Przylgnąć znaczy opętać. Sto lat „Dybuka”

Szymon An-ski (czwarty z lewej) z Trupą Wileńską, ok. 1919, fot. z archiwów YIVO Institute for Jewish Research, Nowy Jork

Przyslala Rimma Kaul


Jego dusza opuściła ciało, zanim zdołał zobaczyć na scenie najważniejsze dzieło swojego życia. Szymon An-ski nie widział więc, jak prapremiera jego „Dybuka” wprowadza międzywojenną Warszawę w „psychozę”. Tymczasem motyw zbłąkanej duszy, która zajmuje żywe ciało, wędruje niestrudzenie do dziś. Krall, Warlikowski, Wajda, bracia Coen – wszystkich ich łączy opętanie.

Krew i duch

Kiedy zwierzę wykrwawi się do ostatniej kropli, można mieć pewność, że jego dusza opuściła już ciało. Ciało to staje się wtedy mięsem, a czująca istota – posiłkiem, który Żyd może zjeść ze spokojem ducha. „Bo życie ciała jest we krwi”, czytamy w Księdze Kapłańskiej. To w zgodzie z jej słowem dokonuje się szechity – judaistycznego uboju rytualnego. Ów koszerny sposób pozbawiania zwierząt życia, polegający na szybkim i zdecydowanym przecięciu arterii gładkim ostrzem rzezaka, ma swoje źródła w wierze w gilgun – wędrówkę dusz. Te zaś, w trakcie swojego błądzenia, mogą rezydować nie tylko w ludziach, ale także w ssakach i ptakach, których ortodoksyjni Żydzi nie zjedzą, o ile nie zostaną zabite zgodnie z religijną doktryną. 

Głęboka kabalistyczna wiara w metempsychozę związana jest z przekonaniem o konieczności wypełnienia swojego przeznaczenia. Każda dusza ma w życiu doczesnym swoje zadanie, a kiedy nie zdoła go ukończyć przed śmiercią ciała – powraca w innym ciele. Niekiedy kontynuacja ziemskiej misji związana jest z popełnieniem jakiegoś grzechu. Kolejne inkarnacje duszy stanowią wówczas przestrzeń stopniowego jej oczyszczania i są szansą naprawienia dawnych przewin. Arystoteles, którego myśl miała istotny wpływ na rozwój filozofii żydowskiej, twierdził, że każda dusza niesie swoją entelechię, czyli wewnętrzny cel bytu. 

"Dybuk", Maurycy (Ephraim Moses) Lilien, ilustracja z Księgi Hioba, fot. Wikimedia Commons

„Dybuk”, Maurycy (Ephraim Moses) Lilien, ilustracja z Księgi Hioba, fot. Wikimedia Commons

Dusze zmarłych wracają na ziemię, ale nie jako duchy bez ciała. Są takie dusze, które nim osiągną oczyszczenie, muszą przejść przez kilka ciał. […] Grzeszne dusze w swojej wędrówce wstępują często w ciała zwierząt, ptaków, ryb, a nawet roślin.

– mówi Meszułach, tajemniczy boski posłaniec, bohater dramatu Szymona An-skiego. Na świecie nie mamy zatem do czynienia z cudownym powstawaniem nowych dusz, lecz wiecznym powrotem nieucieleśnionej, boskiej cząstki istnienia. Ale owa transmigracja przybiera czasem nieharmonijną, upiorną formę. Dusze, które nie mogą znaleźć ukojenia i błąkają się niespokojne, przejmują „zajęte” już ciało. Wkraczają w żywą osobę jako dybuk. „I w ten sposób osiągają swoje oczyszczenie”, mówi Meszułach. 

Szymon An-ski, portret, fotografia ze strony tytułowej książki "Zniszczenie Galicji" Sz. An-skiego, 1928, fot. Biblioteka Narodowa Polona

Szymon An-ski, portret, fotografia ze strony tytułowej książki „Zniszczenie Galicji” Sz. An-skiego, 1928, fot. Biblioteka Narodowa Polona

Reisefieber

Opętanie kwestią opętania przyszło do An–skiego prawdopodobnie około roku 1911. Wtedy miał już za sobą kilka lat obmyślania planu realizacji „najdroższego marzenia swojego życia”, czyli wyprawy etnograficznej do sztetli na Wołyniu i Podolu – miasteczek wzorcowo obrazujących żydowską, wspólnotową codzienność. Obfitość tamtejszego folkloru An-ski traktował ponoć jako „Torę ustną”, czyli niespisane, tradycyjnie przekazywane uzupełnienie Pięcioksięgu. Wyprawa do strefy osiadłości (wydzielonego obszaru Imperium Rosyjskiego, który wolno było zamieszkiwać Żydom) była dla An-skiego nie tylko wyrazem jego badawczych ambicji, ale i misją tożsamościową, procesem zbierania cennych odłamków własnej kultury, którą chciał ocalić od zapomnienia.

Objazd An-skiego był nieco wcześniejszy niż ten, w który w 1914 roku wyruszył Bronisław Malinowski (i któremu do pewnego momentu towarzyszył Witkacy). „Czas na coś szczęśliwszego!”, miał napisać An-ski w liście do przyjaciela, filozofa Chaima Żytłowskiego, kiedy rozpad jego małżeństwa zbiegł się z najintensywniejszą fazą przygotowań do ekspedycji. Było dla niego kluczowe, by opowieści i melodie zbierać bezpośrednio u starych mieszkańców sztetli, nie u emigrantów w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej. 

Marzenie to okazało się drogie nie tylko w metaforycznym sensie, dlatego An-ski intensywnie poszukiwał sponsora. Wreszcie do objęcia ekspedycji mecenatem udało mu się przekonać barona Vladimira Ginzburga (Gintsburga), syna finansisty i filantropa, który zbił fortunę m.in. na produkcji cukru buraczanego. Od barona otrzymał nie tylko dziesięć tysięcy rubli, ale i niemal przyjacielskie wsparcie, o czym świadczy ich wzajemna korespondencja. W jednym z listów do Ginzburga An-ski dzielił się targającym nim niepokojem połączonym z ekscytacją, książkowym wręcz przykładem reisefieber:

Jestem silnie poruszony, jak przed czymś wielkim i nieznanym. Jak to będzie? Czy uda mi się zdobyć zaufanie tych biednych, prostych ludzi, z których sam wyrosłem, ale od których oddaliłem się tak bardzo ostatnimi laty? Chwilami jestem przerażony. Ale jednocześnie czuję ogromną radość w duszy. 

Szymon An-ski prowadzący kwerendę wśród  mieszkańców sztetli, 1912, fot. Wikimedia Commons

Szymon An-ski prowadzący kwerendę wśród  mieszkańców sztetli, 1912, fot. Wikimedia Commons

Calosc TUTAJ

One Response to “Przylgnąć znaczy opętać. Sto lat „Dybuka””

  1. Ewa Korulska 27/08/2020 at 00:27

    Fantastyczny tekst i zdjęcia, wyjątkowo ciekawe opracowanie.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: