadłem na drugą stronę ogrodzenia a moje kolano trafiło na jeden z wystających sęków belki i rana na kolanie była dosyć głęboka.
Ktoś zatamował krew, a ojciec zabrał mnie pociągiem do Lwowa. Na sali operacyjnej przywiązano mi ręce i lewą nogę do stołu.  Moja prawa noga, ta którą trzeba było operować, nie była przywiązana. Tą ranną nogą kopałem wściekle pielęgniarki, nie pozwalając im dać mi zastrzyku z miejscowym znieczuleniem.  Widocznie uważałem, że lepiej, jeśli mi amputują nogę, niż dadzą zastrzyk. Mój ojciec obiecał pielęgniarkom wynagrodzenie za siniaki, a lekarzowi za rozbitą strzykawkę. W końcu nałożyli mi maskę na twarz i zasnąłem.  Po wybudzeniu natychmiast zwymiotowałem, a po kilku godzinach Ojciec zawiózł mnie do domu.

Strych mojej babci Berty był pełen skarbów, były tam przechowywane wszelkiego rodzaju rupiecie i stare sprzęty nieużywane od lat. Wszystko było pokryte grubymi warstwami kurzu.  Bardzo lubiłem się tam bawić. Stare naftowe piecyki, zegary, zębate kółka, maszyny do pisania i telefony – wszystko było wspaniałymi zabawkami.

Miałem może siedem czy osiem lat, gdy mój kuzyn Józik zachorował. Bardzo się nudził leżąc w łóżku. Postanowiłem go zabawić. Wdrapałem się na strych i wybrałem jeden z uszkodzonych telefonów. Przyniosłem go na dół i położyłem obok łóżka chorego. Zdecydowałem się „naprawić” telefon, pokazując Józikowi moje techniczne umiejętności.
Babcia Berta przyszła sprawdzić, jak się czuje jej chory wnuk. Gdy zobaczyła moje „elektroniczne laboratorium” i sprzęt, który był już w końcowym stadium „naprawy” zaczęła krzyczeć: „Co ty wyprawiasz?! Nawet na chwilę nie przestajesz psocić.  Teraz zniszczyłeś zapasowy telefon!”

Próbowałem dyskutować z babcią, że nie wiedziałem, że nowy sprzęt jest przechowywany na strychu, opakowany w grubą warstwę kurzu, ale babcia nie dała mi dojść do słowa. Miałem szczęście, że udało mi się uciec, bo mogłem dostać porządne lanie. 

Latem lubiłem chodzić do ogrodu naszych sąsiadów naprzeciwko, wchodzić na jedno z drzew czereśniowych i zrywać owoce, którymi napychałem buzię i jadłem je wraz z pestkami. Moim zdaniem z pestkami były smaczniejsze.

Podmuchy wojenne lub przedwojenne wiatry.     

Wszystko zaczęło się mniej więcej tak: w latach 1936/39 babcia Józika, Cesia, która już od paru lat mieszkała w Palestynie wysłała serię listów do swej córki Luby, matki Józika. (Ojciec Józika i mój byli braćmi). Były to ostrzegawcze listy, pisane w takim tonie: „Widzę ponure chmury nad Europą. Jesteście bardzo dobrze usytuowani. Sprzedajcie wszystko co macie i przyjeżdżajcie tutaj”. Pytała w listach w kółko: „na co czekacie?!”
W 1938 r. Żydzi niemający obywatelstwa niemieckiego zostali wypędzeni z Niemiec. Wypędzono ich, mimo że żyli w Niemczech od wielu lat. Pewnego dnia po prostu kazano im spakować swoje manatki, tylko to co uniosą i wynieść się do granicznego miasta Zbąszyń. Trzymano ich tam bardzo długo w barakach i pod namiotami, zanim pozwolono im wjechać w głąb kraju, albo dalej – do Stanów Zjednoczonych czy do Ameryki Południowej…
Kilka takich rodzin przybyło do Bolechowa, a jedna z nich zakwaterowała się w jednym z mieszkań w domu babci. Po raz pierwszy zobaczyliśmy wtedy cudowne urządzenie, które samo pierze bieliznę. Nie trzeba już balii z mydłem, deski dla szorowania, deski do uderzania – wszystko to było zbyteczne, bo maszyna wszystko robiła sama. Nawet nie trzeba było już ręcznie wyżymać wypranej bielizny. Sąsiedzi przychodzili oglądać to cudo.

W początku 1939 roku przyszedł kolejny list od babci Cesi, tym razem skierowany bezpośrednio do ojca Józika, Hermana. Babcia pisała: „Dowiedzieliśmy się w Palestynie o milionie złotych, które Twój brat Izrael wygrał na loterii. Przecież to majątek! Weź całą rodzinę i jedź NATYCHMIAST do Palestyny. Czy nie słyszycie i nie widzicie, co się dzieje w Niemczech?!”. (Józik opowiedział mi o tych listach kilka lat później po tym, gdy już nie mieliśmy nikogo z naszej rodziny.)

Od czasu do czasu, my dzieci, słyszeliśmy jak nasi zmartwieni rodzice rozmawiają o Hitlerze. Ale nie było w nich nawet cienia tego strachu i rozpaczy, których zaznaliśmy później.
Przed samymi wakacjami szkolnymi w1939 roku, coraz częściej słyszeliśmy o niemieckich groźbach.  Przeważnie mówiono o korytarzu, którego Niemcy żądają od Polski. Pojawiało się też  słowo „Lebensraum”.

My, dzieci, byliśmy hiper-patriotami i byliśmy pewni, że Polska, przy pomocy swoich sprzymierzeńców, odeprze wszelkie niemieckie wymagania. Wybieraliśmy dla Polski sojuszników według znaczków pocztowych. Każdy z nas zbierał znaczki i porównując ich wielkość i urodę decydowaliśmy, który kraj będzie naszym sojusznikiem. Byliśmy przekonani, że jeśli znaczek pocztowy jest duży i ładny, to kraj, z którego pochodzi z pewnością jest wielki i silny. 
Wielkie i kolorowe były te z francuskich kolonii, podobnie te z angielskich, oraz kanadyjskie i indyjskie. I właśnie te państwa uważaliśmy za silne i uznaliśmy je za naszych sprzymierzeńców.
Raz, między lekcjami, nasz przyjaciel Siumek Kurcer pokazał nam ogromny i piękny znaczek z Boliwii.  Powiedział: „Ciotka napisała, że Boliwia nie będzie siedziała z założonymi rękoma, jeśli Hitler zaatakuje Polskę”.
Siumek był dziewięcioletnim chłopcem. Co on wiedział o Boliwii? On wiedział dokładnie to, co myśmy wiedzieli – że znaczek stamtąd był duży i piękny. Ponadto słowa otuchy jego ciotki dawały nam poczucie bezpieczeństwa.
„Boliwia”? zdziwił się chłopiec o nazwisku Halpern. „Jest przecież tak daleko! I nie ma granicy z Niemcami”.

„Kto potrzebuje Boliwii? Francja i Anglia są naszymi sprzymierzeńcami więc nikt nas nie zwycięży! Nie wolno poddać się wymaganiom tego wariata!” stwierdził kolega nazwiskiem Jungerman.

„Ale co nas to właściwie obchodzi, czy będzie wojna czy nie. Najwyżej, niemieccy i polscy antysemici będą się bić między sobą, a nas Żydów zostawią w spokoju”, podsumował Buchwalter.
Gdy wróciliśmy do domów dowiedzieliśmy się, że nadeszły rządowe instrukcje. Były skierowane były do wszystkich mieszkańców i dotyczyły tego, że należy pomalować wszystkie ogrodzenia stające wzdłuż drogi na zielono i codziennie trzeba zamiatać kurz z ulicy przed domami. Nikt nie wiedział co to mogło mieć wspólnego z możliwością wybuchu wojny.

Rząd Polski nie przygotowywał ludność do nieuniknionej wojny, a marnował czas na antysemickie ograniczenia. Na wystawach dużych państwowych sklepów pojawiły się antysemickie hasła: „kupuj tylko u nas”, „sklep chrześcijański” lub „swój do swego po swoje.”

Wprowadzona została też ustawa ograniczająca ubój rytualny, a w niedługim czasie miał zacząć obowiązywać przepis o jego całkowitym zakazie. Nasze pobożne matki były bezradne, ponieważ nawet zarżnięcie kurczaka   przez rzeźnika, musiało być wykonywane w konspiracji.

 

W końcu pojawiły się prawdziwe znaki zbliżającej się wojny. Mężczyźni zostali zmobilizowani do wojska. Ludzie stali na ulicy i dyskutowali co należy zabrać ze sobą i jak zachowywać się na polu bitwy. Większość tych ludzi to byli nasi polscy sąsiedzi, ponieważ Żydzi zostali odrzuceni na Komisjach Wojskowych już wcześniej.  Jeden z powodu przepukliny, inny szmerów w sercu, trzeci z powodu platfusa. Żydzi opowiadali na wpół żartobliwie, że większość z nich komisja uznała za CDD, co oznaczało „bezwartościowy” albo jak tłumaczono: „całkiem do dupy”.
Tuż przed letnimi wakacjami w 1939 roku, kiedy rozmawialiśmy między sobą, wielu z nas myślało, że może ta wojna to nie taki zły pomysł. Być może będziemy mieli dzięki temu dłuższe wakacje. Kto mógł przewidzieć, że letnie wakacje zaczynające się za kilka dni, zamienią się w lata długiego oczekiwania na powrót do szkoły.
Aż w końcu wakacje się rozpoczęły. Mieliśmy dosyć czasu na malowanie płotów i codzienne zamiatanie ulicy. Czy Rząd Polski już wtedy przewidywał, że przez naszą ulicę, która jest zazwyczaj pełna kurzu, wojsko będzie się wycofywać i dlatego kazał utrzymać ją w dobrym stanie?

Pewnego dnia mama wróciła z wizyty u swojej siostry, która mieszkała w centrum miasta. Przywiozła ze sobą dużą butelkę octu i powiedziała, że przeleje go do mniejszych butelek.

Te małe butelki opakowała w grubą tkaninę, żeby się nie rozbiły i włożyła do płóciennych toreb, które uszyła dla każdego z nas. Ponadto mama przygotowała materiałowe maski, z dwiema tasiemkami z każdej strony. Maski były podobne do tych, jakich w dzisiejszych czasach używają lekarze. Mama powiedziała, że zmoczone octem maski trzeba będzie nałożyć na twarz, gdy niemieckie samoloty zrzucą bomby z gazem. Ćwiczyliśmy to przez cały dzień, używając wody. Okazało się, że nie było tak łatwo zawiązać samemu tasiemki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego mama nie doszyła do masek gumek i tego, skąd mielibyśmy wiedzieć, które bomby zawierają gaz?

Latem, któregoś ranka nadszedł rozkaz kopania okopów. Prawie wszyscy sąsiedzi wyszli na wzgórze po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko naszego domu, w pobliżu mojego ukochanego drzewa czereśni, na polu rodziny Beglaubter.  Zaczęliśmy kopać na szczycie wzgórza. Każdej rodzinie przydzielono kilka metrów do kopania. Moja mama nie wzięła udziału w kopaniu, bo jak powiedziała, musi przygotować prowiant przed wybuchem wojny, a ponieważ miała doświadczenie z pierwszej wojny światowej, zabrała się do tego fachowo.   Był to dzień targowy więc mama stała obok furtki do naszego domu i pytała się przechodzących, obładowanych koszami wieśniaczek, podążających na rynek, co mają na sprzedaż.

Pod koniec dnia w kuchni stały trzy kosze pełne orzechów laskowych, dwa kosze z orzechami włoskimi i kilka wiązanek suszonych grzybów. Mama kupiła też dużą ilość jaj i sześć znoszących jaja kur. Kury leżały w kuchni ze związanymi nogami, rzucając się z boku na bok i brudziły podłogę swoimi odchodami.  Zaniosłem je do mojej zagrody w ogrodzie, gdzie kury były szczęśliwe na wolności.
Ta moje zagroda pamiętała lepsze czasy, gdy obok pięknych królików mieszkał tam też wielki jeż i piękna, młoda sarenka, którą złapał w lesie jednej z pracowników garbarni. Lubiłem ją bardzo. Jadła liście kapusty i marchewki. Miała piękne długie nogi. Pewnego dnia, gdy wróciłem ze szkoły, sarenki nie było. Powiedziano mi, że uciekła. Ale myślę, że tak naprawdę, w tym samym czasie moi rodzice oblizywali palce jedząc żeberka tej sarny. Jeż także znikł, wykopał sobie przejście pod ogrodzeniem i uciekł. Niektóre króliki uciekły do sadu albo może i dalej. Tylko te białe angory z czerwonymi oczyma pozostały. Te, które uciekły prawdopodobnie przeczuwały, że zbliża się wojna, i że dla wszystkich nadchodzą złe czasy i wolały być wolne.

Poprzednie czesci TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksizka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: