Wiersz na dzisiejszy wieczór – odc. 67

 

Jarek

Wiersze, piosenki i opowiadania zbieram od czasów szkolnych. Wyszperane z najbardziej zapomnianych zakamarków opuszczonych strychów oraz zakurzonych bibliotecznych półek, znalezione przypadkowo w starych czasopismach i książkach… Wpisywane mozolnie do zeszytów aż do 1996 roku, kiedy to postanowiłem „wrzucić” je do Internetu. Tak powstała strona „Listów z krainy snów…” (www.wiersze.co). Niech ponownie ożyją i będą źródłem nadziei i siły dla innych…


Wiersz na dzisiejszy wieczór – odc. 67

Dziś pozostajemy przy temacie rodziców i dzieci. Poniżej fragment książki Katarzyny Kolskiej „Moje dziecko gdzieś na mnie czeka” (Wyd. Znak, 2011). Publikacja ta poświęcona została losom adoptowanych dzieci i ich rodziców… Czy matką jest kobieta, która przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem i urodziła dziecko, czy też ta, która obdarzyła je bezgraniczną i bezwarunkową miłością, czuwała przy łóżeczku w zdrowiu i chorobie, cierpliwie znosiła młodzieńcze wybryki i wychowała najlepiej, jak potrafiła?

Jeden z rozdziałów książki, zatytułowany „Moje dwie Mamy”, zrobił na mnie tak niezwykłe wrażenie, że zwróciłem się z prośbą do wydawnictwa o wyrażenie zgody na zamieszczenie go w całości w serwisie literackim „Listów z krainy snów” (www.wiersze.co). Nawet dzisiaj, gdy czytam te słowa ponownie po kilku latach, mam łzy w oczach…

Poniższe, oparte na faktach opowiadanie dedykuję wszystkim, którym wojna zabrała rodziców i ukradła szczęśliwe dzieciństwo. Także tym, którzy zostali wychowani i obdarzeni miłością przez innych, obcych ludzi i którzy do dzisiaj o tym nie wiedzą, nigdy nie zobaczą twarzy swoich bliskich i nie dowiedzą się o swoim pochodzeniu…

* * *

Moje dwie Mamy

(fragment książki Katarzyny Kolskiej „Moje dziecko gdzieś na mnie czeka”, Wyd. Znak 2011)

Przez wiele lat swojego życia Małgorzata miała poczucie, że jest znikąd, z powietrza, z przestrzeni. Że nie ma początku, nie ma korzeni, którymi wrasta się w czyjąś historię, w czyjeś życie, w miłość. Miłość? Nosiła w sobie pytanie: dlaczego ktoś mnie nie chciał? Dlaczego przestraszył się mojego życia? Próbowała sobie wyobrazić, jak wyglądają jej rodzice. Dziwne uczucie. Rodzice. Jedni rodzice i drudzy rodzice. Czy można mieć dwie matki, czy można kochać tak samo?

Teraz siedzi przed skrawkiem papieru. Znalazła to, czego szukała przez tyle lat. Wystarczy wziąć telefon do ręki i wybrać kilka cyfr. Jak tajny szyfr, który prowadzi do przeszłości. Tak bardzo tego pragnęła, tak bardzo chciała poznać prawdę. A teraz, gdy jest tak blisko, nie ma odwagi zadzwonić. Bo co można powiedzieć komuś zupełnie obcemu po czterdziestu sześciu latach? Cześć, mamo, to ja, twoja córka? Gosia chodzi nerwowo po pokoju. Nie może sobie znaleźć miejsca. Parzy kawę, wypija, wychodzi na balkon, by odetchnąć świeżym powietrzem. Boi się tego, co usłyszy. Boi się chłodu w ich głosie, boi się pretensji, wymówek…

Jest niedziela, 28 stycznia 2007 roku. Na zegarze dochodzi siedemnasta. W Polsce. Która może być teraz godzina w USA? Nieważne. Musi zadzwonić. Jeszcze łyk kawy, jeszcze chwila zastanowienia. Bierze telefon do ręki. Przeciągły dźwięk w słuchawce świdruje jej w uszach. Jest roztrzęsiona.
– Halo, to ja, Gosia… – mówi. I nagle brakuje jej słów. Wszystkie pytania, wszystko, o czym myślała, ulatuje z głowy. Chwila ciszy.
– Gosiu, to ja, twoja mama…
Po obu stronach słuchawki zapada milczenie. Dwie kobiety. Kiedyś rozdzielone. Teraz tysiące kilometrów od siebie. Matka i córka. Słuchają swoich oddechów. I swoich łez.
Kiedy dziś Małgorzata wspomina tamten dzień, ma wrażenie, jakby oglądała film, jakby to nie było jej życie.

Czterdzieści sześć lat wcześniej

Basia jest w ciąży. Jej chłopak ma osiemnaście lat, ona dopiero piętnaście. Znają się od dziecka, kochają. Rodzice wyrzucają ją z domu, nie ma się gdzie podziać. Idzie do domu dziecka. Tam będzie czekała na poród. Tam wróci z maleńką Małgosią. Z dziecka stanie się kobietą, z dziewczynki matką. Nie wie, jak będzie wyglądało jej życie, nie wie, jak sobie poradzi. Ale zajmuje się Małgosią najlepiej, jak umie. Karmi ją, przewija, kąpie, usypia, kołysze na rękach. Za kilka miesięcy, gdy skończy szesnaście lat, będą się mogli z Jurkiem pobrać, będą razem, wychowają swoją córeczkę. Mija pierwszy tydzień i drugi. Basia zostawia Małgosię pod opieką pielęgniarek, odwiedza swojego chłopaka i przyszłych teściów. Nie siedzi długo, bo wie, że trzeba nakarmić dziecko. Wraca. Przed domem stoi samochód, Basia widzi swoją mamę i tatę. Chce podbiec, ale oni natychmiast odjeżdżają. Wpada na korytarz. Biegnie do pokoju, gdzie są dzieci. Łóżeczko jest puste. – Gdzie jest moja Małgosia, oddajcie mi moją Małgosię – krzyczy, biegając w obłędzie po domu. Nie wie, że już nie zobaczy swojej córeczki, że rodzice wszystko załatwili za jej plecami, że zabrali dziecko i oddali innym ludziom. Nie wierzy, że mogli jej coś takiego zrobić. Wyje z rozpaczy. Jest 9 kwietnia 1961 roku.

Kilka tygodni później. Sala sądowa. Basia przyszła razem z ojcem. Płacze. Prosi: „Oddajcie mi Małgosię! Oddajcie mi moją córeczkę!”. Ojciec jest wściekły, ściska ją za rękę. Basia krzyczy. Sędzia prosi milicjantów, by wyprowadzili ją z sali sądowej. Jeszcze przez długie miesiące będzie szukać swojego dziecka. Będzie zaglądać do wózków, będzie czujna na ulicy, będzie chodzić na place zabaw, do parku. Pojedzie na wieś, bo podobno właśnie tam mieszka rodzina, która ją adoptowała. Miną tygodnie, miesiące, lata. Gosia się nie odnajdzie. Barbara i Jerzy pobiorą się, wyjadą z kraju. Urodzi im się druga córka i syn. O Gosi nigdy nie zapomną. Będą o niej pamiętali, będą o niej mówili. Na zawsze zostanie w ich sercach. – Nigdy nie wybaczyłam moim rodzicom tego, co mi zrobili. Tego nie można wybaczyć. To jest największa krzywda, jaką człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi – powie po latach.

Dzieciństwo. Szczęśliwy czas. Niewielkie mieszkanie: jeden pokój, kuchnia, łazienka, korytarz. Wszystko pięknie urządzone. Zawsze czysto. Pachniało obiadem, plackiem, książkami. Książki stały na półkach – od ziemi do sufitu. Gosia lubiła, gdy mama czytała jej wieczorem bajki. Miała swoją ulubioną. O kobiecie, która bardzo chciała mieć dziecko. Nie wiedziała, skąd je wziąć, dlatego wybrała się do czarownicy, która sprzedała jej ziarenko i kazała zasadzić w doniczce. Z ziarenka wyrósł piękny kwiat, a w jego płatkach ukryta była maleńka dziewczynka. Kobieta nazwała ją Calineczką. Pewnego razu nocą do ich domu zakradła się wstrętna ropucha i porwała Calineczkę – chciała, by została żoną jej syna. Gdy dziewczynka przebudziła się ze snu i zobaczyła, że jest w obcym miejscu, zaczęła strasznie płakać… Gosia do dziś nie wie, dlaczego tak bardzo lubiła tę bajkę.

Czasami pytała: – Mamo, dlaczego ja nie mam brata lub siostry? Miałabym się z kim bawić. – A Irena ją przytulała i tłumaczyła. – Już jesteś za duża, żeby mieć rodzeństwo. Masz koleżanki, z nimi możesz się bawić. – Mama była jej największą miłością.

Dzieciństwo to też ogród cioci, zabawy z kuzynką, lodowisko. Gdy poprosiła o łyżwy, dostała najlepsze, jakie były, prawdziwe figurówki. Robiła postępy, zdobywała medale. Poszła do szkoły sportowej.

Wiosna. Gosia przygotowywała się do matury Zajęta nauką nie miała czasu wybrać się do urzędu po akt zupełny urodzenia. We wrześniu chciała wyjść za mąż. Swojego przyszłego męża poznała kilka miesięcy wcześniej u koleżanki. Był Francuzem. Przystojny, siedem lat starszy. Gosia do tej pory nie miała żadnego chłopaka. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Być może, nie spieszyłaby się tak bardzo z tym ślubem, być może, nigdy nie wyjechałaby do Francji, gdyby ojciec pozwolił jej iść na upragnione studia. Marzyła o akademii sztuk pięknych. Tylko to ją interesowało. Od dziecka. Lubiła rysować, malować. Czasami uciekała ze szkoły na wagary, szła na rynek i przyglądała się ratuszowi, pięknym kamieniczkom, kościelnym wieżom. Wyciągała zeszyt i szkicowała. Odwiedzała galerie, przyglądała się obrazom. Ale ojciec był surowy i nieprzejednany. – Chcesz studiować, to studiuj coś pożytecznego, co da ci zawód i życiową stabilizację – przekonywał córkę. – Nie będziesz się włóczyła z obdartusami po ulicach, nie pozwolę, żebyś zmarnowała sobie życie.

Gosia często słyszała od ojca: „Nie pozwolę”, „nie zgadzam się”, „nie wolno”. Bała się go. Rzadko ją chwalił. – Mogłaś to zrobić lepiej, mogłaś dostać lepszy stopień, mogłaś… Nigdy nie był z niej zadowolony. A przecież ją kochał. Po swojemu. Twardą, wymagającą miłością. Miała wszystko, czego zapragnęła. Wieczorem, gdy wracał z pracy, wyciągał z kieszeni czekoladę. Dla swojej Małgosi. Czasem siedzieli razem w warsztacie. Gosia przykręcała śrubki, wbijała gwoździe, piłowała deskę. Ale wystarczyło, że spojrzał na nią surowym wzrokiem i już wiedziała, że nie ma co dyskutować, że ojciec nie ustąpi, nie ulegnie. O wymarzonych studiach na ASP też musiała zapomnieć. Zdecydowała, że weźmie ślub i wyjedzie do Francji. Rodzice jej nie zatrzymywali. Był początek lat osiemdziesiątych, w Polsce bieda. Głęboka komuna. Irenie było żal, że już niedługo będzie musiała rozstać się z jedyną córką, wiedziała, że będzie za nią bardzo tęskniła. Ale nie miała prawa jej zatrzymywać. Chciała, żeby Gosia była szczęśliwa. Dlatego poszła do urzędu, przyniosła akt urodzenia w niebieskiej kopercie. Bóg jeden wie, ile ją to kosztowało. Jakie myśli kotłowały jej się po głowie, gdy wracała do domu z tą niebieską kopertą, która ważyła więcej, niż człowiek jest w stanie udźwignąć. Położyła ją w pokoju na stole. I wyszła z domu.

Gosia wraca ze szkoły, dziwi się, że mamy nie ma. Zawsze czeka na nią z herbatą, z obiadem. Może poszła po zakupy? Podchodzi do stołu, widzi niebieską kopertę, domyśla się, że mama była już w urzędzie, że załatwiła akt urodzenia. Otwiera, szybko przebiega wzrokiem kolejne zdania zwykłego urzędowego pisma. Ale czegoś nie rozumie: obce nazwiska, obce imiona? Krew uderza jej do głowy Siada na krześle. Czyta jeszcze raz, zdanie po zdaniu. Nie może uwierzyć. Nie, to nie-możliwe! Przypomina sobie, jak czasami wydawało jej się, że nie jest dzieckiem swoich rodziców. Była mała. Pytała: „Mamo, czy ty mnie urodziłaś?”. A Irena ją uspokajała: „Co też ci przyszło do głowy, córeczko, oczywiście, że cię urodziłam”.

Słyszy zgrzyt klucza w zamku, trzask zamykanych drzwi, kroki mamy. Irena wchodzi do pokoju. Spoglądają na siebie. Obie już wiedzą. Rzucają się sobie w ramiona, płaczą. Długo płaczą. Potem usiądą na kanapie przytulone mocno do siebie. Irena opowie tyle, ile wie. O Barbarze, że była bardzo młoda, że płakała w sądzie, że nie chciała oddać swojego dziecka, że milicja musiała wyprowadzić ją z sali sądowej.

Gosia płacze, przytula się mocniej do Ireny i mówi: „Jesteś moją najukochańszą, najlepszą mamą. Zawsze będziecie moimi prawdziwymi rodzicami”. (…)

Przeczytaj w serwisie „Listów z krainy snów”, co wydarzyło się później…

Cały tekst opowiadania „Moje dwie Mamy”.
http://www.wiersze.co/dwiemamy.htm

Jarosław Kosiaty

Wszystkie wpisy Jarka

TUTAJ

„Listy z krainy snów” – www.wiersze.co

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: