UCZTA BALTAZARA

Ludwik Lewin

 

 

 

 

 


Mój przyjaciel Mietek Szpirt, wielki duński nefrolog, czyli doktor od chorób nerkowych i układu moczowego, przysłał mi artykuł o mającej się otworzyć w Kopenhadze restauracji Alchemist (może już jest otwarta, gdy wyszedł ten numer Słowa).

Nie ma to być zwykły lokal, do którego przychodzi się coś zjeść i nie znajdzie się takich nawet wśród legendarnych oficerów Michelina, czyli knajp za jakość odznaczonych gwiazdkami – od jednej do trzech – w słynnym, uchodzącym za „biblię gastronomów” – przewodniku.

Szef Alchemika dał się już wcześniej poznać jako promotor nadzwyczaj oryginalnych, co nie znaczy, że zawsze smakowitych pomysłów, ale tym razem pomysł ma piramidalny, bo Rasmus Munk – to nazwisko tego kucharza – zamierza w swej nowej placówce proponować pięćdziesięciodaniowe obiady, których spożycie zająć ma gościom sześć godzin.

Alchemist to druga jego knajpa. W pierwszej, też Alchemiku, kraba z kartofelkami podawał w popielniczce, pod popiołem siennym. Do tatara z serca baraniego dodawał ulotkę z formularzem do darowania organów.

Na nowy lokal Munk – do spółki z bankierem inwestującym w gastronomię – zakupił trzypiętrową halę magazynową i urządził tam cztery kuchnie, w których pracować będzie trzydziestu kucharzy dla 44 wszystkiego gości.

Każdy z nich po przejściu przez trzynastometrowe wrota i trzykrotnym zmienieniu sali zostawi Alchemikowi 4300 koron, czyli około dwóch i pół tys. zł. Przedtem spróbuje wspomnianej pół setki dań kuchni „holistycznej”, jak nazywa swą sztukę duński szef. By nie rozwodzić się zbytnio nad teorią holizmu, zadowolmy się streszczeniem jego definicji: Całości nie da się sprowadzić do sumy jej składników.

A wśród składników będzie wyczulenie na problemy LGBT, czyli kochających inaczej, stosowanie antybiotyków w hodowli, marnotrawstwo żywności, ocieplenie klimatyczne i pewnie różne inne niepokoje rodzaju ludzkiego, o które artykuł nie zahaczył.

Wszystko w operowej scenerii zmonumentalizowanej nowoczesną technologią, dzięki której przed ucztującymi pojawiać się będą obrazy wielkich miast i wielkich przestrzeni naszego globu, co ułatwiać ma zarówno trawienie, jak i myślenie.

Czytając o duńskim monstrum gastronomii trawiłem jeszcze gaz łzawiący, jakim poprzedniego dnia policja rozpędzała demonstrantów na Placu Gwiazdy w Paryżu.  Nie byłem manifestantem, poszedłem jako reporter, a tak naprawdę, ciekawski.

Do pochodu wezwały „żółte kamizelki”, jak nazywa się ten oddolny, spontaniczny ruch, którego członkowie nakładają żółte, odblaskowe wdzianka, które francuski kodeks drogowy każe mieć w samochodzie, żeby je ubrać na wypadek konieczności wyjścia z wozu na drodze.

Na wypadek. Socjologowie szybko wytłumaczyli, że żółta kamizelka to genialny symbol, gdyż każdy ją posiada, widoczna jest nawet w nocy czy chce się na nią patrzeć, czy nie i alarmuje, że coś się stało, że coś trzeba ratować, i że naprawiać trzeba Francję.

Na Polach Elizejskich widziałem wielu ludzi w żółtych kamizelkach, którzy przyjechali do Paryża po to, by w rządowych pałacach stolicy usłyszano ich gniew i dostrzeżono zmęczenie trudną wegetacją. Bo w bogatej Francji mieszkańcy niewielkich miast i wsi ledwo wiążą koniec z końcem.

Ich wściekłość wywołało podwyższenie akcyzy na paliwa, wprowadzone w celu przygotowania „transformacji ekologicznej”, czyli ratowania świata przed zanieczyszczeniem atmosferycznym, powodującym globalne ocieplenie, które grozi końcem globu, przynajmniej dla ludzi.

Wiele „żółtych kamizelek” musi starym samochodem odprowadzać dzieci do odległej o kilometry szkoły, wozem muszą jechać do lekarza i na zakupy do supermarketu, bo w sąsiedztwie nie ma już sklepów.

„Żółte koszulki bardziej niż końca świata boją się końca miesiąca”, powiedział pewien uczestnik blokad.

Geograf Christophe Guilluy jest autorem wielokrotnie w tych dniach powtarzanego, terminu „Francja peryferyjna”, określającego stanowiących połowę ludności kraju, mieszkańców małych miast i wsi, którzy tylko ucierpieli na globalizacji.

W wywiadzie dla „le Figaro” zwrócił on uwagę, że protest „żółtych kamizelek” dotyczy wszystkich uboższych kategorii społecznych i wskazał, że ci, którzy „próbowali przedstawiać ruch jako niejednorodną zbieraninę nierozumiejących postępu ciemniaków, przegrali.

„Przede wszystkim jednak” – podkreślał geograf – „jesteśmy świadkami odzyskiwania świadomości przez klasy średnie”. Klasy, które jak twierdzi w wydanej ostatnio książce, na marginalizację i zanik skazuje liberalna polityka gospodarcza i globalizacja.

Gdy na Polach Elizejskich doszło do ataków na policjantów i aktów wandalizmu, władze głosiły, że to grupki skrajnie prawicowe zinfiltrowały ruch „żółtych kamizelek”, które dały się wciągnąć w chuligańskie wybryki. Nieco później twierdzono, że winę za te wykroczenia ponoszą lewicowi ekstremiści.

Pod Łukiem Triumfalnym pojawił się najpierw Alain Soral, prawicowy publicysta, który twierdzi, że „walka między narodem żydowskim a ludzkością musi być totalna i ludobójcza”. Był on już kilka razy skazany za „głoszenie nienawiści rasowej” i „kłamstwo oświęcimskie”.

Pośród „żółtych kamizelek”, sam w taką ubrany, krążył satyryk Dieudonné, który sławę zdobył antysemickimi wybrykami. Wymyślił on znak „pulpeta”, będący odwróceniem hitlerowskiego pozdrowienia, który przyjął się już jako znak rozpoznawczy żydożerców. Na publikowanych szeroko zdjęciach, widać otaczające Dieudonnego, „żółte kamizelki” w tej postawie.

Niektóre żydowskie media szybko doszły do wniosku, że „Żółte kamizelki” to ruch faszyzujący i antysemicki.

Filozof Bernard-Henri Lévy porównał je do lig faszystowskich, które w lutym 1934 r. ruszyły na francuski parlament, po drodze, podobnie jak współcześni demonstranci, starając się dostać do Pałacu Elizejskiego – siedziby prezydenta Francji. Zdaniem tego żydowskiego celebryty, okrzyki przedwojennych faszystów – „nie mamy rozkazów ani szefów” – niezbyt różniły się od tych, jakie wznosili członkowie ruchu „żółtych kamizelek”. „To zabawa z ogniem” ostrzegał, z ogniem języka i ogniem pamięci.

Nie panie BHL, „żółte kamizelki” to nie faszyści, a Francja i Europa nie cofają się do lat trzydziestych – odpowiedział Lévemu mieszkający od wielu lat w Izraelu publicysta, mecenas Pierre Lurçat. I przypomniał filozofowi, który odziedziczył fortunę, że Żydzi francuscy mają bardzo różne poglądy polityczne, że wielu z nich, tak samo, jak inni Francuzi, cierpi z powodu podwyżek podatków i paliwa, co powoduje, że wśród „żółtych kamizelek” nie brak i Żydów. Ustawianie ich z urzędu wśród tych co na górze i twierdzenie, że ich obowiązkiem jest popieranie władzy przeciw wszelkim ruchom ludowym („populistycznym” – pisze w cudzysłowie Pierre Lurçat) to błąd polityczny i może nawet moralne przewinienie – unosi się polemista.

Zgadzam się z oboma panami. A to dlatego, że czytałem lewicowe komentarze o słusznie antysyjonistycznej postawie „żółtych kamizelek”. I dlatego, że wszystkie sondaże, niezależnie od metod, jakimi były przeprowadzane, wskazują na powszechny wzrost antysemityzmu w Europie.

I na to, że Żydzi rzadko tylko traktowani są przez swych współobywateli jako rodacy.  Sporo o tym pisano przy okazji książki młodego profesora Harvardu, politologa Yaschy Mounka, robiącego wielką karierę syna marcowych emigrantów.

Autor wspominając swe dzieciństwo w Niemczech, analizuje stosunek Niemców do winy za szoa. I boleje nad tym, że choć niemiecki to jedyny język, jakim mówi bez obcego akcentu, to nigdy nie czuł się w Niemczech u siebie. Pomyślałem, że polski jest jedynym językiem, jakim mówię.

Mounk to prawie homonim nazwiska kopenhaskiego szefa od pięćdziesięciu dań. Między lękiem większości Europejczyków o to jak dotrwać do pierwszego i lękiem Żydów, jak przetrwać w golucie, jest czas na ucztę Baltazara.

Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ


Pierwodruk ukazal sie w

Slowie Zydowskim

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: