Żydowski geniusz z Polski, kolega Gombrowicza, który został argentyńskim milionerem

II wojna światowa, która zaczęła się dla nas od przegranej kampanii wrześniowej, zupełnie zmieniła granice naszego kraju, wepchnęła nas – na skutek obojętnych wobec Polaków decyzji aliantów – w „objęcia” ZSRR, a przede wszystkim sprawiła, że ponieśliśmy ogromne straty. Choć od tych materialnych ważniejsze są te w ludziach. Zarówno tych, którzy zginęli, jak i tych, którzy wyjechali i już do kraju na stałe nie wrócili. Cztery imiona, trzy obywatelstwa i dwa życia – to bardzo skrócony opis niezwykle barwnych losów Mosze Mendela Mieczysława Miguela Najdorfa, genialnego szachisty, który przed II wojną światową w polskiej drużynie zdobywał medale olimpiad szachowych, a od 1944 roku reprezentował Argentynę.

Przyslal Janusz G


Szachy: Mieczysław Najdorf - sylwetka
Stoją od lewej: Paulin Frydman, Henryk Friedman, Ksawery Tartakower, Mieczysław Najdorf, Kazimierz Makarczyk

  • Mieczysław Najdorf reprezentował Polskę podczas olimpiady szachowej w Buenos Aires
  • Kiedy III Rzesza napadła na nasz kraj, pozostał w Argentynie
  • Tam przyjaźnił się między inny z Witoldem Gombrowiczem

27 lipca 1939 roku na pokładzie statku „Pirapolis” Najdorf wypłynął z Antwerpii do Buenos Aires na olimpiadę szachową w Buenos Aires. Nie wiedział, że II wojna światowa, która zacznie się zaledwie nieco miesiąc później, przełamie jego życie na dwie nierówne czasowo połowy. Razem z nim do Argentyny miała płynąć jego żona, ale zrezygnowała, bo męczyła ją grypa. Została w Polsce razem z trzyletnią córeczką. – Wojny nie przeżył nikt z mojej rodziny. Żona, dziecko, czterech braci, ojciec… – przyznawał, a nieco więcej na ten temat mówiła jedna z jego córek z drugiego, zawartego w Argentynie małżeństwa. Z jej relacji wynikałoby – i tak podaje nawet anglojęzyczna Wikipedia – że ojciec Najdorfa zginął w Powstaniu Warszawskim, ale jest to chyba wynik postrzegania, częstego zresztą na Zachodzie, że powstanie w warszawskim getcie i Powstanie Warszawskie to jest to samo, a nie – tak jak było w rzeczywistości – dwa różne wydarzenia.

Mieczysław Najdorf zwykł mówić, że w Argentynie po prostu urodził się po raz drugi i dlatego przez ponad pięćdziesiąt lat ten kraj uznawał za ojczyznę i czuł się Argentyńczykiem. Jednak jego początki w Ameryce Południowej nie były łatwe.olimpiady rozpoczęły się 21 sierpnia. 1 września do jej uczestników dotarła informacja o ataku Niemiec na Polskę. Z rywalizacji wycofali się Anglicy, którzy wrócili do domu, natomiast część meczów nie odbyła się – tak jak spotkanie naszej reprezentacji z ekipą III Rzeszy, które po prostu uznano za zakończone wynikiem 2–2 bez siadania przedstawicieli obu nacji do szachownic. Losy uczestników tego turnieju i decyzje, jakie podjęli po rozpoczęciu wojny, były bardzo różne.

Trzej Anglicy, którzy do Londynu wrócili statkiem po dwóch tygodniach, pracowali później pod kierunkiem Alana Touringa nad złamaniem kodu Enigmy. Cała reprezentacja Niemiec została w Ameryce Południowej, a do Polski wrócili Ksawery Tartakower, który również brał udział w działaniach wojennych jako tłumacz (ale być może także wywiadowca) w armii generała De Gaulle’a, oraz Teodor Regedziński, który mając także niemieckie pochodzenie był zmuszany przez Niemców do podpisania volkslisty. Do 18 września w napiętej atmosferze grano jednak nadal. Podobno w dużej mierze zdecydowało o tym przekonanie, że po dołączeniu do wojny Anglii i Francji działania militarne potrwają krócej niż podróż z Ameryki Południowej do Europy. I zdaniem wielu historyków mogło się to okazać rzeczywistością, gdyby Anglicy i Francuzi naprawdę do wojny przystąpili, a nie ograniczyli się do jej wypowiedzenia notami dyplomatycznymi.

Tymczasem 17 września, podczas meczu Polski z Holandią, ambasador naszego kraju w Buenos Aires przyniósł szachistom wiadomość, że ZSRR bez wypowiedzenia wojny wkroczył na polskie terytorium. Zdenerwowany Najdorf popełnił kilka błędów i musiał poddać swoją partię. Polacy finiszowali jednak w turnieju znakomicie. Najdorf osiągnął – w całej olimpiadzie – najlepszy wynik na drugiej szachownicy, a nasza reprezentacja wywalczyła srebrny medal, przegrywając o pół punktu z Niemcami. Spotkałem jednego Polaka, który mieszkał w tym samym hotelu. Był nadąsany, ale powiedział mi, że ma się dobrze. Znajomy przekonywał mnie, że Argentyna jest jak raj. Zostałem. Sprzedałem swój bilet powrotny za 300 dolarów i to był cały mój majątek w nowym dla mnie kraju – wspominał Najdorf po wielu, wielu latach w rozmowie z magazynem „El Grafico”. A ten nadąsany Polak to – najprawdopodobniej – Witold Gombrowicz, którego podróż do Argentyny znana jest właściwie każdemu choć trochę zaznajomionemu z literaturą Polakowi.

W przypadku Gombrowicza, zresztą tak samo jak w przypadku Najdorfa, nie wszystko, co związane z podjęciem decyzji o pozostaniu w Argentynie, jest jasne i klarowne. Choćby sam pisarz w różnych przekazach literackich podaje różne kwoty dolarów, które miał w kieszeni, gdy decydował się nie wracać do Polski z Buenos Aires. Za pewne nie można uznać także tego, że kluczowy wpływ na niego miał wybuch wojny, bo „Chrobry”, na którego pokładzie pisarz dotarł z Gdyni do Argentyny, odpłynął z jej stolicy 25 sierpnia. Trudno także znaleźć wyjaśnienie dla faktu, że w tekstach Gombrowicza w ogóle nie pojawia się Najdorf.

Obaj panowie znali się bardzo dobrze i przynajmniej w początkach przebywania na argentyńskiej ziemi dużo czasu spędzili wspólnie. Wspólnym dla nich miejscem stała się kawiarnia szachowa Rex, którą po pewnym czasie zaczął kierować kolejny z osiadłych Argentynie z powodu wojny polskich olimpijczyków Paulino Frydman. Zachowały się nawet ich wspólne zdjęcia, natomiast zdjęć Najdorfa z Gombrowiczem brak. I co ciekawe, wszystko wskazuje na to, że to raczej autor „Ferdydurke” i „Trans-Atlantyka” miał problem z Najdorfem, a nie szachista z nim.REKLAMAJacek Żemantowski w tygodniku „Polityka” przytacza taki oto fragment swojej rozmowy z Najdorfem, a raczej opowieści samego szachisty: „Pewnego dnia otrzymałem telegram z Nowego Jorku. Samuel Reshevsky, też Polak z pochodzenia, mistrz USA i całej Ameryki Północnej, wzywał mnie na pojedynek o tytuł mistrza obu Ameryk. Poleciałem samolotem. Po wylądowaniu, w drodze do stacji metra, dostrzegłem w trafiku polską gazetę! Natychmiast ją kupiłem. Łaknąłem pisanego polskiego języka, mimo iż w Argentynie miałem stałe kontakty z Polakami, byłem w wielkiej przyjaźni z Witoldem Gombrowiczem, który czas między pisaniem »Trans-Atlantyka« i »Dzienników« chętnie spędzał nad szachami, bawił nas swoim wspaniałym humorem artysta Kazimierz Krukowski, popularny Lopek, rewelacyjny opowiadacz szmoncesów. Ale gazety po polsku dawno nie miałem w rękach. Co piszą? Może coś o mojej rodzinie? Może odnajdę jakiś ślad?

Kiedy siedząc już w wagonie metra, otworzyłem gazetę, dostrzegłem, że facet siedzący obok mnie czyta taki sam egzemplarz. Popatrzyłem na niego badawczo, coś we mnie drgnęło, trąciłem go łokciem:

– O przepraszam! Pan z Polski?

– Byłem z Polski. Mojej Polski już nie ma. Nie ma matki, nie ma braci…

– A jeśli wolno zapytać, to pan z jakiej okolicy?

– Ja z okolicy Grodziska Mazowieckiego.

– Co? To niemożliwe. Moja mama i wszystkie ciotki, i stryj, byli też z Grodziska. A jak pan się nazywa?

– Bernstein. Kuba Bernstein.

– Mój Boże. Moja mama też była Bernstein! Kochany! To jednak jest nas przynajmniej dwóch! A pomyśl, co by było, gdybym kupił inną gazetę?”.

Natomiast we wspomnianej rozmowie z „El Grafico” Najdorf uzupełnił to jeszcze o jeden wątek, że obaj wysiedli z metra i poszli do knajpy w czarnej dzielnicy, gdzie byli jedynymi białymi. Siedzieli przy stoliku, wspominali i płakali.

Wracając jednak do relacji szachisty z Gombrowiczem, wiele wskazuje na to, że pisarz, któremu powodziło się gorzej niż uważał, że w powinno mu się układać pod względem finansowym, zwyczajnie na Najdorfa był obrażony. Bo choć na początku życia w Argentynie i pisarz, i szachista klepali biedę, to jednak sportowiec bardzo szybko, dzięki wielkim umiejętnościom sportowym, a i własnej sporej obrotności zaczął finansowo nie tylko stawać na nogi, ale stawać się coraz zamożniejszym, a w końcu niezwykle zamożnym człowiekiem.

W następujący sposób opisuje to – zresztą bardzo barwnie i z biglem – Paweł Kozioł, czyli pisarz, krytyk, szachista i autor programu szachowego Rodent, który Najdorfowi poświęcił szeroką opowieść. A fragment jego tekstu zaczerpnęliśmy ze strony infoszach.pl”Brzydal, elegant, blagier, nieuleczalny optymista, co przez pół życia kłamał, że był przed wojną mistrzem Polski, choć do niczego tego kłamstwa nie potrzebował, bo późniejsze sukcesy mówiły same za siebie.

Jest takie zdjęcie z połowy lat 30., przedstawiające trzech eleganckich mężczyzn słusznej postury i jednego chudego wypłosza z odstającymi uszami w nieco za dużej marynarce. To on. Panowie to ówczesna szachowa elita Polski. Oni chcieli, by młody Najdorf do nich dołączył, chcieli tak bardzo, że Frydman zaproponował temu nowemu oficjalny mecz, który nieznacznie i niespodziewanie przegrał. Są relacje i karykatury, na których młody Najdorf gra w mundurze Wojska Polskiego, i jest opowieść, według której ktoś z generalicji po wojskowemu praktycznie rozkazał, aby ten żołnierz w roku 1936 zagrał w Hamburgu w nazistowskich Niemczech. Nie podobało się to ani Najdorfowi, ani jego rodzinie, ale skutek był taki, że srebrny medal wręczał mu Hans Frank, który przy tej okazji musiał był wykrztusić, że nagrodzony został Mojsze Mendel Najdorf. Jednym słowem, w dwudziestoleciu międzywojennym ten wypłosz zrobił solidną karierę na skalę krajową z paroma wyjazdowymi sukcesami, choćby na Węgrzech. Cholernie dużo jak na Żyda z Grodziska Mazowieckiego, lecz mało w porównaniu z tym, co miało przyjść.

Ale na razie jest rok 1939 albo 1940. Najdorf nie ma dokąd wracać, nie ma nawet za co, bo część pieniędzy na bilet przehulał w kasynie, kiedy jeszcze nie wiedział, że wybuchnie wojna. W dzień chodzi po ulicach Buenos Aires jako domokrążca, a wieczorami gra w szachy na pieniądze. Przynajmniej z hiszpańskim nie ma większych problemów, bo po polskim gimnazjum zna łacinę i zdradza nieprzeciętny talent do języków. Przyjaciel, argentyński szachista Guimard, namawia go na wejście w biznes ubezpieczeniowy. Początki są skromne, lecz po paru latach firma Najdorfa staje się największym towarzystwem ubezpieczeniowym w Argentynie.W Polsce została jego żona, Lusia, oraz trzyletnia córka. Według niepewnej tradycji rodzinnej (pochodzącej niestety z późniejszej rodziny Najdorfa) nie wsiadły na statek, chociaż Najdorf namawiał, bo żona miała grypę i bała się podróży w takim stanie. I teraz nasz szachista stoi przed problemem, jak to się ładnie mówi, nierozwiązywalnym: dać znać, że żyje, przekazać wiadomość na ogarnięty wojną daleki kontynent, przebić się przez wojenną niemiecką cenzurę. Robi to w swoim brawurowym stylu: na argentyńskich stadionach bije kolejne rekordy najpierw w grze z wieloma przeciwnikami, najpierw normalnie, potem bez patrzenia na szachownicę. A wygląda to tak: siedzi w osobnym pomieszczeniu, pozbawiony nawet przyborów do notowania, popija dostarczone przez sponsora soczki, ktoś mu przynosi informacje o wykonanych przez przeciwników ruchach, a Najdorf odpowiada przez mikrofon. Takie seanse potrafią trwać nawet dwadzieścia godzin.

Szachiści mówią, że jedna partia na ślepo to doskonałe ćwiczenie wizualizacji, ale cokolwiek więcej to mordęga. Sam jestem takim sobie graczem. Próbowałem, nawet ta jedna partia przychodzi mi z najwyższym trudem, pola i linie się mylą, jakby plansza się chwiała; na odtworzenie, co obok czego stoi, co atakuje, co broni, co zasłania, schodzi mi więcej czasu niż na myślenie naprzód. Natomiast Najdorf grał takich partii po czterdzieści i prawie wszystkie wygrywał. I rzeczywiście nawet niemiecka prasa, nawet gadzinówki czuły się zobowiązane, by pisać o jego rekordach. Podobno informacja dotarła do żony, ale w getcie czy w Auschwitz nie mogła nic z nią zrobić. Nie przeżyła, dziecko też nie”.

taki był cel Najdorfa – zrobić coś, żeby przekazać rodzinie w Polsce, że żyje, że jest w Argentynie. Choć największe wyniki w symultanach osiągnął już po wojnie i to grając w Brazylii. W Sao Paulo w 1947 r. rozegrał 45 pojedynków „na ślepo”, wygrywając 39 partii, 4 remisując i tylko 2 przegrywając (seans trwał 19 godzin i 40 minut). W 1950 r. – również w Sao Paulo, ale już nie grając na ślepo – w 11 godzin rozegrał 250 partii jednocześnie, osiągając wynik: 226 zwycięstw, 10 porażek i 14 remisów.

– Budzę się o szóstej rano. To, co utrzymuje mnie w młodości, to pasja i miłość do szachów – mówił o sobie Najdorf już pod koniec życia. Trudno odnosić się nam do jego skłonności do blagierstwa, choć bohater z pewnością wiele wydarzeń z własnego życia musiał traktować z dystansem, bo niełatwo poradzić sobie z takimi, a nie innymi doświadczeniami. Być może nawet wszystko, co działo się przed wojną, traktował nie do końca tak, jakby chciał się tym koniecznie zajmować. W argentyńskich tekstach często przedstawiany jako Żyd urodzony w Warszawie, czego sam raczej nie prostował. Co innego natomiast, gdy chodziło o kogoś z Polski, kto „mylił” mu miejsce urodzenia.

– 7 lutego 1997 roku o dziewiątej wieczorem zadzwonił telefon. Oto przebieg rozmowy: „Czy to pan Cabanowski. Tu mówi Najdorf. Dostałem faks, cieszę się, że pan pisze o mnie. Z tego aktu nic się nie zgadza. Urodziłem się 15 kwietnia 1910 roku. Nadali mi wówczas imię Mendel. Mój ojciec miał na imię Gedali – gorączkowo notowałem na kawałku papieru, mam go do dzisiaj – a mama była Rojza Rosklein”. Przez ‚s’, czy przez ‚z’ – spytałem. Przez ‚s’, oczywiście. Mama pochodziła spod Płocka. Mój dziadek sprzedawał mięso”. To ostatnie powiedział takim tonem, jakby chciał oznajmić, że działek miał kopalnię złota na Alasce!

„Dziadek miał czterech synów. Wszyscy zginęli w getcie. Nie mam zupełnie nikogo. Ja uratowałem się cudem. Jak pan napisze, niech pan mi to pokaże”. Ale – mówię – co mam zrobić z dokumentem z Urzędu Stanu Cywilnego? „Nie wiem, to nie moje dokumenty”. Inne źródła podają – usiłuję podtrzymać kontakt – że urodził się pan w Warszawie. „To nieprawda. Pochodzę z Grodziska. Pamiętam Grodzisk” Na koniec spotkał mnie cios, którego się nie spodziewałem: „Czy gra pan w szachy?”. Gram, odparłem, ale po amatorsku. „To szkoda. Ale może kiedyś zagramy?”. I na tym rozmowa się zakończyła – pisał Marek Cabanowski, dziennikarz propagator muzyki jazzowej, a przede wszystkim miłośnik Grodziska Mazowieckiego, w którym przyszedł na świat 25 lat po Najdorfie. W tym mieście znalazł dokumenty, które mogłyby świadczyć o tym, że słynny szachista miał zupełnie inną niż oficjalna data urodzenia.

Najdorf mniej więcej od 10. roku życia mieszkał już w stolicy, gdzie jego ojciec rzeczywiście miał poważną – jak sam to określił szachista – firmę, czyli sklep mięsny na Nalewkach, które wówczas były żydowską dzielnicą. Rodzice chcieli, aby został kimś ważnym i poważnym, dlatego pragnęli dla niego zawodu lekarza, ale o jego losie zdecydowało pewne wydarzenie z czasów, gdy Mendel Najdorf był 9-letnim chłopcem. Wydarzenie związane z chorobą, choć zupełnie nie od strony lekarskiej. – W szachy nauczył mnie grać ojciec mojego kolegi, Rubena Fridelbauma, i to, można powiedzieć, zupełnie przypadkowo. Leżał wówczas w łóżku i bardzo się nudził, więc gdy przyszedłem go odwiedzić, zapytał się, czy umiem grać w szachy. Po negatywnej odpowiedzi wyciągnął komplet szachów i zaczął objaśniać reguły. Tak zostałem zarażony bakcylem szachowym – wspominał Najdorf, który podobno dla Fridelbauma seniora stał się przeciwnikiem nie do ogrania już… po tygodniu od pierwszej lekcji szachów.

A tak młodego Najdorfa dla przedwojennej gazety „Nasz Przegląd” charakteryzował dr Stanisław Kohn, również szachista żydowskiego pochodzenia, z zawodu… lekarz. „Dalej nad trzecią szachownicą pochyla się najmłodszy talent krajowy, Najdorf. Natura poskąpiła mu urody, ale szachiści rokują mu wielkie sukcesy. Jest to dziwak szalony, pocieszny… Nieoczekiwanie podnosi się nad szachownicą i ziewa. Z nadmiaru emocji. Bo trudno przypuszczać, żeby nudziła go ta zabawa drewnianymi figurkami, uprawiana nawet przez sędziwych starców. Najdorf zazwyczaj nie może usiedzieć w miejscu. Podczas namysłu przeciwnika spaceruje między stolikami. Zapuszcza żurawia w cudze szachownice, szukają go po sali, kiedy wypadnie kolej na jego posunięcie”.

Podobno szachowy Maestro Najdorf taki pozostał do samego końca życia, żywotny, w rozmowie czasem nazbyt szybko przeskakujący z tematu na temat. – Kiedyś Che Guevara zaprosił mnie na Kubę i pewnego popołudnia rozegrałem dziesięć gier jednocześnie. Powiem wam kilku rywali: pod numerem jeden Fidel Castro; pod drugim jego brat Raul; pod numerem cztery Camilo Cienfuegos; pod piątym prezydent Dorticos; pod szóstym Che … „Zaproponowałem Che remis, a on nie przyjął”. Powiedział mi: „Z tobą wygrywam lub przegrywam”. Wygrałem dziewięć partii, zrobiłem remis z Fidelem, na wszelki wypadek… – wspominał Najdorf w cytowanej już przez nas rozmowie dla „El Grafico”.

Najdorfa można uznawać za… ostatniego wielkiego „amatora” w dziejach szachów, bo przecież choć dzięki nim utrzymał się przy życiu na początku pobytu w Argentynie, to jednak nie pionki na szachownicy, lecz ubezpieczenia stały się podstawą jego majątku. Nie mamy dokładnych danych, jednak możemy uwierzyć przekazom, że w drugiej połowie XX wieku dzięki prowadzeniu biznesu ubezpieczeniowego należał do najbogatszych ludzi w Argentynie. Czego świadectwem jest wystawienie dla swojej firmy okazałego biurowca w Buenos Aires. To jednak królewska gra sprawiła, że siedział twarzą w twarz – ale przy szachownicy – z takimi postaciami jak Winston Churchill, Nikita Chruszczow, szach Iranu, Josip Broz Tito.Gdy wojna się skończyła, miał 36 lat i nie bał się żadnego szachisty, którego znał. Przypuszczał, że ma szansę na mistrzostwo świata. Przegapił jeden czynnik, jeden kraj – Związek Radziecki, który właśnie zaczął wypuszczać w świat nieznanych jeszcze nikomu graczy, którzy potem stworzyli zjawisko zwane »radziecką szkołą szachową«. Czy Najdorf mógł z nimi wygrać w roku 1948? Prawdopodobnie już nie, ale wtedy, kiedy miał szanse mimo wszystko największe, nie dane mu było spróbować. Nie miał też za sobą państwa, które zdołałoby kanałami dyplomatycznymi wymusić jego udział w rozgrywkach na najwyższym szczeblu.

Najdorf grał w szachy do końca życia, a było ono długie i udane. W latach 50. grał na poziomie pierwszej dziesiątki na świecie. Jeszcze w wieku 69 lat, jako ostatni amator w sprofesjonalizowanym już sporcie, wyprzedzał w turniejach byłych mistrzów świata. Biznes ubezpieczeniowy szedł mu tak, że został jednym z najbogatszych obywateli Argentyny. Ci, którym dane było go poznać, zapamiętali go jako kopalnię anegdot, miłośnika żartów, fascynującą osobowość – słowem, niewielu było ludzi, których życie zostawiało taki szeroki, taki piękny ślad” – pisze o Najdorfie ponownie przez nas przywołany Paweł Kozioł, którego pointę do tekstu o szachowym mistrzu zapożyczamy, ponieważ nie bylibyśmy w stanie wymyślić lepszej.

A losy Żyda z Grodziska skłaniają nas do tego, aby pomyśleć, jak wielu wspaniałych ludzi – różnego pochodzenia – na skutek II wojny i wydarzeń tuż po niej, stracił nas kraj. Takich, którzy przeżyli, ale także takich, którym przeżyć nie było dane i nie wiemy, jak wiele dobrego mogliby wnieść do światowego życia.


Żydowski geniusz z Polski

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: