Ciekawe artykuly

Inka została zamknięta w najchłodniejszym miejscu w mieszkaniu.

Miała tam umrzeć

 

Niezidentyfikowana kobieta z dzieckiem, 1908 r. (Fot. Polona.pl/domena publiczna)’


Pan Miszczak poprosiła znajomego, by zbudował dla Inki drewniane łóżeczko, wywiercił w jego dnie otwór i przykrył je sianem. Dzięki temu pani Miszczak nie musiała zmieniać pieluch, ponieważ odchody spadały na podłogę.

Dochodzimy do być może najciekawszego etapu historii życia mojej babci, czyli uratowania małej żydowskiej dziewczynki. Przez kilkadziesiąt lat sprawa była utrzymywana w tajemnicy. Ja się o niej dowiedziałem na początku wieku, gdy babcia miała dostać wyróżnienie od Yad Vashem. Dla mnie był to prawdziwy szok – moja babcia jest bohaterką, a ja o tym nic nie wiedziałem! Zofia nigdy nikomu publicznie o tym nie opowiedziała. Byłem więc niezmiernie ciekaw, jak to się stało, że los splótł jej historię z losami skazanej na śmierć dziewczynki.

Wiedzieliście, dlaczego otrzymaliście przydział do tego mieszkania?

Zofia Hołub: Zdawaliśmy sobie sprawę, że było ono pożydowskie. Że ci, którzy tam mieszkali, albo już nie żyją, albo musieli uciekać. Zresztą nigdy nie poznaliśmy historii jego właścicieli. Ale tak, wiedzieliśmy, dlaczego ono stoi puste. Ale jak człowiek nie ma dachu nad głową, to raczej nie zastanawia się długo, skąd i po kim ma mieszkanie. Ani nawet co się stało z tymi, co tu wcześniej mieszkali. Raczej cieszy się, że ma gdzie spać.

Wcześniej mieliście swoje gospodarstwo i pola. Jak teraz zarabialiście na życie?

Rzeczywiście, to zaczął być duży problem. Teraz nie mieliśmy nic, nie mieliśmy co jeść ani za bardzo w co się ubrać. Trzeba było kombinować, ale właściwie to – co tu dużo mówić – zdarzało się, że chodziliśmy głodni. Spędzałam też więcej czasu w domu. Z nudów chodziłam dosyć często do sąsiadów, rozmawiałam z nimi i od czasu do czasu słyszałam tam jakieś dziwne dźwięki, jakiś szmer. Zorientowałam się, że dochodzi on gdzieś z okolic ich kuchni. Chodziło mi to długo po głowie. Sprawdziłam naszą kuchnię, ale nic tam nie znalazłam. Cóż, uznałam, że musiałam się przesłyszeć. Tak mi się w tamtym momencie wydawało. Ale, jak to dziecko, nadal byłam ciekawska. Miałam w tym czasie 16 lat, nic dziwnego, że interesowałam się wszystkim, co się dzieje wokół. Dalej nasłuchiwałam tych dziwnych dźwięków. I upewniłam się, że ten szmer dochodzi z kuchni sąsiadów.

Poszłaś od razu do tej kuchni?

No co ty! To nie była moja kuchnia, nie mogłam sobie tam ot, tak wchodzić. Ale intrygowało mnie to ciągle. Uznałam, że powinnam to jakoś sprawdzić. Zastanawiałam się tylko, kiedy to zrobić. Wreszcie zdarzył się moment, gdy nikogo nie było w moim domu ani w tym drugim mieszkaniu. Wiedziałam, że to wścibskie, ale byłam tak zaciekawiona, że weszłam do tej kuchni. Poza tym chyba w ogóle byłam wtedy wścibska [śmiech]. Akurat gdy weszłam, było cicho, ale po kilku chwilach znowu usłyszałam ten dziwny szmer. Nie byłam pewna, skąd dokładnie dochodzi. Pokręciłam się po kuchni i po chwili zorientowałam się, że ten delikatny szum wydostaje się z takiej niedużej komórki. Ta komórka stała obok paleniska, pewnie była przeznaczona na drewno. Prowadziły do niej takie małe, białe drzwiczki.

Otworzyłaś je?

Oczywiście. Otwieram i patrzę – leży tam dziecko.

Szok?

Absolutny. Stanęłam jak wryta. Było to wyjątkowo przerażające. Dzieciątko zupełnie wygłodzone, wystraszone. Ja już wtedy naprawdę wiele strasznych rzeczy przeżyłam, ale widoku malutkiego dziecka, czekającego na śmierć, nie da się z niczym porównać.

Co wtedy pomyślałaś?

Nie wiem, czy cokolwiek pomyślałam. Poszłam do tej kuchni, bo byłam wścibska i chciałam się dowiedzieć, co się dzieje tak naprawdę w kuchni sąsiadów. A odkryłam konające dziecko, żywą istotę… Było małe, ale w takim stanie, że nie umiałam ocenić jego wieku. Później się dowiedziałam, że miała w tym czasie niecałe dwa latka.

Oczywiście nie miałaś pojęcia, co to za dziecko…

Nie, ale od razu wiedziałam, że żydowskie.

Skąd to wiedziałaś?

Przede wszystkim wiedziałam, czyje było wcześniej to mieszkanie. Należało przecież do Żydów. Ale wiedziałam nie tylko dlatego. Od razu widać było, że to nie jest polskie dziecko. Było przestraszone, nic nie mówiło i nic nie rozumiało po polsku. Dziecko, nawet tak małe, reaguje na jakieś słowa w swoim języku. Ono nie reagowało w ogóle. Jak ja wtedy żałowałam, że nie ma ze mną mamy! Bo jak mówiłam, ona znała jidysz, jakoś by się z nią dogadała, a przynajmniej lepiej niż ja. Od początku wiedziałam, że o tym odkryciu nikt się nie może dowiedzieć. Absolutnie nikt, nawet mój ojciec.

Jakie wrażenie robiło samo dziecko?

To była dziewczynka, blondyneczka, nieprawdopodobnie wygłodzona – sama skóra i kości. Dosłownie. Widać było, że czeka na śmierć. Absolutnie przestraszona. Ale nawet nie to zrobiło na mnie największe wrażenie, a jej oczy. Piękne, błękitne, proszące, błagające… Błagały mnie, żeby jej pomóc! Nawet nic nie musiała mówić ani się odzywać. Tymi oczami mi wszystko powiedziała. I powiem ci, że po dziś dzień mam przed sobą te oczy. Tego widoku nie da się zapomnieć.

Mówiłaś, że miała blond włosy. Z tego, co wiem, Żydówki rzadko były blondynkami.

Masz rację, może ona nawet nie wyglądała na Żydówkę, ale ja i tak nie miałam wątpliwości, kim jest. Swoją drogą, to że nie wyglądała jak typowa Żydówka, pozwoliło jej później przeżyć.

Gdzie ona wtedy w ogóle się znajdowała? Spała na podłodze tej komórki?

Nie, leżała w drewnianej kołysce. Przebywała w niej cały czas i była nieprawdopodobnie brudna. Przecież nikt jej nie mył, nikt jej nie przebierał… Ten cały brud musiał zostawać w kołysce. I gdy otworzyłam te drzwiczki, odór był wręcz nieprawdopodobny. Próbowałam trochę wyczyścić to wszystko, ale oczywiście miałam ograniczone pole manewru. Starałam się przede wszystkim utrzymać ją przy życiu. Zaczęłam ją dokarmiać. Niezbyt obficie, bo przecież sami głodni chodziliśmy, ale coś zawsze udawało jej się przynieść.

Zostawiłaś ją w tej komórce?

Tak. Ani przez sekundę nie pomyślałam, żeby ją stamtąd zabrać. W ogóle nie wchodziło to w rachubę. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że ona tam jest i że ja ją dokarmiam. Nie było to proste. Na szczęście sąsiedzi dosyć często zostawiali mieszkanie puste. Musiałam też pilnować, żeby w mojej rodzinie nikt się nie zorientował, co robię. Jakoś mi się udało, wykorzystywałam każdą okazję, żeby pójść do dziewczynki.

Nazwałaś ją jakoś?

Nie. Dopiero później dowiedziałam się, jak się nazywa. Inka – od Sabiny. Jeszcze później się dowiedziałam, że jej nazwisko to Kagan.

I nikt się nie zorientował, że ona tam jest? Tylu domowników i nikt nic nie poczuł, nie usłyszał?

Nie. Ta komórka była nieco oddalona od pokoi mieszkalnych. Poza tym Inka bardzo cicho się zachowywała, nie płakała. Raz – była autentycznie przerażona. A dwa – nie wiem, widocznie nawet w malutkim dziecku uruchamia się jakiś instynkt przetrwania. I chyba dzięki temu instynktowi zrozumiała, że aby przetrwać, musi być cicho. I była. Więc moja rodzina się nie zorientowała, że ktoś tam jest. A co do pozostałych domowników, to potem się dowiedziałam, że to właśnie oni ją wsadzili do tej komórki.

A co by było, gdyby ktoś z zewnątrz dowiedział się o jej istnieniu?

Gdyby Niemcy się dowiedzieli? Na pewno by nas zamordowali, oczywiście razem z tą dziewczynką. Całą naszą rodzinę i przy okazji te dwie rodziny, które z nami mieszkały. Taka była kara za pomaganie Żydom podczas wojny, absolutnie miałam tego świadomość. Musiałam więc wszystko robić bardzo ostrożnie. Zresztą niedawno widziałam w telewizji dokument, w którym opowiadano o tym, jak naziści spalili cały dom polskiej rodziny pomagającej Żydom. Cała rodzina spłonęła żywcem, tylko jeden syn zdołał przetrwać wojnę i opowiedzieć tę historię. Zdawałam sobie sprawę, że opieka nad dziewczynką wiąże się z ogromnym ryzykiem, ale jasne było dla mnie, że trzeba pomóc. Nie zastanawiałam się nawet za bardzo nad innym rozwiązaniem.

Jak długo to trwało?

Dokarmiałam ją w ten sposób jakieś trzy miesiące, może trochę dłużej. Nie było łatwo, jak mówiłam, mieliśmy za mało jedzenia nawet dla nas, a co dopiero dla kolejnego dziecka. Dziewczynka była do tego w coraz gorszym stanie. I to ryzyko… W końcu zdałam sobie sprawę, że prędzej czy później ktoś odkryje, co tu się dzieje.

Co się zmieniło po tych trzech miesiącach?

Przyjechali do miasta moi sąsiedzi z Białej Krynicy, Roztropowicze. Też musieli uciekać z tamtych stron przed banderowcami. A ja czułam, że muszę się komuś zwierzyć. I potrzebowałam bez dwóch zdań pomocy w tej sytuacji. Nie dałam rady już dłużej utrzymywać tajemnicy. Tym bardziej, że mieliśmy niebawem przenosić się do innego mieszkania. Więc powiedziałam pani Roztropowicz, że znalazłam malutką Żydówkę i nie bardzo wiem, co teraz z nią zrobić. A ona przecież długo nie pociągnie… Oczywiście zgodziliśmy się, że musi to pozostać w najściślejszej tajemnicy.

Nie bałaś się im o tym powiedzieć?

Nie, absolutnie. Roztropowicze to byli dla mnie zaufani, bardzo bliscy ludzie. Bardzo przyjazna rodzina. Do rodziców miałam ogromny szacunek, to właśnie ich mama, Natalia, mnie wciągnęła w czytanie. Zresztą ja się wychowałam bez matki i ona – można powiedzieć – przez jakiś czas trochę mi matkowała. Miałam z całą tą rodziną świetny kontakt, ufaliśmy sobie, tak samo zostało po wojnie. Zresztą, to była właściwie jedyna bliska polska rodzina, która w czasie wojny pozostała z nami. Wszystkie inne wywieźli na Sybir.

Pokazałaś im to dziecko?

Tak, pokazałam. Byli zdruzgotani. Też nie mieli pojęcia, co w tej sytuacji zrobić. Na pewno długo nad tym myśleli i się naradzali. Ostatecznie uznali, że ją przygarną. Że będą ją wychowywać jak swoją córkę. Zgodziliśmy się, że to będzie najlepsze rozwiązanie. A właściwie to chyba jedyne możliwe rozwiązanie.

 ***

Ta dziewczynka, czyli Inka Kagan, dziś nazywa się Sabina Heller. Jest na emeryturze i mieszka w Stanach Zjednoczonych, w okolicach Los Angeles. Gdy pisałem tę książkę, wybierała się do Polski, ale kilka miesięcy później, więc został nam kontakt telefoniczny. Zadzwoniłem, odebrał mężczyzna, w tle słychać było dziecko. Bałem się, że wybrałem zły numer, ale okazało się, że to syn mojej bohaterki. Szybko poprosił Inkę do telefonu. Wyjaśniłem jej, że przygotowuję książkę o historii Zofii, na co zareagowała z entuzjazmem. Działo się to w listopadzie 2016 roku. (…)

Podczas spotkania pani Stanka Roztropowicz pokazała mi książkę napisaną przez Sabinę Heller. Opublikował ją Instytut Yad Vashem w 2012 roku. Wspomnienia opierają się przede wszystkim na starych listach i relacjach, do których pani Sabina dotarła, gdy była już dorosła. Sama narracja jest dość oryginalna – raz jest pisana w pierwszej, raz w trzeciej osobie. To dość specyficzny zabieg – być może Inka próbowała w ten sposób budować własną historię, której skrawki, niczym nie zawsze pasujące do siebie puzzle, układała z cudzych wspomnień i odnalezionych dokumentów.

Jej książka często szczegółowo opisuje wydarzenia, których sama nie mogła pamiętać. Trzeba założyć, że wiele informacji może nie mieć przełożenia na prawdziwe wydarzenia. Jest to jednak niezwykła historia, którą postanowiłem zestawić ze wspomnieniami mojej babci i Stanisławy Roztropowicz.

Inka (Sabina) Heller napisała w swoich wspomnieniach:

Po śmierci Kaganów wyschło źródło dochodu Miszczaków. Życie na wsi nieopodal Radziwiłłowa stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Niemcy byli wszędzie. Wiele rodzin zmuszono do udostępniania pokoi w swoich domach niemieckim oficerom. Ale zagrożenia dla takich rodzin jak Miszczakowie nie stanowili tylko Niemcy. Byli to również Ukraińcy, którzy szczerze nienawidzili Polaków, a morderstw na Polakach dokonywano codziennie.

W takiej atmosferze ukrywała mnie, żydowskie dziecko, rodzina Miszczaków. Naprawdę nie podobała im się ta sytuacja. Zwłaszcza pani Miszczak była bardzo niezadowolona, że musi się mną zajmować. Warunki w ich gospodarstwie były wręcz prymitywne. Dom nie miał kanalizacji, wodę za każdym razem trzeba było przynosić ze studni. Żyli bez prądu. Światło dostarczały lampy gazowe. Wstawanie kilkakrotnie w nocy, żeby nakarmić Inkę, było bardzo uciążliwe. Gdy Kaganowie jeszcze żyli i dawali Miszczakom pieniądze, ci zajmowali się Inką. Gdy rodzice dziewczynki zginęli w pożarze, wszystko się zmieniło. Inka stała się obciążeniem, ryzykiem dla całej rodziny. Chcieli się więc jej pozbyć, ale nie wiedzieli, jak to zrobić, by nie narazić się na niebezpieczeństwo. Wyjechali więc i zostawili Inkę samą w domu bez opieki.

Wśród dokumentów, które później dostałam, znalazł się również pamiętnik pisany przez córkę Natalii, Stankę. Dowiedziałam się z niego, że zostawili mnie w małej, ciemnej komórce, bez jedzenia i ogrzewania, w środku mroźnej, wschodnioeuropejskiej zimy.

Najwyraźniej mieli nadzieję, że tego nie przeżyję, że umrę z głodu albo w pożarze wznieconym przez Ukraińców. Miszczakowie przebywali w pobliskim Radziwiłłowie siedem dni i po powrocie, ku swemu zdziwieniu zastali dom nietknięty, a ja nadal żyłam. Myślę, że jakiś anioł musiał wtedy nade mną czuwać.

Sytuacja na wsi pogarszała się z dnia na dzień i stawało się jasne, że żyjący tam Polacy muszą przenieść się w bezpieczniejsze miejsce. Miszczakowie zabrali mnie i przeprowadziliśmy się do Radziwiłłowa. Radziwiłłów był nowocześniejszy. Mieszkania miały dostęp do kanalizacji i prądu, a niektóre firmy posiadały nawet telefony.

Mieszkanie, do którego przeprowadzili się Miszczakowie, było niezwykle małe. Składało się z jednego pokoju, w którym zamieszkali rodzice, i maleńkiego pomieszczenia dla dwóch córek. Mieściły się tam tylko dwa łóżka. Dziewczynki narzekały, że muszą mieszkać razem i ciągle się kłóciły. Miszczakowie współdzielili kuchnię z rodziną Stramskich – wdowcem, synem i córką Zosią.

W kuchni, za piecem kaflowym, z dala od ludzkich oczu, znajdowały się malutkie drzwi, które prowadziły do ciemnej, zimnej piwnicy bez okien. Zwykle pomieszczenia tego typu służyły do przechowywania zapasów na zimę, ponieważ było to najchłodniejsze miejsce w mieszkaniu. Zimniej byłoby jedynie w lodówce. Dzięki niskim temperaturom żywność się nie psuła.

I to właśnie tam umieścili Inkę. Doskonała kryjówka, ale kiepski pokój dla dziecka. Inka przebywała tam dzień i noc. Pana Miszczaka przez większość dnia nie było w domu, bo pracował na pobliskim komisariacie policji, więc to na jego żonę spadł obowiązek opieki nad Inką. I to ona wpadła na pomysł, co zrobić z żydowską dziewczynką. Poprosiła znajomego, by zbudował dla Inki drewniane łóżeczko, wywiercił w jego dnie otwór i przykrył je sianem. Dzięki temu pani Miszczak nie musiała zmieniać pieluch, ponieważ odchody spadały na podłogę. Chyba nie trzeba dodawać, że Inka leżała w łóżeczku nago, zawinięta jedynie w fioletowy koc.

Takie rozwiązanie sprawiło, że pani Miszczak mogła robić, na co miała ochotę. Pewnie Inka na początku mocno płakała, ale skoro nie przynosiło to żadnych rezultatów i nikt nie pojawiał się z butelką mleka, kaszką albo chociaż, żeby okazać odrobinę zainteresowania, przestała. Żeby przyspieszyć śmierć dziewczynki, pani Miszczak w ogóle przestała przynosić jej jedzenie czy picie, w nadziei, że dziewczynka stanie się coraz słabsza, aż w końcu umrze z głodu. Inka po prostu leżała w przeraźliwie zimnej, ciemnej piwnicy, głodna i porzucona. Była skazana na śmierć.

I wtedy zdarzył się cud. (…)

Wiedziałaś, dlaczego Inka znalazła się w tej komórce? Próbowałaś się dowiedzieć, co się stało z jej rodzicami?

Zofia Hołub: Owszem, dowiedziałam się, choć bardzo późno, bo na początku tego wieku, gdy znowu spotkałam się z Inką. Wszyscy wtedy poznaliśmy prawdę, może nie ze wszystkimi szczegółami, ale mieliśmy jako taki pogląd. Rodzicom Inki – nazywali się Kagan – udało się uciec z getta. Z którego getta? Tego niestety nie wiem. Przez jakiś czas ukrywali się w Radziwiłłowie u jednej rodziny, ale w pewnym momencie ta rodzina zdecydowała, że nie chcą już więcej ryzykować życiem i ich ukrywać. Kaganowie zdecydowali się opuścić miasto, ale dogadali się z tą rodziną, że oni zajmą się ich córką. Że będą ją karmić i w miarę możliwości się nią opiekować. Z litości pominę, jak się nazywała ta rodzina[1]. I co oni zrobili? Po prostu wrzucili dziewczynkę do komórki, zostawili ją tak, aby umarła. Nie chcieli jej karmić, nie chcieli ryzykować ukrywaniem żydowskiego dziecka, więc w ten sposób po prostu pozbyli się problemu. Rozumiem, że nie chcieli ryzykować życia swojego i swoich dzieci, ale to było po prostu okropne. Skazać małą dziewczynkę na śmieć głodową? W głowie się nie mieści.

Gdzie uciekli Kaganowie, rodzice Inki?

Na wieś. Na pewno wiedzieli, że w mieście nie są w stanie przeżyć, a jeśli ukryją się gdzieś dalej, to może przetrwają jakiś czas. Więc zaszyli się w jakimś domu. W ogóle z niego nie wychodzili. Tak spędzili trochę czasu. Ale ktoś w końcu ten dom spalił. Może to były bandy UPA. A może ktoś inny się dowiedział, że są tam Żydzi, i dlatego go spalił.

Mateusz Madejski
Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko
Znak

Okładka książki Mateusza Madejskiego 'Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko', wyd. ZnakOkładka książki Mateusza Madejskiego 'Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko’, wyd. Znak


Przyslala Rimma Kaul

 

 

1 odpowiedź »

  1. To były mroczne czasy. Czuję ból, gdy czytam lub słyszę o tym ogromie krzywdy, której doznali ludzie pochodzenia żydowskiego w tych czasach. Jestem słowianinem i siedzę sobie teraz wygodnie przed komputerem. Trzeba by żyć w tych czasach i mieć problemy, które wynikają z ówczesnych okoliczności, by w pełni zrozumieć postawy ludzkie. Zrozumieć nie oznacza jednak usprawiedliwiać.
    By przetrwać, trzeba było wtedy podejmować racjonalne decyzje. Co zrobić, gdy nie ma żadnego pola manewru, i żeby przetrwać trzeba zgrzeszyć przeciwko dziesięciorgu przykazań?! To pytanie z tych zasadniczych. Jedni potrafią, podejmując ryzyko, przestrzegać zasad i pomagać innym, inni nie. Próg odpornościowy odróżnia jednych od drugich. I wielu z nas potrafi, co nie wynika z okoliczności, postępować haniebnie, a nawet zbrodniczo.
    Nie sądzę jednak byśmy my słowianie mieli monopol na zło, ksenofobię i rasizm. I głupotę. Wystarczy sięgnąć do historii, by wiedzieć, że ludzie ludziom wyrządzali krzywdę od zawsze. I jest to chyba immanentna cecha człowieka, bo od zawsze toczyliśmy wojny. Nie od zawsze też życie ludzkie miało tę cenę, jaką ma dzisiaj. Kto tam za czasów najazdu Mongołów, czasów handlu niewolnikami, czasów zaprowadzania religii, kolonizacji, myślał o losie pojedynczego człowieka..
    Współczesne czasy dostarczają też przykładów na niczym nie usprawiedliwione wyrządzane krzywdy- los Ormian, Hutu, Kurdów, Polaków, którzy ginęli w milionach, to przytaczam tym, co myślą, że nic gorszego nie może się przytrafić na świecie.
    Los plemienia żydowskiego jest smutny i czuję ból, gdy pomyślę o wydarzeniach z nieodległej przeszłości

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: