Wspomnienia z młodości. cz 1

Kraków przed 1939 rokiem

Urodziłem się w Krakowie, w 1918 roku. Trwała wtedy jeszcze  wojna. Ojciec mój miał na imię Józek a mama Mania, w metrykach byli zapisani jako Józef i Maria. Myślę, że urodziłem się w tym samym domu, przy ul. Starowiślnej 18,  gdzie mieszkałem do dnia ucieczki z Krakowa, to znaczy do 4 września 1939.

Miałem brata, o dwa lata młodszego Benka (Bernard), a kiedy miałem 8 lat urodził się drugi brat-brat Zyga (Zygmunt).

Mama, tata i trzej bracia- to była nasza rodzina, ale były też babki, ciotki, wujkowie…

Nie wszyscy mieszkali w Krakowie. W roku 1924 przyjechali do Krakowa dwaj bracia ojca, jeden z Ameryki, a drugi z Antwerpii.

W tamtym czasie dzieliłem Kraków na trzy części: jedna to był Kazimierz, gdzie mieszkali Żydzi, druga to dzielnice Stradom i Śródmieście, gdzie mieszkali i Żydzi i Polacy, a trzecia to była reszta miasta, gdzie mieszkali Polacy, i tu  i ówdzie,  bardzo zasymilowani Żydzi.

Moje najstarsze wspomnienia są z czasów rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie.  Kiedy miałem pięć lat rodzice stwierdzili, że to już czas, bym poszedł do szkoły, ale do powszechnej szkoły przyjmowali dopiero w wieku sześciu lat. A więc, zapisali mnie do szkoły stowarzyszenia „Tarbut”. To nie była szkoła religijna, ale pamiętam, że klasa była w budynku synagogi Ajzyka, a moim nauczycielem był pan Silberman. Byłem wysoki i pan Silberman posadził mnie w ostatniej ławce.  Ale,  ponieważ nie widziałem co było napisane na tablicy, przesadził mnie  do pierwszej ławki, i powiedział,  że zapewne potrzebuję okulary. I tak, od piątego roku życia, noszę okulary. Do drugiej klasy zapisano mnie już do  Szkoły Miejskiej Jana Śniadeckiego, przy ulicy Zielonej (dziś Sarego), to było  niedaleko naszego mieszkania przy ulicy Starowiślnej 18.

Ulica Starowiślna ciągnęła się od siedziby  Kuriera Ilustrowanego, koło poczty, aż do trzeciego mostu na Wiśle.  A nazwa ulicy wzięła się stąd, że ponoć kiedyś płynęła tędy Wisła.

W związku z tym, że  rodzice posłali mnie do szkoły za wcześnie, powtórzyłem druga klasę i zrównałem się wiekiem z innymi uczniami.

Drugie moje wspomnienie z dzieciństwa, to jak ojciec zapisał mnie i brata do chederu. Rebe mówił tylko po żydowsku, to też, czytając  Chumasz  tłumaczyliśmy słowa na żydowski.  Chodziliśmy tam po szkole,  od czwartej popołudniu. Cheder był dość daleko, bo aż  na ulicy Miodowej, więc  przychodził po nas  człowiek, który pomagał nauczycielowi, nazywano go belfer (od niemieckiego „Behelfer”-pomocnik). Tak to  trwało do świąt Bożego Narodzenia.

Otóż, mieliśmy służącą ze wsi, i ponieważ nie pojechała na czas świąt do swego domu, a została u nas, ojciec kupił dla niej choinkę. Belfer otworzył drzwi, zobaczył drzewko, stanął jak wryty i zabrał nas prędko. W chederze  opowiedział rebemu co widział. Rebe pokręcił pejsy, zawołał mnie, i po żydowsku powiedział, że tato ma się do niego zgłosić. Ojciec się zjawił i rebek mu powiedział, że jeżeli nie wyrzuci choinki, to on nas wyrzuci z chederu. Drzewko zostało, a my skończyliśmy z chederem.

 

cdn.

Opracowala Anna Karolina Klys

 

 

 

One Response to “ Wspomnienia z młodości. cz 1”

  1. już czekam na następny odcinek, ponieważ urodziłem się i mieszkałem przez 40 lat na ulicy Westerplatte (przed wojną II nazwa ulicy była Andrzeja Potockiego) zatem od domu rodzinnego pana Henryka dzieliło by zaledwie 850 m……

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: