Wspolna droga cz. 2

Piotr Zettinger

Dom, z którego wynosiłem kubeł ze śmieciami, nie leżał na terenie naszego klasztoru, schroniliśmy się tam uciekając przed wojennymi wybuchami i pożarami. Dalekie grzmoty dochodziły nas już od kilku dni, siostry do ostatniej chwili miały jednak nadzieję, że linia frontu ominie naszą okolicę. Los chciał inaczej i pewnej nocy piekło rozpętało się tuż obok. W pośpiechu opuściliśmy klasztorne pomieszczenia, kryliśmy się za jakimiś murami i w pobliskich rowach. Siostry były przekonane, że to bolszewicy celowo ostrzeliwali klasztor i chcieli zniszczyć przyklasztorny kościół. Bały się bolszewików, ich strach udzielał się także nam, ja sądziłem, że bolszewik jest odmianą Niemca, tak jak ów Łotysz maszerujący pod naszym domem tego dnia, kiedy uciekałem z getta. Po kopule naszego kościoła przebiegła w pewnym momencie wielka,  niebiesko-złocista iskra, tak jakby ktoś bawił się i zapalił tam sztuczne ognie, a po chwili budynek stanął w płomieniach. Siostry modliły się, my zaś patrzyliśmy na płonące święte miejsce z przerażeniem i wielkim zdumieniem, bo rozumieliśmy, że jesteśmy świadkami niepojętego zwycięstwa zbrojnych hufców Lucyfera.

Nie wiem zatem, czy wyglądając przez jakąś szczelinę na podwórko i widząc tam żywych, nie ołowianych żołnierzy, myślałem o płonącym kościele lub czy przypomniał mi się wiejski granatowy policjant, gettowy Łotysz albo dwóch idących nam naprzeciw żandarmów. Być może moja reakcja była czysto odruchowa i nie poparta żadną refleksją, tak jakby w pobliżu z hukiem wybuchł pocisk albo jakbym niechcący dotknął rozgrzanych drzwiczek pieca. Byłem, o ile wiem, dzieckiem na ogół potulnym, grzecznym i posłusznym, siostry zdumiały się więc zapewne, kiedy wróciłem na górę z pełnym kubłem, histerycznie płacząc i wołając, że na podwórko nie wyjdę, bo tam są Niemcy. Nie wiem, jak mnie pocieszano i czym mnie przekonano, że nic mi nie grozi, pamiętam jednak, iż jedna z zakonnic zeszła ze mną na sam dół, choć przy drzwiach wyjściowych zatrzymała się i progu nie przekroczyła. Zostałem z moim kubłem sam. Przytulony do drzwi, z ręką na klamce, gotowy do ucieczki rozglądałem się przez chwilę wokół, a to, co zobaczyłem, trochę mnie uspokoiło. Dzień był bezwietrzny, gorący, żołnierze nie robili wrażenia, jakby gotowali się do walki lub pościgu. Bez czapek, rozchełstani, niektórzy siedzieli na wydeptanej trawie i palili papierosy, inni spali, jakaś mała grupka zgromadziła się w cieniu kasztana pod płotem i cicho nuciła melodyjną, rzewną piosenkę. Karabiny leżały niedbale rozrzucone, nikt się nimi nie przejmował, tak jakby nie były do niczego potrzebne. Ruszyłem powoli i ostrożnie w stronę pojemnika po drugiej stronie podwórka, starałem się do nikogo nie zbliżać, omijałem też z daleka karabiny. Żołnierze nie zwracali na mnie uwagi, mnie zaś zafascynował jeden z nich, bo chrapał niezwykle donośnie i to na dwa różne sposoby: warcząco, kiedy powietrze wdychał, a z pewnym pogwizdem, kiedy je z siebie wydmuchiwał. Było to wyraźnie doświadczenie dla mnie nowe, mężczyzn od lat widywałem tylko w kościele albo na ulicy. Szedłem więc przez moment jak pies, niby do przodu, lecz z głową odwróconą na bok, w stronę chrapiącego. Potknąłem się nagle o jakąś przeszkodę, wypuściłem kubeł, omal się nie przewróciłem. Cofnąłem się odruchowo, znowu gotowy do ucieczki, nawet i bez mojego kubła. Na przeszkodę zdążyłem jednak spojrzeć. Był to rozciągnięty na trawie żołnierz-wielkolud, leżał na boku, opierał głowę na prawej ręce, a lewą wkładał do ust pestkę słonecznika. Spojrzał na mnie z ciekawością, odsunął z czoła kosmyk jasnych jak słoma włosów, uśmiechnął się od ucha do ucha, tak że cała jego szeroka twarz stała się jednym wielkim, słonecznym uśmiechem, a potem sięgnął ręką do kieszeni, wyciągnął garść pestek i powiedział: Nu czto, malczik, choczesz?   

Tak powitała mnie nowa rzeczywistość.

    Pół roku później odnalazła mnie u sióstr w Międzylesiu moja matka. Wędrowaliśmy potem piechotą na drugą stronę Wisły i po kilku dniach, przemarznięci i wygłodniali dotarliśmy do  Pruszkowa, gdzie okazało się, że mam dużą, własną, prawdziwą rodzinę: dziadka, babcię, dwie ciotki i dwoje kuzynów. Rozpoczęło się nowe życie, niezwykle biedne i pełne codziennych trudności, ale takie, jakim żyli wszyscy dookoła, a więc normalne, bez strachu, ucieczek i chowania się w piwnicach. Często dochodziły mnie różne dziwne, przerażające i niezrozumiałe opowieści o zdradzonym powstaniu, o kapturowych sądach, deportacjach do łagrów, mordach i grabieżach, ja jednak nie dawałem tym historiom wiary, budziły one we mnie opór i niesmak, podobnie jak niezliczone anegdoty ośmieszające głupotę i pazerność zacofanego, prymitywnego Kacapa, wyszydzające radzieckiego wynalazcę mikroskopu o nazwisku Gównowidze i śmiesznie długie spodenki futbolistów moskiewskiego klubu Dynamo albo też głoszące chwałę polskich kolejarzy, gdyż bez nich musielibyśmy polski węgiel nosić przez wschodnią granicę na własnych plecach. Bo ja na świat patrzyłem przez pryzmat wspomnień o uśmiechniętym radzieckim żołnierzu z wielką ręką pełną pestek słonecznika. Był dla mnie wyzwolicielem, bohaterem dni przeszłych, ostoją teraźniejszości i gwarantem spokojnej, szczęśliwej przyszłości. Był kapitanem lodołamacza Czeluskin, płynącego na ratunek arktycznym rozbitkom, heroicznym członkiem Młodej Gwardii, obrońcą szosy wołokołamskiej, prawdziwym człowiekiem, wychowawcą dzielnych pionierów w Arteku, budowniczym wielkich zapór, odwracających bieg rzek, szachowym arcymistrzem, znakomitym sportowcem, rekordzistą, zdobywcą złotych medali.

Kiedy po pierwszych kilku dniach olimpiady w Helsinkach rezultaty zawodów odnaleźć można było w prasie już tylko w skróconej formie na stronach sportowych, i kiedy z gazetowych szpalt zniknęły tabele z listą medali i punktów, domyśliłem się, że są drużyny, którym poszło lepiej niż radzieckiej. Odczułem to jako wielką niesprawiedliwość i osobistą porażkę. Rozczarowanie i rozgoryczenie musiałem przy tym starannie ukrywać, bo wiedziałem, że niewielu kolegów by ze mną sympatyzowało. Większość wyśmiewałaby się na pewno ze mnie i wytykała mnie palcami, prawie wszyscy witali przecież porażki mojego przyjaciela na arenach sportowych z satysfakcją i lepiej lub gorzej ukrywaną radością. Słuszna droga, na którą wkroczyłem w owe lipcowe, gorące przedpopołudnie 1944, i którą nadal wspólnie z moim bohaterem szedłem, wciąż była trudna i wciąż najeżona wielkimi przeciwnościami.  

Minęło jeszcze sporo czasu, zanim zrozumiałem, dokąd wiedzie…

Wspolna droga cz. 1

KLIKNIJ TUTAJ

Wspomnienia Piotra  o Irenie Sendler

KLIKNIJ TUTAJ

Spotkanie w pociagu

KLIKNIJ TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: