Peron

Zenon Rogula
                                                       pamięci Edwarda Stachury
Słońcem byliśmy!
Cieniem jesteśmy!
Słońcem będziemy!
Dziećmi swych dzieci…
 


 
 Głos dochodził dokładnie zza moich pleców. Ta ławka była dwustronna i miała jedno wspólne oparcie. Czyli dokładnie za mną, ktoś niezbyt głośno, i niezbyt wyrobioną dykcją nucił, a może śpiewał tę dziwną piosenkę. Po powtórzeniu tej wstępnej zwrotki, i niedbałym …tam, tam ,tam, tadi, tam, tam, zawiesił głos i całkiem już powoli … zaczął od początku…
Słońcem byliśmy!
Cieniem jesteśmy!
Słońcem będziemy!
Dziećmi swych dzieci

 

Czekałem na jakąś odmianę słów, na ciąg dalszy ciekawie zapowiadającej się treści piosenki, ale on nie następował. Odwróciłem się zatem powoli, żeby poznać przyczyny milczenia i choć o nic nie pytałem, usłyszałem:

 

          – Czekasz na ciąg dalszy? – nie patrzył mi w oczy, Twarz miał raczej pomiętą i widać było, że tej nocy nie spał zbyt dobrze. Oczy dość głęboko osadzone i brwi nad nimi, podtrzymywały poziome zmarszczki na czole. Był w nich i smutek i zachęta.
Zdążył się już odwrócić, posadził na miejscu obok siebie gitarę tak, że wystawała ponad oparciem ławki jej główka z rozczochranymi stalowymi strunami. Z tyłu jego głowy widziałem pukle kędzierzawych włosów, pochylony grzbiet okryty ledwo uniesionym kołnierzem, ni to strażackiej, ni to wojskowej kurtki.

 

          – Właśnie mam nadzieję na ciąg dalszy – ma pan bardzo ciekawy i wyjątkowo pasujący do tej piosenki głos. – sadziłem, że będzie to wystarczająca zachęta do kontynuowania tego nietypowego koncertu.
          – Może pan zaśpiewać dalszą część? – milczał wymownie, nawet sadziłem, że nie dosłyszał pytania.

 

Wstałem. Powoli obszedłem krótszą cześć ławki i usiadłem obok niego. Wstał jak oparzony. Zobaczyłem, że zbiera leżącą obok książkę, jakiś papiery. Wyraźnie widziałem zeszyt w kratkę z zapisanymi, powyginanymi stronami, jakąś kolorową chusteczkę, butelkę z niedopitym płynem i co najciekawsze w tej sytuacji, organki, ale nie takie tradycyjne, ale takie z klawiaturą, po prostu dmucha się w ustnik i naciska czarno białe klawisze. Zgarnął swój dobytek pośpiesznie i przesiadł się na moje wcześniejsze miejsce, a ja jeszcze wtedy niczego nieświadomy usiadłem na jego miejscu.

 

          – Dalszą cześć piosenki sam dobrze znasz. Musisz tylko pobiegać po swej wewnętrznej łące, w swojej wrażliwej porannej mgle i w słońcu… Piosenkę znają wszyscy inni lokatorzy tej ziemi, może ci kiedyś zaśpiewają… ja nie mam czasu na występy…- zresztą tej piosenki nie można przestać śpiewać.

 

Teraz wpół odwrócony zobaczyłem drobną postać i zarys twarzy człowieka mniej więcej w moim wieku, Twarz miał raczej pomiętą i widać było, że tej nocy nie spał zbyt dobrze. Oczy dość głęboko osadzone podtrzymywały poziome zmarszczki na czole. Był w nich i smutek i zachęta, a nade wszystko niepokój.

 

          – Czy mogę panu jakoś pomóc? – starałem się go nie urazić.
Czułem, że warto pochylić się nad tym osobnikiem, coś nieokreślonego pchało mnie w jego stronę. Od dłuższej chwili jakoś dziwnie chciałem zbliżyć się do tego człowieka. Może to fakt, że niespodziewanie przebywaliśmy w miejscu całkiem egzotycznym, może te nie odkryte jeszcze w pełni pokłady wrażliwości, a zwłaszcza ten wyczuwalny stan niepokoju, a może to wszystko razem wzięte, stawało się ważniejsze niż spóźnienie pociągu, które i tak na pewno wzrośnie.

 

          – Zapamiętaj to sobie raz na zawsze – nie patrzył na mnie. Cedził słowa, ale wyraźnie do mnie je kierował.
          – Człowiek to nie jest taka prosta istota, do której możesz podejść i pogrzebać w niej, bo nagle cię coś zainteresowało.
 
Człowiek to bardzo złożona i skomplikowana maszynka, dla której do tej pory nie ma instrukcji obsługi, bo nigdy nie będzie napisana, choć piszą ją od zarania dziejów. A bez znajomości podstaw jej funkcjonowania lepiej nie zbierać się do grzebania w jej wnętrzu, bo możesz potem jej z powrotem nie złożyć. A nie ma nic gorszego jak pozostawić rozgrzebaną zabawkę, bo pozostawione części nie wchodzą na swoje miejsce. Nic cię nie upoważnia, żeby tak ni stąd ni zowąd pytać kogoś – czy mogę jakoś panu pomóc? Jak ty mi możesz pomóc? Że niby co? Że dasz mi pięć złotych, albo powiesz, mi że jakoś to będzie? – zamilkł.

 

          – A może raczej powinieneś zapytać czy to ja mogę tobie jakoś pomóc. W czym ty jesteś lepszy i mocniejszy ode mnie. Że masz ładniejszą kurtkę i poukładane papiery w swojej aktówce? – znów zamilkł.
          – A może fakt, że jestem pensjonariuszem pewnego przybytku, a ty nie jesteś, stawia ciebie wyżej ode mnie? Mylisz się i to bardzo. Może minie jeszcze chwila i ty znajdziesz się tam na moim miejscu…
Przerwał i skupiony kiwał głową, jakby chciał jeszcze raz usłyszeć to, co powiedział przed chwilą. Byłem przygnieciony, byłem zakneblowany, byłem ogłupiały…

 

Patrzyłem w jego profil i nic nie przychodziło mi do głowy. Tymczasem on szybko jak oparzony wstał z ławki, chwycił gitarę, odwrócił się, i nerwowo sprawdzał, czy niczego nie zostawił. Wyraźnie zabierał się do odejścia.
         Patrzyłem na niego z zachwytem i przerażeniem. Pociągał mnie i przestraszał. Zanim odszedł spojrzeliśmy sobie w oczy. Jego były blade i ledwo widoczne spod ironiczne opuszczonych powiek, patrzył na mnie z lekceważeniem i niemal pogardą.
Wyraźnie byliśmy na krańcach tej samej sprawy. Poczułem się żaden. Patrzyłem za nim bez słowa. Jego postać zapadała się na stopniach peronowych schodów pod wielkim napisem „ Wyjście do miasta”.

 

          Poczułem dotknięcie na ramieniu. Stało przede mną dwóch mundurowych. Paski służbowych czapek oplatały ich brody.
          – Obywatel pójdzie z nami. Musimy sobie coś wyjaśnić – powiedział wyższy.
          – Dostaliśmy informację, że jest pan zbiegiem z pobliskiego zakładu psychiatrycznego. I lepiej, koleś, nie stawiaj oporu, bo zaraz trafisz tam skąd przyszedłeś – niższy był bardziej ostry.
– A gdzie twoja gitara, bo mówili, że z nią się nie rozstajesz, – właściwie po co ci gitara jak podobno śpiewasz tylko jedną piosenkę, – wyższy mówił całkiem spokojnie.
Kiedy wstawałem nadawano komunikat, że mój pociąg rzeczywiście powiększył spóźnienie.
 

Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: