Schnell…schnell…

Zenon Rogala


 

Nagle dwóch moich sąsiadów podniosło mnie z tej posadzki śmierdzącej fekaliami, którą wspólnie po usunięciu z łaźni ciał, razem z wieloma innymi więźniami czyściliśmy na kolanach. Trzeba było się spieszyć, bo za chwilę nowa tłumna grupa nagich brudasów wejdzie tu po ożywczą kąpiel. Jeszcze przez mgłę słyszałem jakby z taśmy nagranie typowych w takiej sytuacji komunikatów.
– Szybko, szybko wchodzić do łaźni. Po kąpieli gorąca zupa czeka na was w stołówce, – głos był donośny, dominował nad szumem przestraszonych głosów.
Ludzie tłoczyli się do przestronnej łaźni, aby jak najszybciej zmyć z siebie brud podróży.
– Po tak długiej podróży na pewno chcecie już być na swoich łóżkach w baraku, – głos był donośny, ale uspokajający.
– Zapamiętajcie numer wieszaka, na którym powiesiliście swoją odzież. Będzie łatwiej ją znaleźć po wyjściu z kąpieli.
– Schnell, schnell… – to słowo powtarzało się wielokrotnie.
– Szybciej, kurwa… szybciej. Następni już idą … – słyszę nerwową komendę.
Wpierw zrobiło mi się słodko. Całkiem jak wtedy, gdy mama na spacerze kupiła mi upragnionego loda. To zimo, które zapamiętałem sprzed lat jako przynoszące ulgę, teraz rozeszło się lodem po całym ciele. Drgawki wstrząsały moim ciałem, a szpila w sercu odebrała mi oddech. Gdyby zobaczył to ten z pałką, dawno byłoby już po mnie. Ale są jeszcze dwaj nieznani mi koledzy. Wykorzystają okazję żeby wyjść z tego śmierdzącego piekła wyciągając mnie na zewnątrz.
Jeszcze przed chwilą przebywałem w pomieszczeniu gdzie panował półmrok. Sylwetki nagich ciał zamazywały się w jedną rozdygotaną masę. Wczoraj cały dzień przywozili Żydów i kąpaliśmy ich prawie do wieczora. Dzisiaj odmiana. Od rana przybywają grupy Cyganów. Tylko im pozwalają wchodzić do łaźni całymi rodzinami. Tylko im. Ciekawe dlaczego mają taki przywilej. Podobno nie udała się próba likwidacji ich w baraku, bo Romowie, uzbrojeni w łopaty i pałki, stanęli murem za swoimi rodzinami. Tymczasem było wiadomo, że całe tłumy Żydów, Polaków i Rosjan wpuszczają tylko po wcześniejszej selekcji. Osobno kobiety, osobno mężczyźni.
Nagle, sam nie wiem jak to się stało, znalazłem się w diametralnie innym pomieszczeniu. Moi dwaj wybawiciele wciągnęli mnie tutaj. Oślepił mnie strumień rozżarzonego światła. Teraz w tym pomieszczeniu blask aż razi po oczach. Kolor dominujący to raczej niebieski i seledyn. No, i oczywiście złoty. Tak, złotej barwy jest tu najwięcej. Najważniejsze, że choć nadal jestem na kolanach, to wcale mi to nie szkodzi, bo klęczę na jakimś niebieskim puchu. Co za odmiana, co za ulga. Po prostu klęczę w niebiesko niebieskim puchu. Nadal jestem podtrzymywany przez moich dwóch współbraci.
Wleką mnie pod ramiona, tak jak robią to zawsze ci, którzy ryzykują swoje życie dla ratowania innego życia. Tym razem mojego. Wiem, że ciągną mnie do kresu. Przed czyjeś oblicze. Dotychczasowy strach i przerażenie zamieniły się w nieoczekiwaną ulgę, ale też zobojętnienie. Do celu było niezbyt daleko, a czując puch pod kolanami, powoli wracała mi samodzielność. Pomoc podtrzymujących współbraci już okazała się zbędna. Podczołgałem się przed siebie.
Siedział na złotym tronie. Wygodnym z pięknymi ozdobami, pełno kwiatów i roślin wszystko ze złota. Pod łokciami szczerozłote oparcia. W jednej ręce trzymał nadgniłe, szare jabłko. W drugiej coś jakby rózgę lub drewnianą pałkę. Zobaczyłem też jego bose nogi wystające spod pozłacanej narzuty. Najprawdopodobniej była to tkana złotem peleryna. Spod niej wystawały jego brudne ubłocone stopy. Widziałem je z bardzo bliska i zobaczyłem, że te stopy przebite były czymś ostrym i widziałem wokół ran fragmenty czerwonego mięsa oraz cieknący krwawy płyn.
Twarz miał spokojną, ale zmęczoną. Rzadki zarost odsłaniał liczne blizny i siniaki. Oczy miał przymknięte i prawie senne, zmęczone.
– Coś za jeden? – spytał nie patrząc na mnie. Widocznie tak pytał każdego kto stanął przed nim.
Z trudem podniosłem się z kolan i starałem się przyjąć postawę wyprostowaną. Wiedziałem, że od tego spotkania zależy moja przyszłość.
Stałem. Mimo zmęczenia i wszechogarniającego w mięśniach lodu starałem się wypaść na zdrowego. Nasze twarze prawie się zrównały. Wyprostowałem się i najdokładniej jak było można, złapałem za czapkę i stanowczym ruchem zerwałem ją z głowy. Nie patrzył na mnie, jakby w odpowiedzi na mój gest schylił głowę i wtedy zobaczyłem ten dziwny wianek z drutu kolczastego. Był dobrze dopasowany, bo niektóre kolce wbite były w czoło. Takim drutem ogrodzony był nasz obóz. Ale w naszym płynął śmiercionośny prąd. Nie mogłem się nadziwić. Szkoda mi się go zrobiło, bo wiedziałem, że przecież sam nie założył sobie na głowę tego wianka.
– Numer 13732 – Sonderkomando Auschwitz, – wyrecytowałem jak zawsze na apelu.
– Auschwitz, Auschwitz… – jakby szukał w pamięci znaczenia tego słowa. Przechylił głowę i wtedy zobaczyłem postać kobiety, która siedziała obok niego. Nachyliła się, jak matka i szeptała mu coś do ucha. Jedną ręką gestykulowała w powietrzu jakby dyrygowała jakąś nieznaną, żałobną pieśń. Na głowie miała niebieską chustę i drugą ręką podtrzymywała ją pod brodą. Nie widziałem jej twarzy. Brodaty po chwili jakby odsunął się od niej z niedowierzaniem i opuścił głowę jeszcze niżej. Kręcił głową z wyraźnym zakłopotaniem.
– Czy masz jakieś ludzkie imię?
– Jestem Szaweł. Tam został mój syn. Muszę tam wrócić, by go pochować z należną mu godnością.
– Jesteś na Sądzie Ostatecznym i ode mnie zależy twój przyszły los. To ja zdecyduję o twojej przyszłości. Ja wskaże ci twoje ostateczne miejsce. Ja wskażę ci twoją wieczność, – obracał w dłoni czerwonym ogryzkiem.
– Ale ja już byłem na Sądzie Ostatecznym. Już taki w czapce z trupią główką i z napisem „Gott mit uns” na żołnierskim pasie zdecydował o moim losie. On pokazał palcem gdzie jest moje miejsce. On wtedy posłał mnie do piekła na ziemi. On zadecydował za ciebie.
Zebrałem się na odwagę. – a gdzie ty byłeś wtedy? Gdzie schowałeś się tchórzliwie? Za jakim zaułkiem? W jakim okopie? Dlaczego wtedy nie pokazałeś swej mocy, gdy tyle milionów ludzi czekało na twój znak? Gdzie byłeś jak odrywano dzieci od ich matek? Jak mogłeś pozwolić na tyle tragedii na całym świecie? Siedziałeś tu na swoim złotym tronie i nawet nie zainteresowałeś się co dzieje się z ludźmi na ziemi. I dalej siedzisz tu oderwany od ludzi.
– Sądzisz mnie zbyt surowo, – nie patrzył mi w oczy. Tu jestem tylko symbolicznie. Na co dzień jestem z wami, jestem w każdym z was. Jestem w każdym z was, – powtórzył to zdanie powoli żeby do mnie dotarło. Zobaczyłem, że patrzy na swoje podziurawione stopy.
– I o tyle jestem w waszych sercach i umysłach, ile jest tam miejsca dla drugiego człowieka. Szukajcie mnie nie w niebie, ale w swoich bliźnich. Tam jestem. I dopóki mnie tam nie znajdujecie to znaczy… to znaczy, że dla was mnie nie ma.
Wstał. Teraz patrzył mi prosto w oczy. Złota peleryna spadła mu z ramion i odsłoniła brudny, obozowy pasiak.
– Zrozumiałeś? – niespodziewanie podniósł głos. – Szukaj mnie w swoich bliźnich, tam jestem.
– Schnell, schnell. – huczało mi w głowie.

Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: