Hanna Krall: Są sceny z mojego dzieciństwa, których nie życzę sobie pamiętać. Odsuwam je od siebie


Hanna Krall: Są sceny z mojego dzieciństwa, których nie życzę sobie pamiętać. Odsuwam je od siebie (Jacek Domiński/Reporter)Każdy ma swój sposób na odsuwanie rzeczy, których się nie chce pamiętać. Przeważnie nie chce się pamiętać upokorzenia, własnego poniżenia, zwłaszcza tego, którego się doświadczyło w dzieciństwie. Upokorzone, obrażone dziecko to straszna rzecz. Rozmowa z Hanną Krall, reporterką.


WYWIAD Michał Nogaś

Michał Nogaś: Pamięć to dar czy przekleństwo?

Hanna Krall: Jedno i drugie. Dar może być przekleństwem. Zastanawiam się, czy można wpływać na pamięć, czy można postanowić, że się czegoś nie będzie pamiętało. Myślę, że tak. I wtedy z tym przekleństwem człowiek daje sobie radę.

Wyprzeć niektóre zdarzenia, w których brało się udział?

Zawstydzającą głupotę albo grzech. Chociaż nie każdy grzech chce się wyprzeć.

Chaskel Besser, stary mądry rabin, powiedział mi, że jeśli żałujemy za grzechy nie ze strachu przed karą, ale z miłości do pokrzywdzonego, to winy będą nam wybaczone. A nawet, kto wie, może na Sądzie zamienią się w dobry uczynek.

Dlaczego pan na mnie tak patrzy, nie ma pan grzechów? Nigdy nie zrobił pan niczego głupiego? Ja mam, wobec mojej mamy, dla której miałam za mało czasu. Wcale tych grzechów nie przeganiam, tylko mam nadzieję, że zostaną kiedyś zamienione w dobry uczynek. Albo – przynajmniej – będą mi wybaczone.

Jest oczywiście taka pamięć, której nie chce się pamiętać. Pamięć o zbrodni. W Niemczech przez lata toczyła się walka o to, by tę pamięć przyjąć do wiadomości. Wiem, bo kiedyś często w Niemczech bywałam. Chcieli słuchać moich opowieści, a ja mówiłam: „Dlaczego mnie pan pyta? Proszę swojego ojca spytać, albo dziadka. A jeśli dziadek nie będzie miał o niczym pojęcia – bo to się zdarza niemieckim dziadkom – proszę spytać dziadka tej pani obok”

Po spotkaniu przeprosiłam panią obok, że posłużyłam się jej przykładem. Powiedziała: „Dobrze pani trafiła, mój dziadek był oficerem SS”.

Ta zbiorowa pamięć o rzeczach strasznych to już nie jest sprawa dla reportera, raczej dla psychologa społecznego, psychiatry, polityka. My o takiej pamięci nie mówimy, prawda? O pamięci narodu. Nie, nie mówmy, bo od razu zniesie nas w polską pamięć i niepamięć.

W przypadku Polski mamy raczej ostatnio do czynienia z wymazywaniem.

Mam czasami wrażenie, że aktualna polityka historyczna jest walką z pamięcią prawdziwą.

Prowadzi pani ćwiczenia z własną pamięcią?

Ćwiczenia mogłyby polegać na nauce wierszy na pamięć. Kiedyś to robiłam, za przykładem mojej cioci. Ciocia Jasia znała całego Mickiewicza. Miała wielką księgę, przedwojenne wydanie z cienkimi jak bibułki stronami, z dwiema szpaltami na każdej stronie. Dźwigała ją ze sobą przez całą wojnę. 19 sierpnia w ’42 roku czytała mi na głos „Lilije”. W Radości to było, chyba bliżej Miedzeszyna. Mówiła:

Wtem drzwi kościoła trzasły,
Wiatr zawiał, świece zgasły,
Wchodzi osoba w bieli.
Znany chód, znana zbroja,
Staje, wszyscy zadrżeli,
Staje, patrzy ukosem…

Za oknem było słychać szurgot setek, tysięcy nóg ludzi, którzy szli do Falenicy, do wagonów, a ja umierałam ze strachu, bo weszła osoba w bieli i patrzy ukosem. Jest zresztą ta scena w „Wyjątkowo długiej linii”.

Mówi pani, że nie pracuje nad pamięcią, a właśnie wyrecytowała mi „Lilije”…

Od tamtej pory to pamiętam. Od 19 sierpnia.

A co, gdy – jak każdego z nas – pamięć czasem panią zaskakuje? Nagle pojawia się jakiś obraz, wspomnienie z przeszłości. Zamazane, ale rozpoznawalne.

Złe wspomnienie? To staram się odwrócić uwagę czymś innym. Na wsi przychodzi mi to z łatwością, idę pielić coś, kosić, podlewać, siać. To mnie absorbuje bez reszty.

Każdy ma swój sposób na odsuwanie rzeczy, których się nie chce pamiętać. Przeważnie nie chce się pamiętać upokorzenia, własnego poniżenia, zwłaszcza tego, którego się doświadczyło w dzieciństwie. Upokorzone, obrażone dziecko to straszna rzecz. Nie wiem, czy ludzie dorośli zdają sobie sprawę z tego, jakie to dotkliwe i bolesne.

Są sceny z mojego dzieciństwa, których nie życzę sobie pamiętać. Odsuwam je od siebie. Są to właśnie sceny poniżenia. Zresztą może wcale nie byłam wówczas poniżana, ale tak to odczuwałam. Ale może i byłam. Mówiłam kiedyś Barbarze Engelking, że to poczucie poniżenia dzieci, dorosłych, całego narodu jest niedocenione. Być może ludzie uważają, że to jakieś luksusowe uczucie? Na tle tego wszystkiego, co się działo w czasach wojny.

Mam wrażenie, panie Michale, że w polskiej świadomości sprawa żydowskiego poniżenia nigdy nie została nazwana.

Dlaczego?

Nie wiem, ale w Żydach bardzo głęboko tkwi ta pamięć. I myśl, że świat o tym nie chce wiedzieć, jest dość bolesna. W polskiej pamięci jest przestraszony Żyd i szlachetny, odważny Polak. Żyd, którego trzeba ratować, i Polak, który ratuje. W „Sublokatorce” jest wątek jasności i ciemności. Los „jasnych”, lepszy los, polega na tym, że można kogoś ratować, a gorszy – że trzeba być ratowanym.

Żydzi nie lubią o tym mówić, a Polacy… Może Polakom nie przychodzi to na myśl? Pamiętam czyjąś relację – scenę, w której Polak ratuje Żyda, prowadzi go w bezpieczne miejsce. Ktoś opowiadał o tym ze zrozumiałą dumą. Jego syn czy siostrzeniec, taki wspaniały, odważny, musiał tego Żyda ciągnąć, bo taki był zastrachany, że ledwie się na nogach trzymał. Wspaniała, bohaterska polska wersja wydarzeń. Żydzi nie życzą sobie takiej pamięci o sobie. TYLKO takiej. Ale innej pamięci nie ma.

Spytałem o pamięć i pracę z nią, bo pani nowa książka „Synapsy Marii H.” zaczyna się od zdania, że jest to „opowieść o pamiętaniu i niepamiętaniu”. Książka, której miało nie być, bo prawie dekadę temu, po „Białej Marii”, powiedziała pani, że już niczego więcej nie napisze…

Jak życie mówi mi: masz jeszcze coś do zrobienia… Jak ludzie i zdarzenia wręcz natarczywie domagają się zapisania, to co? Mam udawać, że nie słyszę, nie widzę?

W jaki sposób historie domagają się czegoś od Hanny Krall?

Telefonami, listami, mejlami, SMS-ami. Opowieściami – ktoś o kimś mi opowiada.

Z Marysią Twardokęs-Hrabowską, która jest jedną z bohaterek „Synaps”, znamy się od lat 70., od „Kataru siennego”, który w 1981 roku z całą książką poszedł na przemiał. Była nauczycielką w okolicach Dąbrowy Górniczej. Była w „Solidarności”, wspierała strajk, siedziała w więzieniu. Wyjechała do Stanów i wyszła za mąż. Nie miałam pojęcia, za kogo, tym bardziej nic nie wiedziałam o rodzinie jej męża. Okazało się, że był emigrantem 1968 roku i przysłał mi wspomnienia swojej matki. A może nie on, może jego matka, pani Maria? Nie pamiętam.

Zajrzałam do tych wspomnień i pomyślałam sobie, że znowu ktoś chce mi przypomnieć, że kiedyś było dobrze i szczęśliwie, że była babcia, dziadek, ciocie. Bo była tam ciocia, piękna i nieszczęśliwa, która wyszła za mąż za nieodpowiedniego człowieka. Taką piękną, dobrą i mądrą zaczął zdradzać zaraz po ślubie, wróciła więc do rodzinnego domu, do Włocławka. Czytałam to i myślałam, ileż to takich zdradzanych cioć było, ilu nieodpowiednich mężów, i odłożyłam ciocię Anię do teczki. Leżała miesiącami, po czym dostałam pocztą kolejne wspomnienie. Było w nim getto warszawskie, Umschlagplatz.

Zaintrygowało mnie trzecie piętro, o którym pisała pani Maria, bo znam je przecież z własnej książki, ze „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Na tym samym trzecim piętrze Marek Edelman był świadkiem, jak Ukraińcy gwałcili dziewczynę, która zresztą przeżyła wojnę. Marek mówił, że wyszła za mąż, miała dzieci, była bardzo szczęśliwa, a ja do dzisiaj w to nie wierzę. Jestem pewna, że wymyślił to, żeby mnie pocieszyć. W tym samym budynku, w którym dziś mieści się szkoła, na pierwszym lub drugim piętrze doktor Inka Świdowska, czyli Adina Blady-Szwajger, podawała dzieciom morfinę, żeby się nie obudziły. I do tego budynku, na trzecie piętro trafiły ciocia Ania, jej mama, czyli babcia pani Marii, ona sama i córka cioci. Mała rodzina. Nie zmieściły się do wagonu, zagnano je dość późno na Umschlagplatz, pociąg był przeładowany i odjechał bez nich. Czekały na następny transport.

I tu pojawiło się pamiętanie i niepamiętanie. Bo Marysia wielokrotnie mi pisała, że matka jej męża nie pamięta. Wie, ale nie pamięta… Wiedziała, jak zginęła jej matka, ale nie pamięta. Wiedziała, że trafiła na Umschlagplatz, ale nie pamięta jak. Wie, że wydostała się z Umschlagplatzu, tylko nie za dobrze pamięta, w jaki sposób. Ale pamięta, że pojawił się tam wuj Maks.

Gdy to usłyszałam, coś mi zaświtało w głowie. Przeczytałam uważnie jej wspomnienia z Umschlagplatzu. Potem wróciłam do Włocławka. I okazało się, że w środku nocy na trzecim piętrze pojawił się żydowski policjant, który je wyprowadził z placu. Miał pewnie chody u polskich albo żydowskich policjantów. Może u Niemców. Wyprowadził je. I tym policjantem był wujek Maks, nieodpowiedni mąż cioci Ani. Pomyślałam: nie, to przecież nie jest możliwe. To tylko Wielki Scenarzysta mógł wymyślić.

Paweł Goźliński napisał w „Książkach. Magazynie do Czytania”, że ja w „Synapsach” zrezygnowałam już z ingerencji Wielkiego Scenarzysty. Nic podobnego. W „Synapsach” jest jeszcze jedno potwierdzenie jego istnienia.

Czy pan to sobie wyobraża? Nagle, w środku nocy, cztery czy pięć lat po przedwojennym Włocławku nieodpowiedni mąż pojawia się i ratuje. Pana by to nie zaskoczyło?

Wojnę przeżyła tylko pani Maria. Wujek Maks nie przeżył wojny, ciocia Ania nie przeżyła, córeczka cioci Ani też nie przeżyła. Tylko pani Maria. Jeżeli pan teraz zapyta, dlaczego właśnie ona, i jeśli będzie pan sugerował, że przeżyła, by mi o tym opowiedzieć, to będę uważała, że się posuwamy za daleko.

Opowieść o Maksie, nieodpowiednim mężu, który nagle wyprowadza rodzinę swojej żony z Umschlagplatzu, była impulsem do napisania „Synaps Marii H.”? Momentem, w którym złamała pani daną sobie samej i czytelnikom obietnicę?

Tak. Ale też chwila, w której uprzytomniłam sobie, że pani Maria przeżyła Zagładę w najokropniejszej wersji, przeżyła Umschlagplatz, a potem przeżyła atak na World Trade Center. Zeszła z pierwszej płonącej wieży. Czytałam jej relację z tego dnia i wszystko zaczęło się łączyć. Bo ja wiem, jak ludzie szli w pochodzie w getcie na plac. Szli kolumną, posuwali się noga za nogą. I tak samo schodzili po schodach ci z płonącej wieży. Na kolejnych piętrach przybywało ludzi, tworzyli kolumnę. Tylko że jedna pani Maria w całym tym towarzystwie wiedziała, jak się idzie w podobnej kolumnie.

To jest dopiero interwencja Wielkiego Scenarzysty! Kobieta, która przeżyła Umschlagplatz, ocalała 11 września…

W „Synapsach” pokazuje pani, jak pamięć wraca do pani Marii. Jak walczy z nią, jak próbuje opowiedzieć o tym, co widziała i co przeżyła, innym – synowi, jego żonie. Ale nie do końca jej się to udaje.

Pani Maria przyjeżdża do domu Marysi, jadą do biblioteki i w dziale z dużym drukiem od razu wypożycza siedem, osiem kryminałów. I zamyka się z nimi w pokoju. Czyta. Od czasu do czasu streszcza, co przeczytała, potem nagle mówi: „Ten mężczyzna przyjechał z jakiegoś miasteczka. Z małym dzieckiem, nikt nie wiedział, skąd są. Sypiali na klatkach schodowych”.

Jej mama dawała temu mężczyźnie wodę z ugotowanych klusek. W pierwszej chwili nie wiadomo, jaka klatka, jakie kluski. Chociaż woda z ugotowanych klusek już brzmi znajomo. Mija kilka godzin. Może dni. Pani Maria znowu otwiera drzwi pokoju, w którym czyta kryminały, i mówi: „Kto będzie go pamiętał, jak mnie nie będzie? Mężczyznę z dzieckiem. Którego nie znał nikt na całej Zamenhofa i chyba nawet w całym getcie, bo przyjechał z jakiegoś miasteczka”. Padają słowa „na Zamenhofa”, „w całym getcie” i już nie ma wątpliwości.

Historie opowiedziane w „Synapsach Marii H.” przyszły do pani w listach, mejlach, faksach, wspomnieniach. Jak się pracuje z takim materiałem?

Notuję sobie. Przepisuję. Ja muszę wszystko przepisać swoją ręką, swoim długopisem, do swojego zeszytu. Przepisane brzmi inaczej. Wtedy dopiero widzę i słyszę.

Przepisywałam różne fragmenty listów Marysi. Że dżem z kwaśnych wiśni najlepiej jeść ze świeżym chlebem i świeżym masłem. Że najlepsze masło było w tąpkowickiej mleczarni. Potem sprawdzałam na mapie – Tąpkowice, owszem, są. Mleczarnia jest.

A potem to wszystko ubrała pani w – jak zawsze – krótkie, minimalistyczne zdania.

Po co miałyby być dłuższe, skoro mogą być krótsze? Ważne, by zmieściło się w nich to, co najważniejsze. Nie ma sensu się rozpisywać i utrudniać życia czytelnikowi.

Krążymy w tej rozmowie wokół pamięci. Pani jest reporterką…

…dzięki ludziom, którzy chcą mi swoją pamięć powierzyć. Dzięki ich synapsom.

Synapsy panią fascynują?

Synapsy w głowach ludzi? Tak. Ciekawe jest to, co wydobywa się z pamięci przy kolejnych rozmowach. Jak pamięć się porusza. Jak kręgi na wodzie. Jedne obrazy przywołują kolejne. To widać w mojej korespondencji z Marysią. Zasypywałam ją pytaniami. A gdzie rosło to, a gdzie tamto? Gdzie była mleczarnia? Gdzie rosły grzyby, które zbierał ojciec Hani, żeby robić najlepsze gołąbki? I Marysia sobie wszystko powoli przypominała. Te grzyby rosły koło Pogorii. Ale której, bo są cztery? Tej nad Przemszą. Brałam mapę, szukałam, gdzie rosły grzyby do gołąbków ojca Hani.

Kolejne osoby opowiadają pani o sobie i swoich najbliższych, bo?

Bo ludzie chcą być zapamiętani. Istnieje potrzeba pamiętania, ale istnieje też bardzo głęboka potrzeba bycia zapamiętanym. Całe Archiwum Ringelbluma wzięło się przecież z tej potrzeby.

Ludzie, powierzając mi swoje historie, dają sobie tę szansę bycia zapamiętanym. Nie wiedzą, co ich czeka – że praca z takim reporterem to męka. Najlepiej przekonała się o tym Izolda Regensberg z „Król kier znów na wylocie”. Mówiła: „Była torebka”. Na co ja: „Tak, ale ja o innej napiszę. Pani miała torebkę ze świńskiej skóry, ale ja pani dam torebkę mamy Izy Cywińskiej”. Na co Izolda: „Pani Hanno, pani mi odda moją torebkę!”. Na co ja: „Nie, pani Izoldo, nie oddam pani torebki, ta będzie lepsza”.

Potem zastanawiałam się, czy to w porządku, że zamieniłam te torebki. Uspokajałam się, że ta opisana też była prawdziwa, była torebką mamy Izy, ale elegancką, przedwojenną, kupiona u Hersego. Uważałam, że dla książki tak będzie lepiej. Nie miałam wątpliwości ani wyrzutów sumienia.

A być może jest tak, że pani nie prowadzi ćwiczeń z pamięcią własną, bo bardzo panią zaabsorbowała pamięć innych?

Nie, nie. Jest w tym coś innego. Cudza pamięć zastępuje mi moją własną. A ta moja własna to już nie jest pamięć, tylko niewiedza. Bardzo niewiele wiem o mojej rodzinie. O moich babciach na przykład, wobec tego bardzo lubię opowiadać o babciach cudzych. Te cudze babcie trochę mi zastępują moje własne. Których, tak się złożyło, nie zdążyłam poznać.

Ale podała mi dziś pani kawę w szklance postawionej na talerzyku z serwisu dziadka.

Dziadka i babci. Ciocia Jasia zdołała w czasie wojny uratować różne bardzo cenne rzeczy. Na przykład cylinder dziadka uratowała. I ten serwis, który dziadek sprezentował babci. Ładny, z granatowym szlaczkiem. Cylinder był ważny, bo dziadek był w nim na ślubie swojego brata. I jeszcze ocaliła kopiał. Dziadek był przedstawicielem czterech bodaj towarzystw ubezpieczeniowych i całą korespondencję, zresztą w paru językach, pisał z kopią. Ciocia Jasia uratowała tę księgę, bo uważała, że może się przydać po wojnie. Fragmenty tej korespondencji znalazły się w mojej „Wyjątkowo długiej linii”. Dziadek mieszkał na trzecim piętrze w kamienicy przy Złotej 2. I stamtąd jest ten talerzyk, na którym pan stawia kawę. Dowód na istnienie babci i dziadka.

Babcia, jeżeli pana to interesuje, umarła w piwnicy w powstaniu warszawskim. Po prostu nie miała już ochoty dalej żyć, bo co to była za przyjemność dla starszej kobiety siedzieć o głodzie w piwnicy?

Bardzo bym chciała, żeby moja córka ten serwis wzięła, ale ona nie chce. Może wnuk?

Skoro wspomniała pani pracę z Izoldą Regensberg, to zapytam: czy konsultowała się pani z Marią Twardokęs-Hrabowską, pisząc „Synapsy Marii H.”?

Ja się nie konsultuję z bohaterami moich książek. Mowy nie ma. No skądże, panie Michale. Oni nie mogą się wtrącać.

Książka „Zdążyć przed Panem Bogiem” powstała wyłącznie dzięki temu, że jej bohaterowi zabroniłam się wtrącać do gotowego tekstu. Był zbulwersowany. Niech pan sobie wyobrazi, że człowiek nagle czyta o sobie, że nosił czerwony sweter. Jeden z dowódców powstania – i sweter. A ja nie dość, że sweter, to jeszcze napisałam, że dwa pasy miał na nim. Marek się załamywał i prosił: „To chociaż dopisz, że na tych pasach były dwa rewolwery…”. A, dwa rewolwery – jak najbardziej. Kazał mi wykreślić zdanie: „Słuchaj, jak ja wyglądałem”. A ja wiedziałam, że zdanie: „Słuchaj, jak ja wyglądałem”, to już jest moja książka. Że już ją mam napisaną.

Całą?

Przecież w tym jest wszystko. Młodość chłopaka, który wyszabrował z czyjejś walizy świetny sweter, ma na nim dwa pasy na krzyż, latarkę i dwa rewolwery. Wyobraża pan sobie ten sznyt?

Czyli Marysia nie ingerowała.

Nie mogła, bo nie znała książki. Jak już była napisana, to zadzwoniłam do niej. Jestem jednak przyzwoitą osobą. Z czego pan się śmieje? Nie podoba mi się ten śmiech. Przeczytałam jej książkę przez telefon.

Bała się pani jej reakcji?

Trochę się bałam, bo w tej książce jest dużo szczegółów, to kwiaty, to grzyby, to masło, to chleb. Marysia mi kiedyś napisała, że była na Wigilii u innych polskich emigrantów i ktoś przy kolacji opowiadał o chłopaku, który cudem dostał paszport i przyjechał do Ameryki do ojca. I ciągle mówił o chlebie z Ligoty, tęsknił za nim. Wreszcie ojciec pojechał gdzieś na północ Stanów i przywiózł chleb, który trochę ten ligocki przypominał. Chłopak aż się rozpłakał z radości, a ja już wiedziałam, że muszę ten chleb zdokumentować. Pomogła mi wybitna reporterka radiowa ze Śląska Anna Sekudewicz. Skontaktowała mnie z panem Aleksandrem Hanslikiem, Ślązakiem, informatykiem, muzykiem i melomanem. Długo rozmawialiśmy przez telefon i wszystko, co jest w „Synapsach” o ligockim chlebie, wiem od pana Aleksandra.

I jeszcze wiem od niego o Marii Judinie, genialnej rosyjskiej pianistce i mistyczce, która każdy koncert kończyła recytacją wierszy Borysa Pasternaka, zakazanego w Związku Radzieckim poety i pisarza. Darowano Marii Judinie Pasternaka, nie zastrzelili jej w 1937 ani w 1940 roku, bo Stalin zakochał się w jej wykonaniu koncertu Mozarta. Poprosił zresztą o płytę z tym wykonaniem, a jak się okazało, że płyty nie ma, NKWD obudziło Judinę w nocy, zawiozło do studia, sprowadzono orkiestrę i zarejestrowano koncert. Rano Stalin dostał płytę. Gdybym jeszcze „Synapsy” dokumentowała, tobym i o Judinie napisała, bo pan Aleksander teraz tylko o niej mi pisze.

Gdy już mowa o dokumentacji… Jest w „Synapsach” krótki rozdział o Zamenhofa 26, o świecie, który „był”. Pisze w nim pani ze szczegółami o mieszkańcach kamienicy, o ich zawodach. Skąd ta wiedza?

Uczcijmy tu z imienia i nazwiska Dorotę Szymborską, genialną dokumentalistkę. Przywlokła mi do domu stosy wycinków z przedwojennych gazet, każdą wzmiankę o Zamenhofa 26. Kto z kim się kłócił, kto kogo okradł, kto nosił jakie futro. Znalazła też książkę Klary Mirskiej, która mieszkała w tej kamienicy i w Paryżu opublikowała książkę w paruset egzemplarzach.

Kiedy doszła pani do wniosku, że „Synapsy Marii H.” są gotowe?

Kiedy już mi się nie chciało przepisywać kolejnych wiadomości od Marysi. To był znak, że już, że wystarczy, że teraz czas na pisanie. A jak zaczynam pisać, to wszystko się pojawia, zbliża, odnajduje i łączy ze sobą.

I znów pani powie, że to ostatnia książka?

Wszystko, co miałam usłyszeć, już usłyszałam. Wszystko, co mi świat podsunął, już napisałam. To ważne, panie Michale – co podsunął mi świat, nie to, co zasługuje na zapisanie. Bo to, co zasługuje, nigdy się nie skończy.

Ostatnia książka – nieładnie to brzmi. Ostatnia książka, ostatnia niedziela… Strasznie jakoś. Mam wrażenie, że niczego już nie napiszę. Może tak?

Ostatnie pytanie. Chodzi za mną od lat. Dlaczego pani wierzy w Boga, skoro tak wielu pani bohaterów po tym, co przeszli…

Przestało wierzyć?

Tak.

Ale ja się, panie Michale, nie muszę zgadzać z moimi bohaterami. Nie muszę.

Hanna Krall – reporterka, przez lata (do stanu wojennego) związana z „Polityką”, a po 1989 r. z „Gazetą Wyborczą”, autorka książek, m.in.: „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Sublokatorka”, „Biała Maria” i najnowszej „Synapsy Marii H.” (Wydawnictwo Literackie)


Hanna Krall: Są sceny z mojego dzieciństwa, których nie życzę sobie pamiętać. Odsuwam je od siebie

One Response to “Hanna Krall: Są sceny z mojego dzieciństwa, których nie życzę sobie pamiętać. Odsuwam je od siebie”

  1. Elżbieta Tracewicz 12/10/2020 at 12:12

    Dziwna sprawa. Znam.p. Marię (Maja) Hrabowska (matkę męża p. Marysi) osobiście od ponad 30 lat. Wiem, że pisała do szuflady i nie chciała publikacji. Pisała to dla własnych dxieci. Dobrze byłoby, gdyby ten wywiad i informacje o niej były jej znane. Ona nie uzywa fb, ale docierał do nie na email Dziś Miś.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: