Uncategorized

   Kulmowie. ( 7 )

Jakub Kopec

    Do wczoraj jeszcze w amerykańskim wyścigu do prezydentury obstawiałem Michelle Obamę, ale nagłe pojawienie się na wybiegu Kamali Harris całkowicie zmieniło moje preferencje. Michelle jest piękną, znakomicie wykształconą prawniczką, ale Kamela też  jest niczego sobie, a prawniczką być może jeszcze lepszą. I mówi o aborcji z taką żarliwością i siłą, że nawet nasz europejski Tusk jej nie dorówna.

     Prokurator Kamala, dziś już oczywista kandydatka demokratów na prezydenta USA, walkę z ciemnotą antyaborcyjną wypisała sobie na sztandarach. Tusk postąpił podobnie i wygrał wybory 15 Października 2023, ale w lipcu następnego roku,  jego bardzo zasłużony i sprawny  adwokat wywinął mu niezły numer, wyjmując kartę poselską z urządzenia do głosowania, gdy w sejmie  decydowały się losy lewicowego projektu ustawy o depenalizacji „pomocnictwa w aborcji”. Wszechobecne podglądaczki zarejestrowały jak Roman Giertych, z arogancką miną i demonstracyjnym gestem, wyjmował z czytnika kartę do głosowania. Tusk wyrzucił z rządu ministra, który cichutko, tak żeby  nikt tego nie zauważył, postąpił podobnie jak Giertych. Ale  mecenasa Giertycha premier Tusk jedynie zawiesił w czynnościach.

     Wygląda na to, że mecenas jest silniejszy od swojego klienta. Może ma coś na premiera w papierach, a może tylko jest niezastąpiony w prowadzeniu spraw sądowych , które z poduszczenia Jarosława Kaczyńskiego wytoczył Tuskowi prokurator Ziobro.

  Kamala jest autentyczna w  obronie praw kobiet  do własnego ciała. Donald natomiast temat aborcji w kampanii wyborczej wyniósł na polityczne ołtarze, ponieważ wiedział , że tylko tym sposobem może podnieść sobie słupki sondażowe. Skutek tej sztuczki jest taki, że dogłębnie wkurzone kobiety  masowo wyległy na ulice. Przy najbliższych wyborach prezydenckich kobiety udowodnią Tuskowi, że samymi kłamliwymi obietnicami daleko nie może zajechać.

    Tusk jest jak kameleon. Zmienia barwy w zależności od potrzeb. Jako młodzieniec wziął ślub cywilny ze swoją bezdzietną wybranką, a gdy po raz pierwszy miał objąć urząd Premiera Rzeczypospolitej, ożenił się po raz wtóry z matką swoich dorosłych dzieci, tym razem już przed obliczem księdza katolickiego. 

   Wracajmy jednak z Ameryki do polskich baranów.  W stanie wojennym Joanna Kulmowa, bezwyznaniowa Żydówka z pochodzenia, przyjęła chrzest, żeby  wziąć  kościelny ślub z Janem Kulmą. I jakby na sprawę nie patrzeć, był to akt nie tyle nawet konformizmu , ile mimikry w sztuce przetrwania. Bolało, ale opłaciło się. Po przesileniu ustrojowym Joanna wybrana została pierwszą prezes przywróconego do życia  Oddziału Warszawskiego pobożnego Stowarzyszenia Pisarzy, skupiającego trzy czwarte wszystkich literatów w całym kraju.

     Z półdarmowych wakacji w Domach Pracy Twórczej Stowarzyszenia Pisarzy korzystała co roku zawsze ta sama grupa uprzywilejowanych. Jan Kulma, małżonek prezes Joanny Kulmowej, do rozdziału skierowań i do systemu przyznawania stypendiów usiłował wprowadzić ogólną transparencję, ale natknął się na zbyt wielki opór środowiska i poniósł fiasko. Kulmowie w życiu codziennym byli ascetami; nie pili, nie palili, nie grali w karty i nie zdradzali się nawzajem, Ta ich świętość, dla literatów żądnych swobód obyczajowych, była po prostu udręką nie do zniesienia.

     – Domagacie się transparentności w rozdziale stypendiów i innych beneficjów – pokrzykiwali pisarze niezadowoleni z inkwizycyjnych rządów w Stowarzyszeniu. – A sami do Domu Pracy Twórczej w Zakopanem jeździcie na wakacje każdego roku!

        Kiedy brałem do ręki książkę o Kulmach pod tytułem „Zakon we dwoje” (Wyd. Książnica Szczecińska 1995), spodziewałem się, że autorka Halina Pytel-Kapanowska da w niej popis rzetelnej reporterskiej roboty i , po pierwsze, zmierzy się z mitem niepokalanej małżeńskiej szczęśliwości, a po drugie obnaży konformizm katolickiego ślubu  kościelnego zawartego przez dwoje sześćdziesięciolatków.  W momencie, gdy oboje Kulmowie poszli na służbę kościelną w Parafii Poczernińskiej, Jan, jako organista, miał wszystkie potrzebne papiery do podjęcia posługi przed ołtarzem, dla Joanny zaś , jako solistki w wieśniaczym chórze, przyjęcie chrztu przez bezwyznaniową Żydówkę  nie było aktem zaprzaństwa, lecz jedynie zabiegiem usuwającym rozliczne niewygody. Ksiądz Piotr był tak niesłychanie ekumeniczny, jak, nie przymierzając, sam papież Jan Paweł II.  Ale jego następca na urzędzie proboszcza w Poczerninie chciał już Kulmową chrystianizować, nie  zgadzał się, żeby na celebrowanej przez niego mszy pogrzebowej dla jakiegoś parafianina, „Ave Maria” Franza Schuberta pięknym sopranem koloraturowym przy wirtuozerskim akompaniamencie organowym mistrza Jana,  śpiewała osoba obcej wiary, bo przecież dla kościoła katolickiego nie ma bezbożników żydowskiego pochodzenia, są tylko innowiercy…

   Książka „Zakon we dwoje” żadnej tajemnicy nie odkrywa, idzie tropem starożytnej diagnozy Ludwika Stommy: Kulmowie są jak te dwie pestki jednego owocu.

      Przyjęcie chrztu przez Joannę było tak niewinnym aktem konformizmu, jak wstąpienie do PZPR  licznych wybitnych postaci ze świata kultury, ochoczo powracających do swoich chrześcijańskich korzeni już po upadku komuny. Pomna słów profesora Schaffa („ Klient mojego ojca, szambelanem papieski Stanisław Vincenz powiedział mi: pan pracy nie dostanie, pan jest Żydem, dla Żydów u nas pracy nie ma, niech się pan wychrzci, to przecież formalność. ”), Joanna dyskretnie wzięła ślub przed ołtarzem, no i uczyniła to w stanie wojennym generała Jaruzelskiego, a nie w epoce arcykatolickiego terroru Dobrej Zmiany, a to czyniło przecież różnicę.

   Spodziewałem się, że autorka „Zakonu we dwoje” wykona robotę Denisa Diderota, który swoją „Zakonnicę” napisał na podstawie autentycznych losów  siostrzyczki , próbującej uwolnić się od ślubów klasztornych z pomocą prawdziwego hrabiego  de Croismare, z którym nawiązała korespondencję listowną. Jak to odnotowuje nieoceniona Wikipedia – „Diderot posłużył się mistyfikacją literacką: skontaktował się z  markizem de Croismare, o którym wiedział, że ten interesował się młodą zakonnicą ubiegającą się o przeniesienie do stanu świeckiego. Diderot podszył się w liście pod autentyczną mniszkę; aby przerwać nawiązaną korespondencję, po kilku listach upozorował śmierć kobiety.” W epoce Oświecenia prasa istniała dopiero w stanie zalążkowym. Dziś robotę encyklopedysty Diderota nie nazwalibyśmy „mistyfikacją literacką”, lecz raczej reportażem „uczestniczącym” lub „śledczym”, jaki za komuny uprawiał, na przykład, Janusz Rolicki, a w dzisiejszych czasach kultywują prozaik Tomasz Piątek, niezastąpiony w tropieniu rosyjskich szpiegów, i filmowcy z „Sekielski Brothers Studio”, wyspecjalizowani w demaskowaniu kościelnej pedofilii. 

    Jeżeli zjawisko pedofilii w kościele katolickim jest tak nagminne , jak sugerują to filmy wytwórni „Sekielski Brothers”, skoro trudno już spotkać biskupa, który byłby nieskażony ukrywaniem przestępstw seksualnych wśród kleru, to urodziwa Joanna Kulmowa jako nastoletnia Żydówka , uratowana od niechybnej Zagłady w katolickim klasztorze, jeśli sama nie doświadczyła molestowania ze strony zakonnic, to przynajmniej musiała być świadkiem tego rodzaju zjawisk. Pamięć u nastoletniej dziewczynki jest już doskonale ukształtowana, spojrzenie na świat dostatecznie wyostrzone. Dlaczego w takim razie Joanna Kulmowa w książkach wspomnieniowych nie dała świadectwa koszmarowi, który bez wątpienia musiała przeżyć w żeńskim klasztorze, jako pensjonariuszka sierocińca. Ani nie usłyszałem na żywo, ani też nie wyczytałem z prozatorskich książek Joanny Kulmowej, w którym to szlachetnym klasztorze, klarysek czy może elżbietanek, uratowano jej życie.

   Książeczkę wspomnieniową „Ciułanie siebie” wydaną przez nieocenionego wydawcę Cezarego Windorbskiego, („Twój Styl” 1995) przeczytałem starannie w końcówce minionego wieku, ale niczego szczególnego w niej nie dostrzegłem, gdyż byłem zaślepiony miłością do obojga Kulmów. Teraz, gdy uwielbienie dla mistrza Jana przeminęło z wiatrem historii, spotęgowaniu uległa miłość do Joanny i wszystkiego, co poetka w swoim długim życiu napisała. Już na pierwszej stronie „Ciułania” pomieszczony jest wiersz siedemnastoletniej poetki:

   Tak przepięknie brzmi pierwszy psalmiczny wiersz napisany przez młodocianą i jeszcze bezwyznaniową Joannę Kulmową. Dlaczego mam się wstydzić, że ten wiersz mnie zachwyca? Ja wiem, że siedemnastolatka niedouczona i pozbawiona życiowego doświadczenia, nie ma prawa napisać czegoś doskonale pięknego, ale fakt jest taki, że napisała. Może dzieje się tak dlatego , że dopiero przy drugiej lekturze „Ciułania”, już po śmierci autorki, wyczułem w tym wierszu nieczytelny  dla mnie wcześniej lęk przed dojrzewaniem i przed ludźmi. Na tej samej pierwszej karcie tomu wspomnieniowego, poetka już w wieku bardzo dojrzałym składa solenne oświadczenie na temat swojego stanu psychicznego tuż po wojnie: „Bałam się okropnie dalszego ciągu, że paskudztwo świata mnie oblepi, zamuli na zewnątrz i od wewnątrz, zwłaszcza od wewnątrz. Bałam się, płakałam ze strachu przed ludźmi, którzy tak cudownie i niespodziewanie pozwolili mi przeżyć.” 

   Kto tak cudownie i niespodziewanie  pozwolił Joannie przeżyć? Zakonnice z klasztoru, który we wspomnieniach Kulmowej nie ma swojego imienia, lecz posiada za to swoją tysiącletnią Regułę doskonale opisaną w „Zakonnicy” Diderota i  odmalowaną w filmie „Siostry Magdalenki”? Sadyzm esesmanów w obozach zagłady jest perwersją nie mającą żadnego usprawiedliwienia, natomiast zamiłowanie sióstr zakonnych do udręczania czy to wychowanek sierocińca, czy też młodych dziewcząt z nowicjatu u Magdalenek, w każdym przypadku usprawiedliwiane jest  przykazaniem bożym.

   Miłość lesbijska jest kwintesencją tego perfidnego sadyzmu i jego ukoronowaniem. „Arbeit macht frei”  – głosił żelazny napis nad bramą wjazdową do  Auschwitz. Dopiero po 1964 roku w Irlandii zlikwidowano wszystkie pralnie, w których klasztory Magdalenek wykorzystywały darmową siłę roboczą sprowadzanych na drogę cnoty upadłych dziewcząt.

    W małżeństwie byli Kulmowie jak te „dwie pestki jednego owocu”, ale u progu dorosłości, w końcówce niemieckiej okupacji, Joanna przebywała w klasztorze katolickim. Była inna od wszystkich wokół i naprawdę miała się czego bać. Nie może być wątpliwości co do tego, że zakonnice próbowały nawrócić tę zbłąkaną owieczkę na prawdziwą Wiarę Chrystusową. Możliwe, że Joanna stawiała jakiś minimalny chociażby opór, co musiało niebotycznie wkurzać pobożne zakonnice. System kar za krnąbrność i niedowiarstwo był w zakonach wypracowany i praktykowany przez stulecia prześladowań innowierców. Choćby Joanna nie wiem jak starała się robić wszystko tak, jak trzeba – czołgała się do krzyża , klękała przed ołtarzami – zamiast ziarnka manny z Nieba i tak za każdym razem spadnie na nią kara boża za niearyjskie pochodzenie.

    Przyrównanie bytowania w klasztorze do losu więźniów Auschwitz jest z mojej strony oczywistym nadużyciem, bo przecież ani u encyklopedysty Diderota, ani u reżysera filmu „Siostry Magdalenki”, nikt młodym zakonnicom nie zgotował choćby jednego indywidualnego ostatecznego rozwiązania. Ten mankament usunęło dopiero wynalezienie przez kanadyjską policję w 2021 roku siedmiuset pięćdziesięciu nieoznakowanych grobów, w których katolickie zakonnice pochowały oderwane od rodziców czerwonoskóre dzieci rdzennej ludności Ameryki Północnej.  Tymczasem uciemiężenie młodocianej Żydówki w katolickim klasztorze podczas okupacji  nie jest do końca udowodnione, jest to zaledwie moje przeczucie uciemiężenia poparte mglistymi argumentami. Ale gdyby prawda o uratowaniu Joanny przez katolickie siostry zakonne przedstawiała się tak, jak się tego domyślam w swoim pokrętnym i głęboko skrywanym  antyklerykalizmie, zrozumiała stawałaby się jakby nie do końca ziszczona kariera literacka Joanny Kulmowej. Jej oczywisty geniusz poetycki nie do końca został wykorzystany, ponieważ wymyślony przez Jana wyjazd z Warszawy do Strumian odrywał Joannę od teatru, w którym mogła urzeczywistniać się jako aktorka i autorka, skazywał zaś na łatwe zarobkowanie  książeczkami dla dzieci. Dopiero stan wojenny Jaruzelskiego po raz drugi w jej życiu rzucił Joannę na kolana przed Ołtarzem.

    Już w połowie lat siedemdziesiątych pomyślałem po raz pierwszy, że talent satyryczny Joanny Kulmowej został zaprzepaszczony przez pobyt w Strumianach.   

      Pod koniec dekady gierkowskiej oboje Kulmowie w jakiejś ważnej sprawie zawezwani zostali przed oblicze szefa Telewizji Polskiej,  przesławnego „krwawego Maćka” vel Macieja Szczepańskiego. W oczekiwaniu na Kulmów, z którymi miałem na ich koszt spożyć obiad, siedziałem samotnie tuż przy wejściu do sali restauracyjnej w Klubie Aktora „SPATiF” w Alejach Ujazdowskich. Od gwaru rozmów i od przekrzykiwania się aktorskiej gawiedzi puchła mi głowa. Nagle, gdy tylko w drzwiach pokazała się Joanna Kulmowa ze swoim znakomitym mężem, knajpa ucichła. I wówczas od strony największego w restauracji stolika dał się słyszeć władczy,  donośny głos sławnego reżysera Jerzego Kawalerowicza, który zadał swoim współbiesiadnikom pytanie, wzmocnione jakby przez rezonans nosowy: „Kim jest ta starsza pani, co sterczy w drzwiach i nie zdejmuje kapelusza?”. Oczy całej  aktorskiej i  reżyserskiej gawiedzi skierowały się na Joannę. A Joanna, nie zdeprymowana zaczepką, odparowała Kawalerowiczowi: „Jureczku kochany, jakże się cieszę, że cię widzę! To ty jeszcze żyjesz? ” Sala ryknęła zdrowym śmiechem.

     Po raz pierwszy po latach znajomości ujrzałem Kulmową we właściwej dla niej niszy ekologicznej. Wieśniaczka ze Strumian znalazła się oto w swoim żywiole. Strzeliła udanym żartem i miała przed sobą inteligentną publiczność, która to doceniła. Gdy po kilkunastoletnim pustelniczym pobycie w świerkowych borach Puszczy Goleniowskiej spotkała się z kolegami z branży aktorskiej, pocałunkom i przytulankom nie było końca. Jan w tym czasie stał w drzwiach ze swoim borselino w ręku i pies z kulawą nogą nim się nie interesował.

      Po upływie półwiecza dochodzę do wniosku, że maestro Kulma z punktu widzenia trwałości swojego małżeństwa z piękną i popularną poetką, postąpił słusznie, porywając Joannę do Strumian, jak najdalej od zalotników. Kulmowa ze swej strony nie była temu projektowi przeciwna, ponieważ po nocach ścigał ją strach przed ludźmi, którzy „tak cudownie pozwolili jej przeżyć”.

   Zawsze zastanawiało mnie, co powstrzymywało Joannę od literackiego odreagowania uwięzienia w klasztorze katolickim z sadystycznymi strażnikami , bo to jednak było więzienie, które ocaliło ją przed Zagładą. Wybrała pisanie wierszyków, takich,  jak na przykład ta śliczna rymowanka o Cieple, które wybiegło na ulicę w pudełku zapałek:

„Biegnie boso po słoneczku,
śnieg pod nim topnieje.
Takie małe z ciepłej sieni
na mróz, na zawieję.

I poetka sama siebie pyta w „Ciułaniu”: „Co to za liryka? Dzieci wcale tego nie zrozumieją. I po co to, cui bono?” Pisanie wierszyków dla dzieci stało się maską, za którą mogła chować swoje oblicze o „dobrym wyglądzie” na tyle, żeby ze swoim żydostwem najpierw bezpiecznie ukrywać się wśród zakonnic, bez narażenia siebie i innych na wykrycie żydowskiej sieroty przez wizytujących klasztor niemieckich żandarmów, później zaś ukryć się przed tropicielem Robertem R. Stillerem, który nawet w Bogu ducha winnym Boyu-Żeleńskim potrafił wykryć Żyda. Stiller, jako przewodniczący Warszawskiej Żydowskiej Gminy Reformowanej chciał też przeszwarcować do swojej zmodernizowanej grupy wyznaniowej także Joannę Kulmową, ale napotkał opór nie do przełamania.

    Jan miał nonszalancki stosunek do pieniądza, Joanna natomiast jako panienka z  dobrego burżujskiego domu, była w tej kwestii i zapobiegliwa i powściągliwa.

Kiedy w końcówce lat  siedemdziesiątych Maciej Szczepański, ówczesny prezes Telewizji Polskiej, hojną ręką rozdawał wielkie pieniądze ludziom, którzy mieli w sobie potencjał, żeby zrobić dla Telewizji Polskiej coś wartościowego i atrakcyjnego, Kulmowie zaproszeni zostali do Warszawy na Woronicza.

   «Przy stole kolosie co najmniej czterdzieści osób. – relacjonuje Jan Kulma. – Przybora, Młynarski, Osiecka, Kofta, Bardini i cała reszta „satyry”. Szczepański zaczyna wesolutko: „Mam radosną wiadomość: jest szmal!” I zapada grobowa cisza. Więc Joanna: „Myśmy czekali na obiecanie nam większej swobody, a pan  mówi o szmalu, dlatego milczymy zażenowani”. Natychmiast podniosła się Osiecka i krótko oświadczyła: „Kulmowa mieszka w poszczy, to jej pieniądze nie są potrzebne, ale my, artyści z Warszawy, inaczej o tym myślimy”. Na co Szczepański uroczo odpowiedział: „To ja o sztuce będę rozmawiał z Kulmami , a z resztą państwa o pieniądzach.”  Bezczelny, ale nikt się nie obraził.»

    Dla czterdziestu uczestników spotkania na Woronicza przygotowane były koperty zawierające po sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Szczepańskiemu pozostało w rękach trzysta tysięcy, ponieważ tylko Kulmowie odmówili przyjęcia gotówki. Jan pisze w „Dykteryjkach”, że dzięki sile charakteru uniknęli z Joanną chytrej pułapki, zastawionej przez reżimowego propagandystę. Szczepański od zastawionej przez siebie samego pułapki nie zdołał się uchronić. W karnawale „Solidarności” „krwawego Maćka” oskarżono  o zdefraudowanie kilku milionów złotych z kasy TVP, za co odsiedział kilkuletni wyrok więzienia. Znając techniki operacyjne ówczesnych służb, nie mogę wykluczyć, że na zdefraudowane kilka mionów złożyły się właśnie te granty po sto pięćdziesiąt tysięcy, wypłacone  czterdziestu najwybitniejszym „satyrykom” na przygotowanie dowolnego widowiska telewizyjnego dla Programu I, „byle tylko było ono zrobione z talentem!”

 Chyba Agnieszka Osiecka nie miała racji, gdy wypowiadała zdanie „Kulmowa mieszka w puszczy, to jej pieniądze nie są potrzebne”. Kulmowa podejmowała się najdziwniejszych  literackich zatrudnień, żeby tylko zarobić na utrzymanie domu. Przekładała libretta operowe z języków, których dopiero musiała się nauczyć przy tłumaczeniu, wydawała tomiki wierszyków dla niepiśmiennych dzieci, przyjmowała wszystkie zaproszenia do konkursów literackich… Jan „zajmował się w tym czasie uciszaniem Oceanów”, pisał swój traktat filozoficzny o „prawdziwej etyce” i marnościami tego świata się nie przejmował. Odrzucił mecenat Szczepańskiego , chociaż taki zastrzyk finansowy mógłby uwolnić jego żonę od mrówczej, ogłupiającej pracy, dać wytchnienie i czas na napisanie czegoś, co zachwyciłoby Warszawkę i Krakówek. Mecenat Szczepańskiego odrzucili oboje, ponieważ Kulmowie zawsze byli jednomyślni bez uprzedniego uzgadniania komunikatu. Tę jednomyślność Jan przemyślnie Joannie suflował.

     Jak wielce doświadczony reżyser Jan Kulma mógł przegapić okazję, jaką stwarzało dla twórczości Joanny zasilenie budżetu domowego kwotą trzystu tysięcy złotych? Gdyby Kulmowa wzięła na swój wyrafinowany warsztat temat pedofilii i homoseksualizmu w żeńskim zakonie katolickim, byłaby o lata świetlne wcześniejsza od filmowców z wytwórni  „Sekielski Brothers” z ich , cóż tu wiele gadać, banalnymi opowiastkami o skrywaniu księżowskich zbrodni seksualnych przez wyrozumiałe kurie biskupie; może wspięłaby się na poziom mistrza Diderota, a może sięgnęłaby  jeszcze wyżej.               

     Maestro Kulma skomponował jedno tylko oratorium „Hiob”, jednorazowo wystawione i odegrane w kościele. Gdybyż, jak nie przymierzając Benjamin Brittain, napisał operę na wzór  przesławnego „Gwałtu na Lukrecji”, czy  choćby wodewil z librettem Joanny o gwałcie na żydowskim dziecku, popełnionym w rzymskokatolickim klasztorze, gdzie miało ono znaleźć schronienie przed hitlerowską opresją,  Kulmowie po królewsku wkroczyliby na Broadway w Nowym Jorku, a może nawet i na Panteon Narodowy w Krakowie. W widowisku Joanny nie musiałby to być gwałt cielesny, dosłowny jak u Brittaina, lecz gwałt na duszy, tortura psychiczna przez trwającą wiele godzin modlitwę… Ale na samą myśl o czymś tak ambitnym, Janka Kulmę dopadała trema, gdyż nie miał pewności „czy Kulmowie podołają wyzwaniu”, a na mierne osiągnięcia artystyczne nie miał apetytu. Był przecież wybrańcem przeznaczonym nie tylko do świętości, lecz także i wielkości.

                                       Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.