Etgar Keret, obywatel Izraela i Polski: Najbardziej czuję się Żydem, bo Żydzi zazwyczaj dostają po tyłku

Etgar Keret (ALBERT ZAWADA)- Mój ojciec mówił, że nie ma dobrych i złych czasów. Teraz jest trudno, ale przynajmniej ciekawie – mówi Etgar Keret. Pisarz 19 października będzie wirtualnym gościem Festiwalu Conrada


Etgar Keret – rocznik 1967 – to jeden z najpopularniejszych izraelskich pisarzy, mistrz opowiadań, poeta, a także reżyser. Właśnie ukazał się jego najnowszy zbiór „Usterka na skraju galaktyki” (Wydawnictwo Literackie, przeł. Agnieszka Maciejowska


Natalia Szostak: Przeczytałam właśnie pańskie opowiadanie o koronawirusie. 

Etgar Keret: Które opowiadanie? Napisałem ich trochę w trakcie lockdownu.

Narrator wyobraża sobie, że umrze z powodu COVID-19. „Śmierć jest ode mnie na odległość splunięcia. Żona płacze i to mnie doprowadza do szału”.

– To właściwie nie jest opowiadane, ale esej. Kawałek non-fiction.

Czyli ten mężczyzna to pan?

– Tak. Na początku byłem trochę spanikowany. Nie boję się rzeczy abstrakcyjnych, a więc także  śmierci, ale boję się, że mój samochód spadnie z wiaduktu ze mną w środku. I rzeczywiście stresuje mnie myśl o tym, że gdy będę umierał, moja żona będzie szlochać. Co za beznadziejna śmierć. REKLAMAhttps://c65103417ff518d8182f9e78816ba006.safeframe.googlesyndication.com/safeframe/1-0-37/html/container.html

Studiowałem matematykę, jestem świetny ze statystyki. Wiem, że nawet mimo mojej astmy, szanse na to, że umrę z powodu COVID-19, są raczej małe. Tego się nie boję. Ale już śmierci w szpitalu, z moją zapłakaną żoną u boku – owszem. 

Hm.

– Rozumiem, że to może brzmieć dziwnie.

Ale wolałbym na przykład umrzeć przysypany przez lawinę. To wydaje mi się porządniejszą śmiercią. Umierasz i od razu jest posprzątane. 

Ale mówiąc już zupełnie serio, ten tekst nie jest o moim strachu przed śmiercią, ale raczej o obawie, że nie będę w stanie powiedzieć „Żegnajcie” osobom, które kocham. 

Oczywiście to tylko takie rozważania. Równie dużo sensu miałaby dyskusja z mordercą. „Dlaczego przychodzisz mnie zabić nożem? Czy nie mógłbyś mnie utopić?”.

Wisielczy humor się pana trzyma.

– Wie pani, mój świętej pamięci ojciec, który przeżył II wojnę światową, często mi powtarzał, że nie ma czegoś takiego jak dobre czy złe czasy, są jedynie czasy łatwiejsze i trudniejsze. „Oczywiście wolę, gdy jest łatwo – mawiał. – Ale to podczas kryzysowych sytuacji uczę się więcej na temat samego siebie”. 

Ostatnio myślę o jego słowach, bo wydaje mi się, że pasują do tego, co przeżywamy w czasie pandemii. Obiektywnie to trudny moment. W Izraelu rozpoczynamy drugi lockdown. Nie widuję mojego rodzeństwa, gospodarka jest w rozsypce, a mój syn od pół roku nie był w szkole. Łatwo nie jest, ale kiedy jest trudno, zazwyczaj jest też ciekawie. 

Jako pisarz lubię obserwować napięcie pomiędzy tym, czego naprawdę pragniemy, a tym, co w naszym życiu zwyczajnie się dzieje bez szczególnego udziału woli, na zasadzie inercji. Gdybyśmy mieli robić to, co chcemy, pewnie spędzalibyśmy mnóstwo czasu na zewnątrz, podchodzili do ludzi, którzy wpadliby nam w oko, szli z nimi na wino czy kawę. Takich chwil w życiu jednak nie ma zbyt wiele. Zazwyczaj człowiek wstaje wcześniej, niż by chciał, a potem pędzi do szkoły czy pracy. I chyba niezbyt często myśli sobie: „Moją pasją jest chodzenie do biura, nikt mnie przed tym nie powstrzyma!”. Po prostu poddajemy się nurtowi. 

Przez koronawirusa świat stanął w miejscu. To wytrąciło nas z równowagi. Po przebudzeniu nie myślimy już: „Cholera, spóźnię się na autobus, a zaraz muszę być w pracy”, ale raczej: „Co dziś będę robić?”. A może nawet: „Kim właściwie jestem?”. Pod względem egzystencjalnym i filozoficznym to o wiele bardziej interesujące tematy do przemyśleń. Jednego dnia możesz stwierdzić, że całe życie marzyłaś o pracy w piekarni, więc oglądasz na YouTubie filmiki o tym, jak piecze się chleb. Drugiego, że nic cię nie uszczęśliwi tak, jak zostanie trenerką, więc codziennie będziesz robić dwieście pompek. 

Może dzięki temu okresowi ludzie zrozumieją, co to znaczy być artystą? Twórca nie może być pasywny, poddawać się temu, co przynosi los. Musi działać, nieustannie podważać wszystko. 

No właśnie, a do jakich wniosków pan doszedł? Po zakończeniu pandemii będzie pan pilotem, kelnerem czy politykiem?

– Szczęśliwie nie muszę radykalnie zmieniać swojego życia. 

Dzięki mojej pracy każdego dnia mogę być kimś innym. Jeśli chcę być kucharzem, to piszę opowiadanie o kucharzu. Proste, prawda? 

Ale nawet ja robię teraz rzeczy, których normalnie bym nie robił. Na przykład ćwiczę. Człowiek musi naprawdę strasznie się nudzić, żeby zacząć ćwiczyć. Chodzę na plażę, czego właściwie od lat nie robiłem, bo zawsze jest tam mnóstwo turystów. Po raz pierwszy w życiu mam plażę tylko dla siebie. 

No i piszę. 

Napisał pan m.in. opowiadanie o tym, że ludzie po 120 dniach izolacji wcale nie chcą wychodzić z domów. Musi ich do tego zmuszać policja i wojsko.  

– Ten tekst ukazał się w projekcie „Dekameron” przygotowanym przez „New York Timesa”. Większość pisarzy, którzy wzięli w nim udział, do tematu koronawirusa podeszła katastroficznie. To wielka tragedia, nigdy już nie będziemy tacy sami, na zawsze pozostaniemy samotni, wytęsknieni dotyku ludzkiej dłoni.

Nie znoszę takiego patosu, strasznie mnie to irytuje. Ponadto nie wydaje mi się, żeby COVID mógł sprawić, że dotyk drugiego człowieka stanie się przeżytkiem. Każdy kontakt z drugim człowiekiem niesie teraz ze sobą ryzyko, to jasne. Ale kiedy spotykam mojego brata, obejmuję go, choć wiem, że to niebezpieczne. Jestem gotów podjąć to ryzyko, bo kocham brata i potrzebuję tego uścisku. Kiedy za każdy dotyk potencjalnie można zapłacić wysoką cenę, jesteśmy bardziej szczerzy.

Uświadomiłem sobie, ile fałszywych uścisków i pocałunków rozdałem w swoim życiu.

Teraz chcemy bliskości tylko z tymi, na których naprawdę bardzo nam zależy. 

Nie chcę myśleć o koronawirusie jedynie jak o niedogodności. Nie wydaje mi się, żeby ludzkość dotąd radziła sobie jakoś szczególnie dobrze, więc bez przesady z tym załamywaniem rąk.

To czas wyboru. Kiedy się przeprowadzasz, wiele rzeczy wyrzucasz albo oddajesz, bo uświadamiasz sobie, że od dawna ich nie potrzebowałaś. Teraz jest podobnie – możemy się zastanowić nad tym, czego w naszym życiu już nie chcemy. Jeśli uda nam się wyrwać z tego trybu autopilota, pandemia może być dla nas szansą.

Co inspirowało pana w czasie pandemii?

– Po pierwsze – jak już wspomniałem – trudności. Jeśli jest zbyt łatwo, to nie ma o czym pisać. Po drugie, frustracja. Jeśli nie mogę sobie poradzić z jakąś sytuacją, jest więcej niż pewne, że o niej napiszę. Trzecim wielkim motywatorem jest nuda. 

Wszystkich tych rzeczy mamy w nadmiarze dzięki pandemii. 

Nie brakuje panu podróży? 

– Moje życie wyglądało do tej pory tak, że w ciągu roku jakieś piętnaście, może dwadzieścia razy pakowałem walizki i ruszałem w podróż. Przed koronawirusem nie wyobrażałem sobie, że może istnieć inna możliwość. Moje książki są wydawane w ponad 50 krajach, a życie pisarza tak wygląda, że jedzie wszędzie tam, gdzie ludzie chcą posłuchać o jego pisarstwie. Poza tym wydawało mi się, że zwariuję, jeśli będę musiał zostać na dłużej w jednym miejscu. Jestem dość niespokojną osobą.

Tymczasem w ciągu ostatnich miesięcy wyjechałem tylko raz – do Chorwacji, jedynego kraju, który w tamtym momencie przyjmował przyjezdnych z Izraela. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że kiedy siedzę w domu, jestem spokojniejszy, mam mnóstwo pomysłów, a do tego cieszę się czasem spędzonym z rodziną. Zaskoczyło mnie to, jak łatwo to przyjąłem.

Zdziwiło mnie też, jak mało jestem potrzebny światu.

Myślałem, że moi czytelnicy będą mnie potrzebować. Tymczasem świat świetnie sobie radzi beze mnie. No trudno.

Etgar Keret podczas konferencji prasowej w barze Studio. Na pierwszym planie czarno-białe zdjęcie pisarza w szlafroku zrobione w najwęższym domu świata

Etgar Keret podczas konferencji prasowej w barze Studio. Na pierwszym planie czarno-białe zdjęcie pisarza w szlafroku zrobione w najwęższym domu świata KUBA ATYS

Za to bardzo mi brakuje interakcji z czytelnikami, spotkań, rozmów. Tęsknię za tym o wiele bardziej niż za imprezami, teatrem czy kinem. Kiedy podpisuję książki, ludzie często opowiadają mi swoje historie. Czasem mówią o tym, jak odkryli moje książki, a czasem zwierzają się ze swoich problemów. Nie da się tego zastąpić spotkaniami online. Przez wirusa odwołano mi wiele wyjazdów na festiwale, na Festiwalu Conrada wystąpię tylko wirtualnie. Fakt, że nie mogę pojechać do Warszawy i Krakowa, naprawdę mnie zasmucił. Nie mogę zbyt długo pozostawać poza Polską. 

Pana rodzice pochodzili z Polski, przed czterema laty zyskał pan jako drugie polskie obywatelstwo. Żartował pan wtedy, że przyda się, gdy jeden albo drugi rząd zrobi coś głupiego. Zastanawiam się, który rząd częściej pana denerwował przez ten czas?

– Przede wszystkim czuję się Żydem, a to dlatego, że Żydzi zazwyczaj dostają po tyłku.

A jeśli chodzi o przynależność narodową, to, niestety, nie zgadzam się ani z polskim, ani z izraelskim rządem.

Żyjemy w bardzo rozczarowujących czasach dla wszystkich, którzy wierzą w demokrację i w liberalny sposób patrzenia na świat. Media społecznościowe okazały się idealnym narzędziem dla populistów. Ludzie szukają teraz liderów, kogoś, kto ich poprowadzi, powie, jak żyć. To nie sprzyja wyborowi ekspertów, a raczej najbardziej barwnych postaci. Patrzę na Trumpa czy Netanjahu i myślę sobie, że ci ludzie świetnie sprawdziliby się w reality show. 

Zarówno w Polsce, jak i w Izraelu duży wpływ na rzeczywistość ma religia. Jako ateista czuję, że jestem spychany na coraz mniejsze terytorium. Dobrym przykładem jest aborcja. Nigdy nie poprosiłbym religijnych ludzi, żeby mieli mniej dzieci. Mają prawo do tego, żeby zarządzać swoim życiem według własnych przekonań. Tymczasem osobom religijnym nie przeszkadza to wymagać ode mnie, żebym miał dzieci, których nie chcę mieć. To coś, co wyjątkowo mi przeszkadza, a jest stale obecne w publicznej dyskusji.

Rozczarowuje mnie też coraz bardziej rozwijający się nacjonalizm. Przykro mi, że jestem takim egoistycznym dupkiem, ale według mnie naród przede wszystkim powinien służyć ludziom, nie odwrotnie. Nie chcę, żeby miłość do jednego czy drugiego narodu stawała w centrum czegokolwiek. 

W Polsce ukazuje się właśnie pana tom „Usterka na skraju galaktyki”. Co uznaje pan za taką usterkę?

– Ten termin przyszedł mi do głowy przed czterema laty, kiedy zostałem zaproszony do wygłoszenia serii odczytów na amerykańskich uczelniach. Kiedy jechałem na Uniwersytet w Bostonie miałem wypadek samochodowy -– kierowca jechał bardzo szybko i uderzył w inny pojazd. To był straszny moment, wszystkie okna rozpadły się w drobny mak, otworzyły się poduszki powietrzne. Śmierdziało palonym mięsem i benzyną. Okropnie bolało. Byłem przekonany, że umieram. Wpadłem w panikę. Żeby się uspokoić, zacząłem sobie wyobrażać, że kamera oddala się od samochodu. Najpierw widziałem tylko siebie, obsypanego szkłem, całego we krwi.

Ale po chwili byłem w stanie zobaczyć całą autostradę, samochody, które nas mijały, dzieci jadące z rodzicami na trening piłki nożnej. Dalej zobaczyłem ocean, a w nim pływające wieloryby. 

„Wiesz co, Etgar. To, co uznałeś za moment ostateczny, to tak naprawdę tylko usterka na skraju galaktyki – pomyślałem. – Ci wszyscy ludzie, którzy przejeżdżają obok, nie dbają o twój wielki dramat. I w porządku”. Wydaje mi się, że to był mój sposób na pogodzenie się z tym, że umieram. Szczęśliwie nie umarłem. 

Później, kiedy pracowałem nad nowymi opowiadaniami, przyszło mi do głowy, że to dobry motyw przewodni całego zbioru. Rozwód, zła relacja z dzieckiem, problemy w pracy, myśli samobójcze. Kiedy czytasz te historie jedną po drugiej, dostrzegasz, że to, co każdemu z nas wydawałoby się wielkim problemem, jest tak naprawdę czymś, co ludzie obok nas przeżywają każdego dnia. 

W jednym z opowiadań rozwiedziony ojciec chce zrobić wszystko, żeby zaimponować synowi, nawet jeśli oznacza to wyniesienie ze sklepu kasy fiskalnej. Bywasz takim ojcem? 

– Historia rozwiedzionego ojca ma swój początek w rozmowie z taksówkarzem. Nie wiem, co takiego jest we mnie, ale taksówkarze uważają mnie za kogoś w rodzaju księdza czy terapeuty. Zwierzają mi się z różnych rzeczy. Problemem tego kierowcy było to, że dzielił się opieką nad dzieckiem ze swoją byłą żoną. Urodziny dziecka były „jej dniem” i nie pozwalała mu na nie przychodzić. Taksówkarzowi zależało na tym, żeby chociaż zrobić sobie z dzieckiem zdjęcie i opublikować je na Facebooku. Była żona się nie zgodziła. 

Niektóre moje opowiadania powstają w taki sposób, że tworzę hipotetyczną sytuację i zastanawiam się, jak bym się zachował? Te eksperymenty pozwalają mi poradzić sobie z rzeczami, których się obawiam. Zacząłem się zastanawiać, co bym zrobił, gdyby ktoś próbował mnie rozdzielić z moim synem, nastawiał go przeciwko mnie. Co byłbym gotów zrobić, żeby go odzyskać? 

Nałożyło się na to pewne wspomnienie. Kiedy mój syn był jeszcze mały, poszliśmy do restauracji. Pokłóciłem się z kelnerem, który przyniósł synowi co innego, niż ten zamówił. Kelner nie przyjmował do wiadomości, że się pomylił, a ja byłem coraz bardziej zły i coraz bardziej podnosiłem głos. Im bardziej krzyczałem, tym mój syn był bardziej zachwycony. Patrzył na mnie jak na bohatera, kogoś z autorytetem. Wspaniale jest być kimś takim dla kilkulatka. Czułem się tak, jakbym odkrył żyłę złota. Więc krzyczałem jeszcze głośniej. 

W końcu przyszedł do nas właściciel restauracji, przeprosił za nieporozumienie i w ramach zadośćuczynienia zaproponował darmowy deser. Kiedy wyszliśmy z knajpy, mój syn zapytał: „Tato, czy możesz zawsze już krzyczeć na kelnerów? Bo wtedy dostajemy darmowe słodycze!”. Zrobiło mi się głupio i nigdy już nie podniosłem głosu w restauracji. Chciałem, żeby mnie podziwiał, ale przy okazji uczyłem go, że dręczenie ludzi, którzy nie bardzo mogą się bronić, przynosi korzyści. 

Czy ta metoda na umieszczanie pana obaw w tekście działa? Uspokaja pana?

– Kiedy piszę, docieram do tego, co rzeczywiście mnie gnębi. A kiedy już to wiem, łatwiej jest mi machnąć ręką, uznać, że nie jest to aż tak duży problem, jak myślałem. 

Ale nie zawsze piszę o strachach, czasem wystarczy, że coś mnie porządnie wkurzy. Jedno z opowiadań w zbiorze wzięło się stąd, że przeczytałem w gazecie o miliarderce, która dała sporą jałmużnę bezdomnemu i z zachwytem opisywała to, jak mężczyzna ją przytulił. Uprzywilejowana kobieta, która nagle poczuła się ważna dla świata, bo ma pieniądze. Kiedy widzę coś takiego, obsesyjnie myślę na ten temat i zastanawiam się, jak przerobić takie zdarzenie na opowiadanie. Piszę z perspektywy osoby, która mnie wkurza, dzięki temu przestaję być zły. Nie mogę już odczłowieczać tej osoby, myśleć o niej jak najgorzej, bo wiem, dlaczego tak postąpiła.

W czasie pisania uświadomiłem sobie, że tekst tej kobiety nie był wcale o tym, jak jest wspaniałomyślna. Mówił raczej o tym, jak samotna i zdesperowana była ta miliarderka i jak bardzo potrzebowała drugiej osoby, która ją zauważy. 

Myślałem sobie o Melanii Trump. 

Siada pan do pisania bez planu? 

– Nie mogę wiedzieć, co się wydarzy, chcę coś przeżyć. Wyobraź sobie, że jesteś bohaterką mojego opowiadania. Włamywacz celuje do ciebie z pistoletu i mówi: „Zabiję cię”. To moment pełen grozy, ale nie martw się. Wiem, że dożyjesz osiemdziesiątki, będziesz miała siedmioro dzieci i zostaniesz pierwszą prezydentką Polski w historii. Jeśli piszę z takim nastawieniem, moment, w którym ktoś próbuje cię zabić, nie będzie dla mnie interesujący. Dlatego przykro mi, wolę napisać to opowiadanie w taki sposób, że oboje nie będziemy wiedzieć, czy przeżyjesz, do ostatniej sceny.

Wywiad z groźbami karalnymi. Tego jeszcze nie było.

– To może inny przykład. Jedno z opowiadań w „Usterce na skraju galaktyki” jest o mężczyźnie, który widzi na szczycie budynku samobójcę i biegnie na górę, żeby powstrzymać go przed skokiem. Pamiętam, że wiele razy przepisywałem scenę, w której wspina się po schodach. Jeśli teraz czytelnik czuje napięcie, niepewność, strach, to dlatego, że ja je czułem, gdy pisałem ten kawałek. Kiedy napisałem tę scenę, popłakałem się. Byłem zaskoczony tym, co się wydarzyło.

Nie manipuluję czytelnikiem. Przeżywam tę sytuację razem z nim.

W Izraelu ten zbiór został nagrodzony prestiżową Sapir Prize. Nagrodą jest tłumaczenie książki na dowolny język. Wybrał pan jidysz. Dlaczego?

– Byłem pierwszym pisarzem w 20-letniej historii nagrody, który zdecydował się na ten język. Zazwyczaj ludzie proszą o angielski albo szwedzki, jeśli chcą dostać Nobla. Zdecydowałem się na jidysz ze względu na rodziców.

Pierwszym językiem mojej mamy był polski, drugim – jidysz. U ojca było odwrotnie. Ojciec zaczynał rozmowy w jidysz, a mama po polsku. Czasem żartowała, że ojciec mówi po polsku jak wieśniak. Kiedy byłem dzieckiem, rodzice słuchali nagrań ze skeczami kabareciarzy mówiących w jidysz. Kiedy pytałem ich, z czego się tak śmieją, próbowali opowiedzieć mi te dowcipy, ale oczywiście nie brzmiało to zbyt dobrze. „W jidysz to jest o wiele śmieszniejsze – mówili. – Wszystko w jidysz brzmi bardziej zabawnie”. 

I chociaż moim językiem jest hebrajski, to zawsze czułem, że w głębi duszy mam w sobie coś, co współgra z jidysz. Pisarze tworzący w jidysz byli dla mnie wielką inspiracją: Szołem Alejchem, Isaac Bashevis Singer…

Na koniec mała prywata: mój znajomy prosił, żeby panu przekazać, by koniecznie napisał pan o Świeradowie Zdroju, mieście w Górach Izerskich. 

– Nie jestem zdziwiony, dostaję mnóstwo tego typu próśb. Jeśli wyjdę na ulicę i nadepnę na gwóźdź, zapewniam panią, że zaraz obok mnie znajdzie się ktoś, kto krzyknie: „Aha! Powinieneś o tym napisać”. Ale wszystkie te „zlecenia” biorę bardzo poważnie. Możemy się umówić, że kiedy przyjadę do Polski, pojedziemy odwiedzić Świeradów. Na pewno są tam jakieś historie do opisania.

W zbiorze jest tekst o facecie, który prosi mnie, żebym o nim napisał. To opowiadanie ma sprawić, że żadna kobieta nie będzie w stanie mu się oprzeć. Chyba żartował, ale zrobiłem to. Na początku powiedział, że efekt bardzo mu się podoba, ale kiedy książka poszła do druku, poprosił, żebym zmienił jego imię, bo ktoś może go rozpoznać. 

Muszę o to zapytać. Czy po tym tekście zakochała się pani w jego bohaterze?

Obawiam się, że nie.

– Ech. A naprawdę próbowałem! 


Etgar Keret, obywatel Izraela i Polski

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: