.Jestem znów Zydem cz 35

Szlomo Adler


 
Nowa  Epoka

Opuszczamy Bolechów, idziemy do Raduchowskich.

„Salek, ja jestem chory i cały czas latam do wychodka.  Jak ja mogę iść z Tobą?”.

„Wiem, Józik, ale nie możemy wejść do nowego obozu.W kryjówce Twoje rozwolnienie w końcu  minie, a jeśli zostaniemy w obozie, to całe nasze życie przepadnie. Czy Ty tego nie rozumiesz?”. 



„Dobrze, idziemy!”. 



Wyszliśmy ze szpitala, nie mając zielonego pojęcia jak znajdziemy dom Raduchowskich.  Skierowaliśmy się w kierunku naszego obozu.  Po drodze spotkaliśmy grupę Żydów, którzy szli w stronę łaźni. Ogłoszono dzień wolny od pracy i Żydzi mogli poruszać się swobodnie po mieście, żeby przygotować się do wejścia do nowego obozu. My też szliśmy spokojnie wzdłuż ulicy Dolińskiej w kierunku tartaku i w kierunku wsi Dołzka, Gerynia i Hoszów. Za obozem zeszliśmy z głównej drogi, aby ominąć posterunek żołnierzy Własowa, którzy pilnowali małego mostu i skrzyżowania torów kolejki z ulicą Dolińską. Około trzysta metrów przed tym posterunkiem, skręciliśmy w prawo, w kierunku wsi Dołzka i weszliśmy w krzaki koło strumienia.  Znaliśmy to miejsce dobrze, bo łowiliśmy tam ryby. Po przejściu kilkuset metrów od stanowiska żołnierzy wyszliśmy z zarośli i   poszliśmy ścieżką do lasu należącego do rodziny Kuk. Nagle zobaczyliśmy chłopca trochę starszego od nas. To był jeden z synów Kuka. Rozpoznał nas i zapytał:„Serwus Adlerowie. Dokąd idziecie?”. „Szukamy drogi do Hoszowa przez Gerynię”. „Jeśli chcecie uniknąć głównej drogi, to idźcie trochę dalej pod górę i skręćcie w lewo, ale uważajcie, bo tam mieszka rodzina znana z tego że nie lubią Żydów”.

Pożegnaliśmy się i poszliśmy ścieżką pod górę.  Jakimś cudem, na polu z prawej strony ścieżki, stał pan Raduchowski i gwizdał melodię „Car Mikołaj nie umiał walczyć”. Zobaczył nas z daleka.  Zdziwił się widząc nas obu. Wytłumaczyliśmy mu, że wujek Jehoszua ukrył się u rodziny Czerniawskich na Salinie ale my nie wiemy u której.  Opowiedzieliśmy panu Rauduchowskiemu, że Żydzi przenoszą się do nowego obozu, z którego już nie będzie można uciec. My uciekliśmy razem i bardzo go prosimy, aby ukrył nas obu. Pan Raduchowski zaczął tłumaczyć, że w kryjówce z trudem zmieści się jeden z nas, i że oni są biedni, i będzie im trudno wyżywić nas obu. Odpowiedzieliśmy, że zmieścimy się nawet w najmniejszej dziurze, i że podzielimy się jedzeniem.  Ale jeśli nie zgodzą się ukryć nas dwóch, to będziemy wdzięczni za bochenek chleba i 2 pudełka zapałek, bo mamy w planie przejść granicę i uciec na Węgry. Wysłuchał nas i w końcu powiedział:”To nie jest dobre rozwiązanie, daleko nie dojdziecie.Nie podchodźcie do mojego domu teraz, kiedy jest widno. Poczekajcie w lesie i przyjdźcie, gdy będzie już zupełnie ciemno.” 

Pan Raduchowski narysował kijem na ziemi plan jak dojść do jego domu, a kiedy skończył, zatarł wszystko butem.



Poszliśmy pod górę, w stronę lasu, a po kilkunastu krokach jeden z nas pochylił się, jakby zawiązywał sznurowadło, aby upewnić się, że nikt nas nie widział z panem Raduchowskim i nikt nas nie śledzi.  

Weszliśmy do lasu czując się już dużo spokojniej.  Ostatni raz byliśmy w lesie ponad rok temu, kiedy jeszcze matka Józika i moja siostra żyły, a Raduchowscy byli wtedy gotowi ukryć całą naszą całą czwórkę w jamie. Czekaliśmy na zmierzch.  Zaczęliśmy szukać orzechów i jagód, których było pełno.  Rozmawialiśmy o tym, czy nie byłoby lepiej gdybyśmy zostali w lesie.  Ale jak przetrwamy zimę? Nawet jeśli zbierzemy ogromne ilości suchych liści, bez schronu nie przeżyjemy deszczu, śniegów  i mrozu.

Może jednak powinniśmy uciekać na Węgry? Ale jak będziemy rozmawiać z ludźmi po przekroczeniu granicy? Nie znamy żadnego obcego języka oprócz polskiego i rosyjskiego. Znamy trochę ukraiński, ale kto na Węgrzech mówi po ukraińsku? Nasz niemiecki jest tak słaby, że natychmiast się zorientują, że uciekliśmy z Polski. Były też inne przeszkody. Nie mieliśmy kompasu ani nawet mapy.  Z pewnością zgubilibyśmy się w lesie. Znowu pomyślałem o Żydach z Bolechowa, którzy weszli do nowego obozu.  Mogliby być tu z nami w lesie.  Ponad tysiąc mężczyzn i kobiet może wykopać jamy, zbierać żywność i założyć obóz. Do dzisiaj jestem przekonany, że jeśli wszyscy Żydzi opuściliby obóz razem, wielu by przeżyło.  Możliwe, że Józik i ja byśmy nie przeżyli.  Faktem jednak jest, że żaden z tych, którzy weszli do obozu, nie uratował się.



W końcu nadeszła noc. Czekaliśmy, żeby zrobiło się zupełnie ciemno. Wyszliśmy z lasu i poszliśmy szybko w kierunku domu pana Raduchowskiego.  Za każdym razem, gdy księżyc wychodził zza chmur, chowaliśmy się w cieniu drzewa lub ogrodzenia. W ten sposób mogliśmy rozejrzeć się czy nikt nas nie obserwuje. 


Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: