Romski Król

Zenon Rogala


 

Wieść straszna rozniosła się po miasteczku. Kobiety stojące przed sklepami w codziennych  kolejkach po wszystko wymieniały się wiadomościami, które wraz z upływem czasu pęczniały jak odpustowy balon. Oczekiwanie przed sklepami na rzucenie towaru trwało w nieskończoność, więc i czasu na wymianę wiadomości o zabitym Cyganie znalezionym przy drodze  wiodącej przez las do sanatorium, było coraz więcej. Wieści domowe przynoszone do szkoły powtarzane były przez nas na przerwach między lekcjami i nie było dnia, żeby w tej sprawie nie przybywało nowych rewelacji. Powstało nawet kilka obowiązujących wersji tego tragicznego zdarzenia.

Według zamieszkujących w okolicy ulicy Leśnej, Waśkiewicz odbierający z gospodarstw poranne mleko zatrzymał konie obok wjazdu na drogę wiodącą przez las do sanatorium. Kilka metrów w stronę lasu na poboczu drogi leżał człowiek. Od razu mleczarz zorientował się, że to Cygan, bo choć głowę miał roztrzaskaną, to ubiór od razu świadczył, że to nie nasz. W dodatku obok roztrzaskanej i zakrwawionej głowy leżała zakrwawiona kłonica taka, jaką można zobaczyć tylko przy wozach cygańskich. W dodatku całe miasteczko wiedziało, że na łące Klimczaka wielki tabor Cygański się rozłożył i nic tylko to któryś Cygan z tego taboru.   

Zamieszkujący okolice ulic Cegielnianej, Reja, Kościuszki, Piastowskiej i Rosenbergów szerzyli teorie, że to nic, tylko wynik bójki o względy pięknej Cyganki. Jeden z wielu konkurentów zabiegających nie tylko o jej serce, tym sposobem skutecznie pozbył się rywala.

W dalszych okolicach od miejsca zbrodni, panowała teoria, że to wyniki porachunków w walce o cygańską koronę. Widocznie nie tylko w środowisku romskim, zamiast demokratycznych wyborów rozstrzyga prawo silniejszego. W walce o władzę pretendenci do tronu, tak jak u Szekspira, mogą posunąć się nawet do zbrodni.

 

                                                   *

Szeroka cmentarna aleja, wysadzana kasztanowcami, jak zawsze również i dzisiaj nie była sprzątana, mimo obowiązującego listopadowego święta. Dzięki temu przypominała polny korytarz pokryty szeleszczącym dywanem utkanym z rdzawo żółto czerwonych i wszelkich innych jesiennych kolorów, jakimi były poplamione opadające liście. Leżały one teraz jak różnokolorowy chodnik wzdłuż głównej alei i dodatkowo osuszane jesiennym słońcem lśniły i trzeszczały pod nogami. Odgłosy spod nóg przypominały o kruchości upływającego z czasem życia i nadchodzących niebawem, skrzypiących pod nogami mroźnych dniach.

Aleja jako główna, wznosiła się bezpośrednio od cmentarnej, nigdy nie zamykanej bramy. Wiodła lekko pod górę dzieląc cmentarz na dwie nierówne części. Gdyby iść po tym niepowtarzalnym, utkanym z zeschniętych liści chodniku, można by dojść do samej góry, gdzie widoczny od początku drogi stoi drewniany krzyż. Stoi na środku alei i sprawia wrażenie, że jest cmentarnym znakiem drogowym, bo oznacza zarówno kres drogi cmentarnej i kres naszego życia. Ramiona krzyża rozłożone w geście powstrzymania idących sugerują, że dalsza droga nie jest już taka jak dotąd. Rzeczywiście za krzyżem było strome błotniste zbocze.

Wszyscy szli w to smutne miejsce, więc i my jako kumple do grobowej deski też chcieliśmy dać wyraz naszej dozgonnej przyjaźni i braterstwa.

Tuż po wejściu przez zawsze otwartą bramę, zanim coraz liczniejsze grupki odwiedzających groby, zaczęły zadeptywać ów kolorowy, utkany z liści szlak jesienny, po prawej stronie alei znajdował się ten, zwracający uwagę swą wielkością cygański grobowiec. Płyta na nim była ogromna. Nikt w całej okolicy, ale chyba i na całym cmentarzu nie miał tak wielkiego nagrobka. Owszem zdarzały się duże umieszczone wzdłuż kamiennego ogrodzenia, ale nawet te poniemieckie nie mogły konkurować z tym rekordowym grobowcem. Razem z Kaziem należeliśmy do odłamu uznającego, że tutaj leży zamordowany Cygański Król.     

Gdyby nie symetryczny lekki spadek na boki, płyta nagrobna sprawiała wrażenie blatu stołu do ping- ponga. Tak Kaziu powiedział mi na ucho, ale od razu dodał, że nagrobek jeszcze bardziej przypomina mu wielki tapczan. Więc dzisiaj wokół tego cementowego, wielkiego tapczanu, zgromadził się liczny tłum cygańskich postaci. Płyta nagrobna pokryta została pojedynczymi chustami i kolorowymi makatami. Kobiety przeznaczały na pokrycie grobowca swoje wzorzyste chusty i jak obrusami pokryły blat tego cmentarnego stołu. Blat był tak duży, że trzeba było wielu chust, aby pokryć całą jego powierzchnie. Na nim jak na wielkim stole rozłożone były miski z jedzeniem i najważniejsze, że widzieliśmy piwne butelki z krachlowymi  korkami, a i wielkie samogonowe flachy z siwym napojem. Tuż obok, w oddzielnych miskach pełno było nasmażonych placków, niezbyt starannie pokrojony chleb, pocięte na wielkie porcje kawałki kiełbasy i smażone, chyba w ognisku kury. Słowem uczta na całego. Mężczyźni przeważnie wąsaci i w kapeluszach na głowach, stali wokół tego nagrobkowego stołu i zanim wznieśli toasty odlewali kilka kropel wprost na ziemię. Potem podnosili do ust resztę zawartości i tym sposobem rozlewany z butelek siwy płyn powoli znikał. Nawet niektórzy z biesiadujących pod gołym niebem, byli tak gościnni, że przechodzących obok częstowali kawałkami jakiegoś jadła. Nikt jednak nie dał się skusić na ten cygański poczęstunek, bo nikt nie weźmie przecież jedzenia podawanego prosto z ręki. Większość przechodzących obok z dużym zdziwieniem przyglądała się temu obrzędowi, bo póki cmentarz nie gościł Cygańskiego Króla, podobne obrzędy znane nam były tylko z „Dziadów” Adama Mickiewicza. Tam też w cmentarnej kaplicy w dniu Wszystkich Świętych nasi przodkowie zgodnie z ludową tradycją ucztowali razem z duchami. Kaziu nawet przypomniał cytat :

– „Nie chcecie jadła napoju,

zostawcież nas w spokoju.”

Kaziu lubił się popisywać wiadomościami, bo to pomagało mu przerabiać je na jakieś dowcipy. W tym był niedościgły.

 

                                                    *

Wracaliśmy między grobami przez roziskrzone zbocze. A kiedy zejdziemy w dół, już poza teren cmentarza, wtedy odwrócimy się, żeby zobaczyć wielką łunę świateł i kłęby ciemnego dymu. Wtedy też pomyślimy o tym, że wielki dym nad cmentarzem powstał z połączenia wszystkich pojedynczych zniczy, a wielka łuna powstała z pojedynczych ogników zapalonych na wszystkich grobach. I pomyślimy też o tym, że żal po stracie bliskich tak samo boli nas jak i Romów.  

Ale póki co wracamy przez roziskrzone zbocze obok wielkiego cygańskiego nagrobka. Ani śladu popołudniowej uczty. Mimo zmroku widzę na marmurowej tablicy oświetlone dopalającymi się zniczami nazwisko romskiego króla.


Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: