.Jestem znów Żydem cz. 6

Szlomo Adler

 

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Podmuchy wojenne lub przedwojenne wiatry.     

Wszystko zaczęło się mniej więcej tak: w latach 1936/39 babcia Józika, Cesia, która już od paru lat mieszkała w Palestynie wysłała serię listów do swej córki Luby, matki Józika. (Ojciec Józika i mój byli braćmi). Były to ostrzegawcze listy, pisane w takim tonie: „Widzę ponure chmury nad Europą. Jesteście bardzo dobrze usytuowani. Sprzedajcie wszystko co macie i przyjeżdżajcie tutaj”. Pytała w listach w kółko: „na co czekacie?!”
W 1938 r. Żydzi niemający obywatelstwa niemieckiego zostali wypędzeni z Niemiec. Wypędzono ich, mimo że żyli w Niemczech od wielu lat. Pewnego dnia po prostu kazano im spakować swoje manatki, tylko to co uniosą i wynieść się do granicznego miasta Zbąszyń. Trzymano ich tam bardzo długo w barakach i pod namiotami, zanim pozwolono im wjechać w głąb kraju, albo dalej – do Stanów Zjednoczonych czy do Ameryki Południowej…
Kilka takich rodzin przybyło do Bolechowa, a jedna z nich zakwaterowała się w jednym z mieszkań w domu babci. Po raz pierwszy zobaczyliśmy wtedy cudowne urządzenie, które samo pierze bieliznę. Nie trzeba już balii z mydłem, deski dla szorowania, deski do uderzania – wszystko to było zbyteczne, bo maszyna wszystko robiła sama. Nawet nie trzeba było już ręcznie wyżymać wypranej bielizny. Sąsiedzi przychodzili oglądać to cudo.

W początku 1939 roku przyszedł kolejny list od babci Cesi, tym razem skierowany bezpośrednio do ojca Józika, Hermana. Babcia pisała: „Dowiedzieliśmy się w Palestynie o milionie złotych, które Twój brat Izrael wygrał na loterii. Przecież to majątek! Weź całą rodzinę i jedź NATYCHMIAST do Palestyny. Czy nie słyszycie i nie widzicie, co się dzieje w Niemczech?!”. (Józik opowiedział mi o tych listach kilka lat później po tym, gdy już nie mieliśmy nikogo z naszej rodziny.)

Od czasu do czasu, my dzieci, słyszeliśmy jak nasi zmartwieni rodzice rozmawiają o Hitlerze. Ale nie było w nich nawet cienia tego strachu i rozpaczy, których zaznaliśmy później.
Przed samymi wakacjami szkolnymi w1939 roku, coraz częściej słyszeliśmy o niemieckich groźbach.  Przeważnie mówiono o korytarzu, którego Niemcy żądają od Polski. Pojawiało się też  słowo „Lebensraum”.

My, dzieci, byliśmy hiper-patriotami i byliśmy pewni, że Polska, przy pomocy swoich sprzymierzeńców, odeprze wszelkie niemieckie wymagania. Wybieraliśmy dla Polski sojuszników według znaczków pocztowych. Każdy z nas zbierał znaczki i porównując ich wielkość i urodę decydowaliśmy, który kraj będzie naszym sojusznikiem. Byliśmy przekonani, że jeśli znaczek pocztowy jest duży i ładny, to kraj, z którego pochodzi z pewnością jest wielki i silny. 
Wielkie i kolorowe były te z francuskich kolonii, podobnie te z angielskich, oraz kanadyjskie i indyjskie. I właśnie te państwa uważaliśmy za silne i uznaliśmy je za naszych sprzymierzeńców.
Raz, między lekcjami, nasz przyjaciel Siumek Kurcer pokazał nam ogromny i piękny znaczek z Boliwii.  Powiedział: „Ciotka napisała, że Boliwia nie będzie siedziała z założonymi rękoma, jeśli Hitler zaatakuje Polskę”.
Siumek był dziewięcioletnim chłopcem. Co on wiedział o Boliwii? On wiedział dokładnie to, co myśmy wiedzieli – że znaczek stamtąd był duży i piękny. Ponadto słowa otuchy jego ciotki dawały nam poczucie bezpieczeństwa.
„Boliwia”? zdziwił się chłopiec o nazwisku Halpern. „Jest przecież tak daleko! I nie ma granicy z Niemcami”.

„Kto potrzebuje Boliwii? Francja i Anglia są naszymi sprzymierzeńcami więc nikt nas nie zwycięży! Nie wolno poddać się wymaganiom tego wariata!” stwierdził kolega nazwiskiem Jungerman.

„Ale co nas to właściwie obchodzi, czy będzie wojna czy nie. Najwyżej, niemieccy i polscy antysemici będą się bić między sobą, a nas Żydów zostawią w spokoju”, podsumował Buchwalter.
Gdy wróciliśmy do domów dowiedzieliśmy się, że nadeszły rządowe instrukcje. Były skierowane były do wszystkich mieszkańców i dotyczyły tego, że należy pomalować wszystkie ogrodzenia stające wzdłuż drogi na zielono i codziennie trzeba zamiatać kurz z ulicy przed domami. Nikt nie wiedział co to mogło mieć wspólnego z możliwością wybuchu wojny.

Rząd Polski nie przygotowywał ludność do nieuniknionej wojny, a marnował czas na antysemickie ograniczenia. Na wystawach dużych państwowych sklepów pojawiły się antysemickie hasła: „kupuj tylko u nas”, „sklep chrześcijański” lub „swój do swego po swoje.”

Wprowadzona została też ustawa ograniczająca ubój rytualny, a w niedługim czasie miał zacząć obowiązywać przepis o jego całkowitym zakazie. Nasze pobożne matki były bezradne, ponieważ nawet zarżnięcie kurczaka   przez rzeźnika, musiało być wykonywane w konspiracji.

 

W końcu pojawiły się prawdziwe znaki zbliżającej się wojny. Mężczyźni zostali zmobilizowani do wojska. Ludzie stali na ulicy i dyskutowali co należy zabrać ze sobą i jak zachowywać się na polu bitwy. Większość tych ludzi to byli nasi polscy sąsiedzi, ponieważ Żydzi zostali odrzuceni na Komisjach Wojskowych już wcześniej.  Jeden z powodu przepukliny, inny szmerów w sercu, trzeci z powodu platfusa. Żydzi opowiadali na wpół żartobliwie, że większość z nich komisja uznała za CDD, co oznaczało „bezwartościowy” albo jak tłumaczono: „całkiem do dupy”.
Tuż przed letnimi wakacjami w 1939 roku, kiedy rozmawialiśmy między sobą, wielu z nas myślało, że może ta wojna to nie taki zły pomysł. Być może będziemy mieli dzięki temu dłuższe wakacje. Kto mógł przewidzieć, że letnie wakacje zaczynające się za kilka dni, zamienią się w lata długiego oczekiwania na powrót do szkoły.
Aż w końcu wakacje się rozpoczęły. Mieliśmy dosyć czasu na malowanie płotów i codzienne zamiatanie ulicy. Czy Rząd Polski już wtedy przewidywał, że przez naszą ulicę, która jest zazwyczaj pełna kurzu, wojsko będzie się wycofywać i dlatego kazał utrzymać ją w dobrym stanie?

Pewnego dnia mama wróciła z wizyty u swojej siostry, która mieszkała w centrum miasta. Przywiozła ze sobą dużą butelkę octu i powiedziała, że przeleje go do mniejszych butelek.

Te małe butelki opakowała w grubą tkaninę, żeby się nie rozbiły i włożyła do płóciennych toreb, które uszyła dla każdego z nas. Ponadto mama przygotowała materiałowe maski, z dwiema tasiemkami z każdej strony. Maski były podobne do tych, jakich w dzisiejszych czasach używają lekarze. Mama powiedziała, że zmoczone octem maski trzeba będzie nałożyć na twarz, gdy niemieckie samoloty zrzucą bomby z gazem. Ćwiczyliśmy to przez cały dzień, używając wody. Okazało się, że nie było tak łatwo zawiązać samemu tasiemki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego mama nie doszyła do masek gumek i tego, skąd mielibyśmy wiedzieć, które bomby zawierają gaz?

Latem, któregoś ranka nadszedł rozkaz kopania okopów. Prawie wszyscy sąsiedzi wyszli na wzgórze po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko naszego domu, w pobliżu mojego ukochanego drzewa czereśni, na polu rodziny Beglaubter.  Zaczęliśmy kopać na szczycie wzgórza. Każdej rodzinie przydzielono kilka metrów do kopania. Moja mama nie wzięła udziału w kopaniu, bo jak powiedziała, musi przygotować prowiant przed wybuchem wojny, a ponieważ miała doświadczenie z pierwszej wojny światowej, zabrała się do tego fachowo.   Był to dzień targowy więc mama stała obok furtki do naszego domu i pytała się przechodzących, obładowanych koszami wieśniaczek, podążających na rynek, co mają na sprzedaż.

Pod koniec dnia w kuchni stały trzy kosze pełne orzechów laskowych, dwa kosze z orzechami włoskimi i kilka wiązanek suszonych grzybów. Mama kupiła też dużą ilość jaj i sześć znoszących jaja kur. Kury leżały w kuchni ze związanymi nogami, rzucając się z boku na bok i brudziły podłogę swoimi odchodami.  Zaniosłem je do mojej zagrody w ogrodzie, gdzie kury były szczęśliwe na wolności.
Ta moje zagroda pamiętała lepsze czasy, gdy obok pięknych królików mieszkał tam też wielki jeż i piękna, młoda sarenka, którą złapał w lesie jednej z pracowników garbarni. Lubiłem ją bardzo. Jadła liście kapusty i marchewki. Miała piękne długie nogi. Pewnego dnia, gdy wróciłem ze szkoły, sarenki nie było. Powiedziano mi, że uciekła. Ale myślę, że tak naprawdę, w tym samym czasie moi rodzice oblizywali palce jedząc żeberka tej sarny. Jeż także znikł, wykopał sobie przejście pod ogrodzeniem i uciekł. Niektóre króliki uciekły do sadu albo może i dalej. Tylko te białe angory z czerwonymi oczyma pozostały. Te, które uciekły prawdopodobnie przeczuwały, że zbliża się wojna, i że dla wszystkich nadchodzą złe czasy i wolały być wolne.

Poprzednie czesci TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksizka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: