Wena

Zenon Rogala


Już dość. Dość marazmu zwątpienia i złych myśli. To musi się odmienić. Dość już apatii i czarnowidztwa. Dłużej nie będę czekał. Właściwie wystarczyło wypowiedzieć jedno zdanie niepokoju i już Iwona wiedziała o co mi chodzi.

         – Jedź nie zastanawiaj się i jedź  – brzmiał jej werdykt, a właściwie tak brzmiała diagnoza na wyleczenie powstałej i od jakiegoś czasu trwającej, domowej sytuacji, na którą jedynym lekarstwem może być mój wyjazd.

         – Wyjedziesz, odpoczniesz, zrelaksujesz się i jestem pewna, że wrócisz zadowolony. Jesteś może trochę przemęczony, tą długą zimą, a teraz niezdecydowaną wiosną, wszystko to nie sprzyja kondycji twórczej. A wyjazd na pewno dobrze ci zrobi, łykniesz trochę świeżego powietrza i na pewno będziesz zadowolony. Wyśpisz się, odpoczniesz. Dużo spaceruj i pamiętaj, że nic nie musisz. Jedź, jedź,  na… myślę, że parę dni ci wystarczy. Może tydzień. Siedź zresztą tak długo, dopóki się nie odnajdziesz. Faktycznie, od kiedy opuściła cię dotychczasowa radość twórcza i zarzuciłeś pisanie, zrobiłeś się nie do wytrzymania. Nie będę ukrywać, że i ja od ciebie trochę odpocznę.

         Na takie słowa tylko czekałem. Nawet nie musieliśmy się umawiać gdzie pojadę. Wiadomo, Kazimierz Dolny nad Wisłą.

         Pani w recepcji miała niesforne loki, które co chwilę próbowała bezskutecznie poskramiać.

         – Na śniadania zapraszamy między ósmą, a jedenasta. A drugi posiłek tak zwaną obiadokolację wydajemy od piętnastej do dwudziestej – loczek nie zgadzał się na miejsce za jej uchem i wolał swobodnie zwisać znad czoła.

To rozumiem. Choćbym nie wiem jak długo spał, zawsze zdążę na posiłki. To już jest wielki plus tego miejsca.

             Pokoik na poddaszu, jedyny taki w pensjonacie, jest tak mały, że gdyby nie wąziutkie przejście między ścianą a łóżkiem, to miałby szerokość łóżka. No, jest także poza nim, mały prostokątny stoliczek, jedyna wysepka, oaza skupienia i spokoju, gdzie będę wracał do równowagi, to maleńkie pole startowe, skąd mój talent poszybuje na podbój literackiej niwy. Stąd spoglądał będę z góry na wszystkich siedzących nad kartkami białego papieru, i stąd będę  wylatywał przez skośne okienko w dachu, usytuowane tuż nad prostokątnym blatem stołu i po zatoczeniu fantazyjnych slalomów literackiego stylu, przez to okienko będę powracał na swoje stanowisko, do swego warsztatu twórczego, aby potwierdzić przyrost swych literackich możliwości.

     Przygotowanie pisarskiego warsztatu zajęło mi trochę czasu. W nowym miejscu zastosuję nową taktykę. Na centralnym miejscu stolika, czekają na literki autora czyste, białe kartki papieru. Złożone w wysoki stosik, posłusznie czekają na dotyk ręki autora. Obok, po prawej, dwa ostro zaostrzone ołówki, dwa długopisy, w dodatku żelowe, nie wiem po co, ale jest także linijka dwudziestocentymetrowa. Nieco po prawej, jak na razie pusta szklanka, w towarzystwie butelki z wodą mineralną.

         Ledwo wyszedłem na pierwszy rozpoznawczy spacer – szok. Dobry znak, bo oto po Kazimierzowskim rynku  przechadza się jak gdyby nigdy nic, sam Tomasz Jastrun, – syn tamtego, poznanego przeze mnie z licealnej lektury poety, Mieczysława Jastruna, w dodatku ze swoim synkiem Antosiem, idącym za nim, ale wpatrzonym w prostokąt gofra, pokrytego białą, puchową pierzynką bitej śmietany. Patrzę na ten marsz pokoleń i jednego jestem pewien. Pan Tomasz nie przyjechał tu, tak jak ja, do pracy.

         O uroku Kazimierzowskiego rynku nie trzeba przekonywać nikogo, zwłaszcza kogoś kto jak ja, był już tu kiedyś, a tym bardziej nie trzeba przekonywać kogoś, kto zobaczy te cuda po raz pierwszy. Mając przed sobą kilka dni, na pierwszy rozpoznawczy spacer nie żałuję czasu, wchodzę do każdych drzwi, zaglądam do wszystkich lokali. Są tu liczne knajpki, kawiarnie, galerie malarskie, ale również sklepiki z towarami na doczesne przetrwanie. Jest również na tym rynku znak naszych czasów  – bank z prawdziwymi zabezpieczeniami, kamerami, oświetleniem, bankomatem. Dodatkowo tym, co oznacza przewagę komercji nad zachowaniem renesansowego stylu, są licznie rozsiane, przytłaczające powierzchnię płyty rynku, parasole, gotowe do przygarnięcia pod swoje płócienne sklepienia, zaskoczonych deszczem turystów, oraz gwarantujące im chwilowe wytchnienie na licznych fotelach.

         Kto uważnie przygląda się różnym postaciom w okolicy otwartych na oścież drzwi, z łatwością spostrzeże, że przed każdą z licznych galerii autorskich, siedzą sami wielcy artyści malarze i tylko czekają żeby przejść do historii malarstwa i są pewni, że tam wejdą, jak tylko sprzedadzą swoje różnorodne obrazy, będące niekwestionowanymi arcydziełami. Przy bliższym dochodzeniu okazuje się jednak, że artyści malarze są aktualnie albo zagranicą, albo pracują w pracowniach, zaś  pilnowanie interesu powierzyli swoim żonom lub miejscowym marszandom. Właściwego kolorytu kazimierzowskiej cyganerii dodają w tym miejscu zgromadzone pod rynkową, zadaszoną studnią, miejscowe Cyganki, które za symboliczną kwotę powiedzą ci jak masz na imię, czy jesteś szczęśliwy i co zrobić żeby szczęśliwym pozostać.

         – Nic, panie, z tego nie będzie, niepotrzebnie pan tu przyjechał. Musisz pan wracać, i to jak najszybciej. Może pan jeszcze coś uratuje, bo jak Iwena pana opuściła to co panu, panie pozostało. Wracać i ratować to co się jeszcze uda uratować. Wszyscy już od pana zaraz odejdą.  Iwena, też cię porzuciła i już nic pan na to nie poradzisz…chyba, że …ja coś poradzę.

– Nie Iwena, tylko Iwona , moja żona, ta co specjalnie wysłała mnie tutaj żebym odpoczął i zapomniał o kłopotach  – ja tylko ją kocham.

– Toż mówię ci, że musisz do tej Iweny wracać i to jeszcze dzisiaj. Może jeszcze coś uratujesz, bo widzę wyraźnie, że Iwena ma już… ona ma  … innego… do niego się przeniosła, u niego zamieszkała, jemu w głowie miesza, a jak on wychodzi na pole, to zakłada mu ciepły szalik. Wracaj pan do Iweny, bo może jeszcze coś pan z tego uczucia uratuje… –  patrzyła na mnie spokojnymi brązowymi oczami. Ubrana była w obszerną ceratową kurtkę, a w cienki jej warkoczyk wpleciona była zwykła sznurówka.

         – Nie, to niemożliwe, przecież Iwona mnie kocha, ledwo przed chwilą z nią rozmawiałem, że szczęśliwie dotarłem na miejsce…a to wena mnie opuściła…

         – Każdy wie swoje, ale to ja wiem prawdę i mówię ci wyraźnie, że to właśnie Iwena cię opuściła…ale mogę ci powiedzieć jak temu zaradzić, i wcale nie będzie cię to drogo kosztować… 


Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: