
Andrzej Lubowski
Przyznam, że zdumiewa mnie, i zapewne miliony innych, brak ostrej reakcji na szaleństwa Trumpa. Z satysfakcją zatem odnotowuję głos znanego dziennikarza, Gerarda Bakera, byłego wieloletniego naczelnego redaktora The Wall Street Journal, który nie zdzierżył i 10 marca opublikował na łamach WSJ następujący tekst – pod tytułem, który zachowałem.
„Nie obchodzi mnie, co robi Trump, ponieważ ufam Trumpowi” – mówi służalczy senator Graham z Karoliny Południowej.
Takie słowa wypowiedział senator Lindsey Graham w zeszłym tygodniu, radośnie ogłaszając bezwarunkową kapitulację nie tylko swojego własnego osądu, wolności myśli, znaczenia i godności, ale – i to jest kluczowe – także swojej roli jako czołowego członka jednej z wybieralnych gałęzi rządu USA.
Uległy senator odpowiadał w zeszłym tygodniu na antenie Fox News na doniesienia, że prezydent Trump rozpoczął negocjacje z Hamasem – organizacją terrorystyczną, której zniszczenie Graham jeszcze niedawno nazywał „niepodlegającym negocjacjom”.
Zdezorientowany przez chwilę tym nagłym zwrotem w polityce Białego Domu, Graham szybko się otrząsnął i wydał to zwięzłe, lapidarne potwierdzenie swojej samolikwidacji jako myśliciela i decydenta. Można się było tylko zastanawiać, jak by zareagował, gdyby dowiedział się, że Trump właśnie podpisał rozporządzenie wykonawcze skazujące go na wygnanie na Syberię, konfiskatę jego majątku i spalenie jego domu.
Przywołuję senatora z Karoliny Południowej tylko dlatego, że jest on najbardziej wszechobecnym i pokazowym przykładem klasy senatorów, którzy niegdyś uważali się za niezależnych, a dziś stali się służalczymi pochlebcami – choć przecież to oni powinni tworzyć prawo. Nie jest jednak osamotniony.
Podczas gdy prezydent coraz śmielej podąża „dyplomatyczną” ścieżką, która bez powodu karze i alienuje naszego najbliższego sąsiada i sojusznika, nagradza tyranię morderczego i zaciekłego wroga Ameryki, przyzwalająco kiwa głową, gdy dyktator tego kraju dokonuje gwałtu na wolnym narodzie, beztrosko przecina więzy sojuszu, które przez dekady służyły naszemu krajowi i wzmacniały jego globalną pozycję – pytam: kiedy ktoś w końcu coś powie?
Mówiąc „ktoś”, mam na myśli członka „najwspanialszego ciała deliberacyjnego świata” – lub przynajmniej jego młodszego partnera po drugiej stronie Kapitolu.
Owszem, garstka osób zdobyła się na głos sprzeciwu. Ale pytanie pozostaje aktualne, ponieważ zarówno ja, jak i Ty, drogi czytelniku, doskonale wiemy, że zdecydowana większość republikańskich senatorów oraz niektórzy członkowie Izby Reprezentantów – gdyby zamknąć ich w pokoju i podać im serum prawdy – przyznałaby, że polityka handlowa Trumpa to katastrofa, jego atak na Kanadę i groźby siłowej aneksji są obłędem, kara wymierzona Wołodymyrowi Zełenskiemu i Ukrainie jest haniebna, jego gesty solidarności z Władimirem Putinem i Rosją są niebezpieczne, a jego dążenie do osłabienia NATO i lekceważenia paktu bezpieczeństwa z Japonią to akty narodowego samookaleczenia.
Ustalmy jedno: Trump został wybrany zgodnie z prawem, ma mandat społeczny i dużą swobodę w podejmowaniu decyzji jako prezydent – zwłaszcza w sprawach zagranicznych. Uprzedzał nas, że zamierza to zrobić (choć nie wszystko). Takie są realia.
Ale w Konstytucji ani w demokratycznych normach nie ma nic, co nakazywałoby, aby członkowie równej mu, wybieralnej gałęzi rządu nie mogli udzielać krytycznych rad czy odmawiać zgody, gdy widzą, jak prezydent beztrosko oblewa benzyną nasze bezpieczeństwo narodowe i relacje międzynarodowe, a potem tańczy wokół nich z zapaloną zapałką.
Niektórzy mieli nadzieję, że najważniejsi doradcy prezydenta w sprawach zagranicznych – ludzie z solidnym doświadczeniem w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego – będą mieli na niego jakiś wpływ. Ale to zawsze było mało prawdopodobne.
Weźmy na przykład sekretarza stanu Marco Rubio. Porzucił on miejsce w Senacie, gdzie miał choćby teoretyczną niezależność, więc teraz zawdzięcza Trumpowi wszystko. Jeśli wierzyć doniesieniom, jego rola sprowadza się do roznoszenia przesyłek – urząd, który niegdyś zajmowali Thomas Jefferson, William Seward i Henry Kissinger, stał się czymś w rodzaju glorifikowanego kuriera FedEx, który wsiada w samolot, by dostarczać szefowskie rozkazy pod wskazane adresy. Przynajmniej jednak, jak donoszą źródła, ma wpływ na to, których jego pracowników zwolni Elon Musk.
Ale senatorowie i kongresmeni mają też swoją konstytucyjną funkcję – o ile zechcą z niej skorzystać.
Nie mam wątpliwości, że Trump wierzy, iż jego ostateczne cele w polityce zagranicznej są słuszne. Przywracanie miejsc pracy do Ameryki to dobry cel. Ma rację, że stare sojusze wymagają przemyślenia i dostosowania. Może nawet ma rację, że konieczność zapewnienia pokoju w Europie jest tak wielka, iż warto ponieść pewne bolesne konsekwencje – choć ktoś powinien mu przypomnieć, kto jest ofiarą, a kto agresorem.
Ale te cele nie usprawiedliwiają tych środków: zrywania umowy handlowej, którą sam negocjował z Meksykiem i Kanadą, odcinania pomocy Ukrainie, co wystawia ją na rosyjską rzeź, publicznego lekceważenia sojuszników, którzy przelewali krew w wojnach Ameryki.
Wiem, dlaczego tak wielu ustawodawców siedzi cicho i patrzy, jak wszystko płonie: boją się o swoje stanowiska. Jestem pewien, że racjonalizują swoje tchórzostwo, wmawiając sobie, że ich polityczna przyszłość jest niezbędna dla kraju. Ale musi być wśród nich więcej tych, którzy boją się czegoś innego: tego, jak historia ich oceni, jeśli teraz nie zabiorą głosu wobec tego aktu bezmyślnego wandalizmu wobec kraju, który przysięgali chronić.
Republikański Klub Sługusów na Kapitolu
Kategorie: Uncategorized


@Leon Ungier
”za całość artykułu thrzeba płacić
albo prenumerować WSJ.”
To nie cakiem tak.
Prenumeratę WSJ wypowiedziałem już dawno, jak zauważyłem, że co drugi pismak to albo Mohammed, albo Ahmed czy inny Faris. No chyba że Fatima. A to. przepraszam za ciężki wulgaryzm, _przesłanie_ to w końcu znam na pamięć.
Niemniej jednak całość artykułu można znaleźć za friko, bo ten urrrwał _artykuł_ podchwyciły i przedrukowały wszelakie Siły Pokoju i Postępu.
Generalnie to już sowieciarze wiedzieli, że prasa jest niezbędna. Jakby nie gazety, to w co by człowiek śledzie zawijał?
@Włodek
Napisałeś:
No fajne, nawet nie zrozumiliscie ze Lubowski tylko przetlumaczyl artykul G Bakera bylego naczelnego przyzwoitej gazety, Wall Street Journal.
To Ty nie zrozumiałeś (nie czytałeś) bo Lubowski pretłumaczył Googlem tylko trochę enigmatyczny tytuł artykułu. Z pewnością, Lubowski nie zna całości artykułu bo go nie czytał a za całość artykułu thrzeba płacić
albo prenumerować WSJ.
@Wlodek S.
„No fajne, nawet nie zrozumiliscie”
Nie wiem, do kogo „Wlodek S.” się zwraca. Jeśli do mnie – to nas jest raz.
„artykul G Bakera bylego naczelnego”
Zaczynając od końca – „Wlodek S.” też chyba (?) zalicza się do naczelnych.
Niezależnie zaś od tego, czy jakiś Baker, Shaker czy nawet Balaker twierdzi to albo tamto o „ustawodawcach” którzy „siedzą cicho”, bo „boją się o swoje stanowiska”, to obsadzenie „stanowiska” „ustawodawcy” (senatora czy kongresmena) zależnie jest od woli wyborców, a nie od woli prezydenta. Prezydent nie może w żaden sposób pozbawić „stanowiska” wybranego i urzędującego kongresmena czy senatora. Dlatego też sugestia, która a amerykańskim oryginale brzmi tak oto
„I know why so many lawmakers sit by and watch as the arson unfolds: fear for their jobs. ”
jest równie prawdziwa, jak trzydolarowy banknot.
No fajne, nawet nie zrozumiliscie ze Lubowski tylko przetlumaczyl artykul G Bakera bylego naczelnego przyzwoitej gazety, Wall Street Journal
Pocieszny pismaczek. Jestem pewien że Kamalę za to bierze poważnie.
”Wiem, dlaczego tak wielu ustawodawców siedzi cicho i patrzy, jak wszystko płonie: boją się o swoje stanowiska.”
Dziwne, bo ”ustawodawcą” (czyli senatorem albo kongresmenem) zostaje się z woli wyborców, a nie na mocy dekretu prezydenta. Nawet sam Trampek nie jest władny pozbawić ”stanowiska” senatora czy kongresmena. Wygląda na to, że pan Lubowski sięga do pięknych tradycji polskiej literatury fantasy (choć w tym gatunku Sapkowski jest lepszy).