Andrzej Szpilman: Muzeum Polin nie umieściło moich pamiątek po ojcu na żadnej ekspozycji

Przyslala Rimma Kaul


Nie mógł się pogodzić z tym, że jego rodzina na Umschlagplatz nie miała wody, a on może jej mieć teraz ile tylko chce. Zadręczał się i nie pił. Ofiary Holokaustu ponoszą dwukrotnie karę za to, że straciły rodzinę i że nie zdołały jej uratować – wspomina Andrzej Szpilman, syn słynnego kompozytora i pianisty.

Fortepian Władysława Szpilmana został właśnie sprzedany na aukcji za ponad milion złotych. Syn przygotowuje 90-minutowy film o ojcu, ocalonym z getta i słynnym „Warszawskim Robinsonie”. Na Broadwayu ma się odbyć premiera „Pianisty” na podstawie wspomnieniowej książki kompozytora, a niedawno ukazała się książka Haliny Szpilmanowej „Żona Pianisty”, suplement do opowieści jej męża Władysława.

TYGODNIK TVP: Z kim pan przyszedł?

ANDRZEJ SZPILMAN
 (trzyma na rękach małego pieska): To jest Nela. Ma sześć lat. Waży 970 gram i jest yorkiem idealnym do noszenia w kieszeni.

Pana ojciec lubił zwierzęta?

Bardzo. Rodzice mieli przed laty psa, który im zniszczył meble i dywany. A wiele lat później pojawił się w naszym domu, mimo początkowych silnych sprzeciwów ojca, kolejny pies, którego kupiłem na bazarze. To był kundelek, straszny psotnik. I to był właśnie ten najukochańszy pies taty. Spał u niego w łóżku, tańczył dla niego. Wabił się – a właściwie wabiła, bo to była suczka – Kika.

Ojciec codziennie między 8 a 12 ćwiczył na fortepianie. Kiedy zaczynał grać ballady Fryderyka Chopina, to był jedyny moment, kiedy Kika zaczynała po swojemu śpiewać, a właściwie niemiłosiernie wyć. Po chwili tych jej śpiewów było słychać trzaśnięcie drzwiami i koniec wycia. To był stały element tej ich artystyczno-zwierzęcej przyjaźni. Trzaśnięcie drzwiami za Kiką (śmiech).

Często się tak pana ojciec irytował i denerwował?

Ojciec był bardzo spokojny. Owszem miał różne okresy w życiu, jak wszyscy wiemy, ale naprawdę był ostoją spokoju i cierpliwości.

Władyslaw Szpilman (w centrum) podczas Festiwalu Piosenki Zolnierskiej Kołobrzeg, czerwiec 1965 r. Fot. Romuald Broniarek / ForumKtóry moment z tego powojennego życia był dla niego najtrudniejszy?

Chyba ten, gdy został zaatakowany za to, że wymyślił Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Grupa powiązana z partią i UB uznała, że ojciec w ten sposób będzie trzymał rękę na dostępie do rynku zachodniego, no i wyrobi sobie układy, co pozwoli mu wylansować na Zachodzie jego własne piosenki. Próbowano go wtedy na tym przyłapać. Napisano na niego paszkwil do Komitetu Centralnego PZPR. Na szczęście prezes Polskiego Radia uważał, że Władysław Szpilman jest cenionym fachowcem i nie ugiął się pod tą presją, dlatego też ojciec po tym wydarzeniu jeszcze przez dwa lata pracował w radiu.

Potem rzucił tę pracę i zaczął jeździć po świecie jako pianista, w ramach „kary za błędy młodości”. Od 1963 roku odbywał jedno tournée za drugim. To była ciężka harówa, choć mogło się to pozostałym ludziom wydawać nagrodą za wszystko, czyli za te 20 lat działania kompozytorskiego, organizacyjnego w Polskim Radiu. Do 1986 roku nieprzerwanie grał z Kwintetem Warszawskim na całym świecie i pilnował, by nikt o tym w Polsce nie pisał.

Jak to się udało?

To wbrew pozorom było bardzo łatwe. Było kilkunastu krytyków, których znał i których wystarczyło poprosić, by się o tym, co robi za granicą, nie rozpisywali. Miał dzięki temu spokój i nie miał zawistnych kolegów wokół siebie.

Jakim był człowiekiem, poza tym, że spokojnym?

Był domatorem. Słuchaliśmy w domu świetnego jazzu, doskonałej muzyki. Nasz dom był otwartym domem, w którym non stop było mnóstwo przyjaciół, ludzi, którzy nas odwiedzali i którzy ratowali ojcu życie.

Rozmawiano na temat tego, jak wyglądało życie w czasie wojny?


Caly artykul TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: