Uncategorized

Miara człowieczeństwa

Anna Grabowska

Byli i są artyści oraz myśliciele, którzy nie zostawili po sobie programów politycznych ani manifestów, lecz coś znacznie trwalszego – miarę człowieczeństwa, którą przykłada się do własnych czynów, a nie do cudzych. Albert Camus należał do tych ludzi. Wiedział, że historia nie jest czysta, że nie ma w niej sterylnych laboratoriów moralności, w których można wszystko rozstrzygnąć bez bólu i krwi. Sam żył w epoce przemocy, okupacji i terroru. Widział egzekucje, zamachy, był świadkiem wojny domowej. I właśnie dlatego pisał, że obrona bywa konieczna, lecz nie jest w żadnej mierze zwycięstwem, tylko tragiczną koniecznością. To zdanie nie daje nikomu komfortu i nie pozwala świętować wojny. Nie pozwala mówić o krwi z patosem ani zamieniać przemocy w spektakl o moralności. Przypomina, że nawet sprawiedliwa walka jest zawsze ciężarem. Ciężarem, a nie hymnem.

Ten sam ton odnajdujemy u Leonarda Cohena, choć jego język był językiem poezji, a nie filozofii. W 1973 roku poleciał do Izraela i śpiewał dla żołnierzy na pustyni. Nie chciał im opowiadać o triumfie; chciał być blisko ludzi, którzy nie wiedzieli, czy przeżyją noc. Nie przyszłoby mu do głowy, by robić z wojny legendę – chciał po prostu podać rękę komuś, kto może jutro zginąć. Jego pieśni nigdy nie były pieśniami zwycięstwa, lecz pieśniami świadomości, że świat jest pęknięty i że człowiek musi w nim zachować godność. „We wszystkim jest pęknięcie – tędy dostaje się światło” – śpiewał. To zdanie jest jak cicha odpowiedź na wszystkie okrzyki o krwi i zemście, jakie od wieków towarzyszą wojnom. Jakże nieznośnie spokojnie brzmi ono w świecie, który lubi krzyczeć.

Historia Żydów jest historią ludzi, którzy ten ciężar rozumieją aż za dobrze. To nie jest naród wychowany na legendach o podbojach. To naród, który przez dwa tysiące lat uczył się, czym kończy się bezbronność. Pogromy, getta, deportacje, komory gazowe – to nie były symbole, tylko konkretne miejsca i konkretne groby. To były imiona i twarze. Dziecięce buty w muzeach, które wciąż wyglądają tak, jakby ktoś miał po nie wrócić. Państwo Izrael nie powstało z ideologii triumfu, lecz z doświadczenia absolutnej bezradności. Z decyzji, że historia nie może się powtórzyć. Że Żydzi nie mogą już nigdy więcej bezczynnie czekać, aż ktoś ich obroni. Dlatego tamtejsza armia nie jest powodem do moralnej dumy, lecz gwarancją przetrwania. Jest ciężarem, który trzeba nosić, bo alternatywą jest powrót do bydlęcych wagonów. I to nie jest metafora – od dawna nie piszę wierszy. To wspomnienie, które wciąż ma zapach dymu.

Na tym tle współczesny język polityczny brzmi coraz częściej jak echo dawnych, dobrze znanych kalumnii. 1 lutego 2026 roku jedna z francuskich deputowanych do Parlamentu Europejskiego, Rima Hassan, napisała publicznie: „Do syjonistów, którzy mnie czytają, chcę powiedzieć: jesteście dla nas tym, czym naziści byli dla was. I to będzie was śledzić i prześladować aż do końca czasów; aż do ostatniej kropli krwi będziemy stawiać opór”. Proszę zobaczyć, jak to brzmi. Jak znajomo, jak staro. Jakby ktoś odkurzył plakaty z lat 30. i tylko zmienił czcionkę. Warto zauważyć, że to nie było zdanie hejtera ani krzyk z ulicznej demonstracji. To były słowa osoby z publicznym mandatem, wypowiedziane w Europie, na kontynencie Auschwitz. I właśnie dlatego brzmią tak złowrogo; historia nienawiści do Żydów zawsze zaczynała się od odwrócenia ról. Najpierw mówiono, że są obcy. Potem, że są winni. A na końcu – że są tacy sami jak ci, którzy chcieli ich zabić. Wypowiedź ta wywołała falę oburzenia wśród organizacji żydowskich, polityków i komentatorów, a także zapowiedzi zawiadomień do prokuratury za podżeganie do nienawiści. Nawet francuski minister spraw wewnętrznych zapowiedział kroki prawne, mówiąc wprost o możliwej apologii terroryzmu.

A jednak ona wciąż jest deputowaną. Wciąż ma mandat i mikrofon. Nasz obecny system nie jest wyłącznie sprawiedliwy; ma swoje mroczne strony, o których mówi się niechętnie, ale których nie sposób negować. To strona mniej romantyczna, a bardziej techniczno-biurokratyczna, przez co bywa bezlitosna – nawet jeśli osadzona w demokracji parlamentarnej. Najbardziej skandaliczne słowa nie wystarczą, by odebrać komuś mandat. Eurodeputowany nie jest funkcjonariuszem rządu ani urzędnikiem, którego można zwolnić decyzją przełożonego. Posiada mandat od wyborców, a jego wypowiedzi chroni immunitet parlamentarny, stworzony po to, by władza nie mogła uciszać niewygodnych głosów. Dopiero postępowanie karne, wniosek o uchylenie immunitetu i zgoda samego Parlamentu Europejskiego mogą otworzyć drogę do realnych konsekwencji. Tyle że takie procedury trwają miesiące, a czasem lata.

To paradoks współczesnej demokracji. System zaprojektowany, by chronić wolność słowa, bywa bezradny wobec retoryki, która tę wolność wykorzystuje do szerzenia nienawiści. Instytucje działają wolno, a język nienawiści działa natychmiast. Sąd potrzebuje miesięcy, tweet potrzebuje pięciu minut. I zanim procedury zdążą zareagować, słowa zdążą już zrobić swoje: zasiać pogardę, wzmocnić nienawiść, dać komuś poczucie moralnej racji, by rzucić kamieniem. Albo czymś gorszym.

Jednocześnie po publikacji Rimy Hassan w środowiskach propalestyńskich pojawiły się głosy obrony, co tylko pokazuje, jak bardzo język skrajnych porównań został już znormalizowany. Jak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że Żyda można nazwać nazistą i przejść nad tym do porządku dziennego. Jakby to było tylko zdanie. Tylko metafora. Tylko polityka.

Camus wiedział, dokąd prowadzi taki język. Gdy przemoc przestaje być tragedią, a zaczyna być powodem do moralnego uniesienia, właśnie wtedy zaczyna się katastrofa. Gdy ktoś mówi o „ostatniej kropli krwi” z poczuciem słuszności, przestaje bronić życia, a zaczyna bronić ideologii. W tym miejscu kończy się świat Camusa i Cohena, a zaczyna świat fanatyzmu.

Dlatego prawdziwa linia podziału nie biegnie dziś między narodami ani granicami państw. Biegnie między dwiema wizjami świata. Jedna mówi: krew jest sprawiedliwością, jest odpowiedzią na historię, jest konieczną pomstą. Druga mówi: czasem trzeba walczyć, ale każda śmierć jest ciężarem, a nie powodem do dumy. Jedna cywilizacja buduje swoją tożsamość na triumfie nad wrogiem. Druga – na pamięci o własnych grobach. Camus i Cohen należeli do tej drugiej. I dlatego ich głosy brzmią dziś jak ciche, uparte ostrzeżenie. Na tle tych głosów wszystkie polityczne okrzyki o krew, wszystkie odwrócenia historii i porównania Żydów do nazistów brzmią nie jak odwaga, lecz jak kalumnia. Stara, dobrze znana kalumnia, która zawsze zaczyna się od słów, ale nigdy nie kończy się tylko na nich.

Miara człowieczeństwa


Wszystkie wpisy Ani TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.