CYNAMON I KLEPSYDRA   

Napisal i Przyslal Zenek Rogala


Jest takie opowiadanie Brunona Schulza „Sierpień”. Atmosfera tego opowiadania, ten panujący w nim specyficzny, schulzowski klimat, natchnął mnie do napisania opowiadania „Cynamon i Klepsydra”. Mam rozochoconą nadzieję, że dzięki temu opowiadaniu czytelnik, zwłaszcza ten bardziej wrażliwy, sięgnie po cudowną prozę poetycką powstałą w dawnej, kresowej ojczyźnie. Dzisiaj warto sięgnąć po najlepsze wzorce poezji wypowiadanej prozą.  

Ponieważ czytają sami wrażliwi na piękno czytelnicy, już widzę tłok przy półce z książkami Brunona Schulza

Proza Brunona Schulza, to tajemniczy labirynt wyobraźni i młodzieńczych tajemnic. Grono smakowitych poetyckich doznań i wzruszeń.

         Kto jeszcze nie zapoznał się w klimatem tej przecudownej poetyckiej prozy już po przeczytaniu tego anonsu ma obowiązek zapoznać się z ponadczasową twórczością chłopca z Drohobycza.

Polecam.

 


 

CYNAMON I KLEPSYDRA   

  w 70. rocznicę śmierci

 

Właściwie szli razem, choć kobieta, dość szczupła i wyniosła, kroczyła tuż

przed nim. Mimo dusznego upału, a może właśnie dla jego pokonania, głowę jej zdobił delikatny ażurowy kapelusz. Twarz jej, mimo  spiekoty, zdawała się być odporna na gorące smagania wiatru. Chłopiec kroczył tuż za nią. Ta hierarchia nie wynikała z faktu, że była jego matką. Kolejność ta wynikała raczej z tradycyjnego przekonania, że nigdy nie ośmielił by się wysunąć przed nią. Zresztą wolał iść tuż za nią, i chętnie poddawał się decyzjom swojej przewodniczki, bo dawało mu to możliwość zajęcia się w czasie marszruty obserwacją świata. Szła zwykle dość miarowym i zdecydowanym krokiem i nawet nie specjalnie zwracała uwagę na losy swego podwładnego. Trasa była od dawna znana i nawet gdyby chciał, nie miał zamiaru wpływać na jej zmianę. To dawało pewność każdego kroku.

Szli. Kobieta pewna swojej trasy i on pewny i ufny w trafność  wyboru kierunku marszu. Porozumienie nie wymagało rozmowy. On zresztą wolał nie mieć z matką zbyt częstego kontaktu, zwłaszcza słownego, bo w czasie kiedy ona odmierzała tempo ni to spaceru, ni to wyprawy w labiryncie miejskich uliczek, on mógł swobodnie przemieszczać się ponad miastem i udawać się w dowolnym kierunku i w dowolne miejsce. Porywisty wiatr często muskał jego sylwetkę falbanami matczynej sukni i był to jedyny kontakt między nimi. Założona na zgiętym przedramieniu torebka, dostatecznie absorbowała kobietę żeby nie rozpraszać się na zbędny nadzór nad podążającym za nią synem. Upał był niemiłosierny i gdyby to on szedł nieco wcześniej, na pewno trasa gorącego marszu wiodła by po ocienionej stronie ulicy. Idąc zaś pod jaskrawe słońce musiały mu wystarczyć wąziutkie szczeliny w powiekach jako jedyna broń przed wdzierającymi się do oczu świetlistymi pociskami. Można by sądzić, że oto idzie mały niewidomy chłopiec prowadzony powiewem sukni swojej matki. Krótkie, tuż nad kolana sięgające, stosowne do panującej mody spodnie, świadczyły, że czas na dojrzałość jest jeszcze przed tym szczupłym, krótko ostrzyżonym chłopcem.

         Część miejskiej trasy wiodła pod arkadami rynkowej pierzei wprost na ocienioną wystawę narożnej apteki. Witryna pogrążona w wymuszonym chłodzie, eksponowała wielkie medyczne naczynia i szklane ciemnobrązowe butle. Z całą pewnością zawierały lepki smakowity sok malinowy, smakowity i orzeźwiający zwłaszcza kiedy rozcieńczyć go zimną, krystaliczną wodą. Zdecydowane kroki matki odbierały nadzieję na rychłą ochłodę , a chwilowa ulga przyniesiona przez cień arkad kończyła się ponownym zanurzeniem w skwar sierpniowego, złotego południa. Ponowne uderzenie gorąca było tak mocne, że sprawiało wrażenie odwetu słońca za podjętą wcześniej próbę ukrycia się w zacienionym skrawku miasta.

To słońce sprawiło, że wszystkie osłonecznione fasady eksponowanych  frontów sklepowych, wyglądały jakby wykonane były z cynamonowego drewna. Poskręcane w bólu, suche, stwardniałe, popękane łodygi tej kolonialnej przyprawy leżały w szklanych słojach między innymi zamorskimi specjałami. Stojący w drzwiach tych sklepów właściciele, z podwiniętymi do łokci rękawami koszul odruchowo, zamiast pilnować interesów wewnątrz sklepów, wystawiali do słońca swoje spocone oblicza w płonnej nadziei, że słońce osuszy ich spocone twarze.

Szli dalej, a właściwie płynęli kołysani lekkimi podmuchami gorącego wiatru. Może to pokusa kolejnego przystanku pod pasiastą markizą, a może przesyt upałem sprawiły, że chłopiec wyłamał się przodującemu holownikowi i postanowił samodzielnie zawinąć do ocienionego portu wystawy sklepowej, której przecież  jeszcze wczoraj nie widział. Dolna krawędź okna wystawowego umieszczona była prawie na wysokości oczu młodzieńca, nic też dziwnego, że chcąc dokładnie obejrzeć wyłożone produkty musiał lekko wspiąć się na palce.

Wystawa urządzona była dość osobliwie. W głębi okna wystawowego, na samej górze, umieszczono coś co przypominało niewielki regał na książki. Był to  ograniczony wymiarami wystawy mebel. Na górnej półce stały na baczność różnej grubości książki i przytulone do siebie zdawały się wołać o pomoc, o wyzwolenie z tego książkowego ścisku, na który ktoś skazał je nielitosnym wyrokiem. Przyzwyczajone do swobody w trzepotaniu zapisanymi stronicami, przeżywały potworne katusze kiedy okrutny los sprawił, że sklejone wilgocią i upałem stały na swej śmiertelnej warcie w nadziei na przypadkowe uwolnienie

Dolna półka tego niby regału była nieco szersza i co najdziwniejsze w porównaniu z górnymi prawie pusta. Środek tej dolnej, sam środeczek, jakby ktoś idealnie wymierzył to miejsce, zajmowała niewielka klepsydra. Półcień panujący w tym osobliwym miejscu wystawowym, stanowił idealne tło dla tej cieniuteńkiej strużki piasku powoli przesypującej się z górnej szklanej banieczki do identycznej dolnej. To przez łączące je niewidoczne gardełko, przez tę piaskową cieśninę przesypywały się ziarna piasku. Chłopiec stał wpatrzony w ten jedyny na wystawie znak życia wymuszony wszechobecnym prawem grawitacji.

Drobny, zmielony mijającym czasem pył, cienką jak najcieńsza niteczka stróżką,  nieustannie przesypywał się tworząc w dolnej szklanej banieczce regularny, stożkowy kurhan.

Okręt flagowy matki już dawno rozpłynął się w słonecznym sierpniowym powietrzu. Ten samowolny rejs do ocienionej, nieznanej dotąd przystani wystawowej uświadomił chłopcu jego osobność i potrzebę niezależności.

Już dawno zdecydował o rezygnacji ze znanego mu, obranego przez matkę kursu, gdy uwagę jego przykuły  książki leżące nisko, na samym spodzie wystawy.

Bruno Schulz – Sklepy Cynamonowe

i druga

Bruno Schulz – Sanatorium pod klepsydrą.

Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: