Uncategorized

Jan Kofman w 1968 roku uparł się, że żaden Moczar nie będzie go z Polski ekspediował. I nie wyjechał

Przyslala Rimma Kaul


Jan Kofman, Warszawa, rok 1989 (Jacek Barcz / Forum / Jacek Barcz / Forum)- Z Jankiem Kofmanem poznał mnie Adam Michnik, ponad pół wieku temu. Naiwny, zgodziłem się zagrać z Kofmanem w pokera – pisze Henryk Szlajfer w osiemdziesiąte urodziny historyka i opozycjonisty

Dwaj bracia Kofmanowie. Starszy, Janek, urodził się 26 lutego 1941 r., Włodek w 1945. O tym drugim, francuskim, a od kilku lat również polskim profesorze w Centrum Badań Kosmicznych PAN, jego fascynacji kometami i Marsem, można by długo pisać. Ten świeżo upieczony na początku marca 1968 r. absolwent Politechniki Warszawskiej ląduje na kilka miesięcy w więzieniu. Świętował magisterium w złym momencie, dzień po wiecu na uniwersytecie, z niewłaściwymi, już namierzonymi przez SB, ludźmi. Bez perspektyw zawodowych emigruje. Z zyskiem dla nauki francuskiej, ze stratą dla polskiej. Osiągnięcia młodszego Kofmana potwierdza nazwa jednej z planetoid – Wlodekofman.

Ale to nie o nim będzie dzisiaj mowa. Starszy, Janek, uparł się w 1968 r., że żaden Moczar nie będzie go z Polski ekspediował, że represje wymierzone w brata i przyjaciół, rozpętana nienawistna propaganda i w końcu publiczne ataki na ojca nie zmuszą go do kapitulacji.

Dla porządku, ojciec, Józef Kofman, wywodził się z nielicznej grupy dawnych członków KPP. Jako członek władz CRZZ zostanie w 1968 r. triumfalnie spalony na politycznym stosie przez prawą rękę Gomułki do spraw związków zawodowych Ignacego Logę-Sowińskiego. Zatem Janek jak postanowił, tak uczynił.

A może trzymała go w kraju także krytyczna fascynacja polską historią, zwłaszcza gospodarczą? Ten absolwent historii Uniwersytetu Warszawskiego (wcześniej testował swoje zainteresowania na Politechnice) na początku 1968 r. publikuje swoje pierwsze artykuły naukowe na temat sytuacji śląskich górników oraz aktywności Towarzystwa Warszawskiego Kopalń Węgla i Zakładów Hutniczych do 1914 r. To zapowiedź jego rozważań nad ideologiami wielkich grup kapitału w Polsce w okresie międzywojnia oraz ich nieudanymi próbami wybicia się na samodzielność.

Najpierw jednak po 8 marca znajdzie się w grupie ok. 40 wyrzuconych z pracy w PWN „encyklopedystów”, „rewizjonistów” i „syjonistów”. Pracę w wydawnictwie rozpoczął zaledwie dwa lata wcześniej.

Z punktu widzenia PZPR i SB była to jak najbardziej słuszna decyzja. Przecież w „Notatce” z marca 1965 r., załączonej do wspólnej informacji dyrektorów Biura Śledczego i Departamentu III MSW, czytamy: „Kofman organizował w prywatnym mieszkaniu konspiracyjne zebrania grup studentów, w czasie których prowadzone były dyskusje polityczne z antypartyjnych pozycji”. Towarzysze dyrektorzy dodawali, że na UW Kofman „należał do zwolenników Karola Modzelewskiego”, a ponadto, starszy od Adama Michnika, razem z nim knuł. Aby judzić, tworzyli jakieś kółka samokształceniowe, a nawet zamyślili polityczną „trybunę”.

Dzisiaj, podobnie jak Włodek, Janek również jest profesorem, choć już, formalnie, na emeryturze. Po 1989 r. powróci też do PWN, razem z Grzegorzem Bogutą, szefem podziemnej Niezależnej Oficyny Wydawniczej, jako redaktor naczelny i wiceprezes wydawnictwa. A po drodze odgrywał jeszcze kilka innych ról. I o tym warto kilka słów powiedzieć.

Ja sam zetknąłem się z nim w okolicznościach, których nie wspominam z rozczuleniem. Poznał mnie z Jankiem Adam. Chyba na przełomie 1966 i 1967 r. Naiwny, zgodziłem się w pewnym momencie, po rozmowie na jakieś poważne tematy, zagrać z nimi w pokera. Dobra nauczka, ale bolesna. Po latach, już na początku 1982 r., spotkamy się ponownie. Już bez kart.

Natomiast role odgrywane przez Janka Kofmana sprowadzić można do dwóch głównych: opozycjonista, który stał się podziemnym, a po 1989 r. już w pełni legalnym redaktorem i wydawcą, oraz profesor specjalizujący się w historii gospodarczej Polski i Europy Środkowo-Wschodniej okresu międzywojnia. A może w innej kolejności: profesor oraz opozycjonista redaktor.

Nie ma to zresztą większego znaczenia. W różnych okresach obowiązywał właściwy duchowi czasu porządek i priorytety. Natomiast bez względu na odgrywane role w jego biografii obecny był od niepamiętnych czasów pewien „stały fragment gry”, aby odwołać się do tej sportowej terminologii: Masia, urzędowo – Maria Marchut-Kofman, pianistka. Bez wspomnienia o tej wnuczce śląskiego górnika i powstańca, kawalera Virtuti Militari, posła Ludwika Piechoczka, który położył głowę w Auschwitz, o Janku nie sposób mówić czy pisać. Kiedy w 1985 r. przyjdzie ciężki czas, aresztowanie, to ona, z unieruchomioną nogą (lubiła jeździć konno), będzie zajmować się najbardziej pilnymi sprawami podziemnego pisma „Krytyka”. Dzisiaj nadal kontroluje sytuację.

***

Zanim pojawi się jako opozycjonista redaktor, Jan Kofman wyleci, powtórzmy, z pracy w wydawnictwie. Szło tu nie tylko o utraconą pracę w PWN. Szło o naukę.

Pracuje jako goniec w Centralnej Agencji Fotograficznej, następnie przez kilka lat jako zarękawek referent w Ruchu (część takiego ówczesnego socjalistycznego koncernu od gazet, drukarni, mydła i powidła). Jego przyjaciel jeszcze z czasów studenckich, młodszy o rok Stefan Meller, wyrzucony w 1968 r. z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, wylądował lepiej: był kasjerem w spółdzielni kosmetycznej Izis i nauczycielem francuskiego w szkole językowej Lingwista.

Mając już za sobą pierwsze naukowe publikacje, Kofman, choć przykuty przez kilka lat do Ruchu, nie zamierza rezygnować z nauki. Nauka była bakcylem, kwestią zasadniczą, a jednocześnie zakazanym owocem, kiedy natykasz się na mur blokujący możliwość normalnego rozwoju na uniwersytecie czy w PAN.

Wspominał Meller: „Z moim przyjacielem Jankiem Kofmanem szliśmy łeb w łeb, razem wylatywaliśmy z pracy, razem umówiliśmy się, że robimy doktoraty. (…) Dopiero teraz doceniam nasze decyzje: mądrze zrobiliśmy, że nie zrezygnowaliśmy z uprawiania nauki, choć naprawdę nie było to proste. Cały czas myśleliśmy, że kiedyś, jeśli skończy się ten okres wielkiej smuty, to będzie z czym wrócić do normalnej roboty”.

Zastanawiam się po latach – sam powtarzałem doświadczenie obu – czy taka droga nie była mimo wszystko bardziej interesująca (nie była z pewnością lepsza czy łatwiejsza) niż asystenckie terminowanie czy studia doktoranckie. Świata zza takich studiów nie dojrzysz, życia nie posmakujesz. A i wódka inaczej wchodzi.

Już po doktoratach, bez ułatwiających życie stypendiów, zarękawek referent z Ruchu i kasjer z Izis znajdą w 1974 r. miejsce w szybko rozwijającej się filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Dzięki profesorom Andrzejowi Wyrobiszowi i Elżbiecie Kaczyńskiej złapią (naukowego) Pana Boga za nogi.

Tworzone w Białymstoku studia historyczne to zaiste barwna kolekcja charakterów i zainteresowań: Kofman i Meller, Andrzej Wyczański i Ewa Wipszycka-Bravo, Adam Manikowski i Michał Tymowski, Daniel Grinberg. W pociągu, który przez lata woził to towarzystwo na trasie Warszawa – Białystok, musiało być niezłe zoo. Janek zaś dojeżdżał do Białegostoku do emerytury. Nawet wówczas, gdy po 1989 r. będzie współtworzyć w Warszawie Instytut Studiów Politycznych PAN.

Od nauki, rzecz jasna, już nigdy nie odstąpi. Także w czasach „Krytyki”.

***

Drugoobiegowy Kwartalnik Polityczny „Krytyka” powstanie w 1978 r., ze Stefanem Starczewskim jako naczelnym. Przy jego narodzinach jest także Jan Kofman, a od numeru 6. pojawi się w stopce jako „Włodzimierz Mart”.

Czas „Krytyki” przyjdzie wraz ze stanem wojennym. Będzie to zarazem czas redaktora „Włodzimierza Marta”. Numery wydane przed sierpniem 1980 r. były swoistym rozruchem, zaznaczeniem odrębności i zdobyciem znaczącego miejsca wśród pism drugiego obiegu. Wcześniej powstały przecież lubelskie „Spotkania” i „Głos”.

W tym „heroicznym okresie 1978-81 – wspominał Kofman – to Adam Michnik był spiritus movens czasopisma”. Kiedy jesienią 1980 r. jeździłem do śląskich zakładów, woziłem na wyraźną prośbę młodych tworzących wówczas prasę tamtejszej „Solidarności” właśnie „Krytykę”. Było jednocześnie oczywiste, że już wcześniej docierały do nich egzemplarze kwartalnika. Jeszcze przed 1981 r. jego nakład sięgał 1-2 tys. egzemplarzy.

Natomiast „Krytyka”, wydawana w nakładzie 2-3 tys., a nawet 4 tys. egzemplarzy, to czas stanu wojennego. Ten, jak mawiali Rosjanie, „tołstyj żurnał”, każdy numer o objętości kilkuset stron maszynopisu, był wydawniczym fenomenem drugiego obiegu. Kwartalnik uzupełni w kolejnych latach kierowana przez Janka „Biblioteka”, kolekcja tekstów oryginalnych i przekładów wypełniająca przestrzeń milczenia tworzoną przez cenzurę. Obok Karla Poppera pojawi się Hannah Arendt, a z polskich autorów Jan Walc, Adam Michnik, Jerzy St. Holzer, Jadwiga Staniszkis czy Krystyna Kersten. Meller, który publikował w „Krytyce” czasu stanu wojennego jako „Andrzej Ler”, wspominał: „Pisanie w »Krytyce« dawało mi olbrzymią radość i dumę. To był dla mnie rodzaj nobilitacji”. Było to wówczas już pismo redaktora Kofmana.

Pierwsze „wojenne” numery powstawały w małym mieszkaniu Janka i Masi na bliskiej Ochocie, na Spiskiej. Nie tylko książki przyciągały wzrok, także bokserka Felka i przede wszystkim fortepian, narzędzie pracy Masi. Tam spotkaliśmy się po latach, szło o wyjaśnienie szczegółów w moim tekście, który pojawi się w pierwszym „wojennym” numerze „Krytyki”. Wkrótce przenieśli się do nieco większego, M-4!, mieszkania w rejonie Czerniakowskiej.

Nie wiem, w jakim nastroju Janek podejmował wyzwanie kontynuowania pisma. To nie był łatwy czas, a on sam był już na oku SB co najmniej od 1965 r. Sądzę, że nie miał wyboru. Członkowie pierwszej redakcji zostali w większości internowani, np. do jesieni 1982 r. Marek Beylin, przez kilka miesięcy tego samego roku także Piotr Łukasiewicz. Na wolności pozostał m.in. on – „Włodzimierz Mart”. W latach 80. kwartalnik będzie już redagowany przez zespół ukształtowany przez niego. Ujawnioną w stopce w 1988 r. redakcję tworzyli naczelny Jan Kofman, Marek Beylin, Mirosława Grabowska, Piotr Łukasiewicz, Adam Michnik, Robert Mroziewicz i Rafał Zakrzewski. Z niewielkimi zmianami zespół ten przetrwa do połowy lat 90.

***

„Krytyka” była postrzegana zarówno przed 1980 r., jak i w okresie stanu wojennego jako „pismo pogłębionej refleksji politycznej środowiska korowskiej lewicy”. Taka ocena pojawi się m.in. w monografii dziejów podziemnego ruchu wydawniczego, „Rewolucji powielaczy” Jana Olaszka. Nie sposób jej zaprzeczyć, pamiętając, że kwartalnik był poniekąd odpowiedzią na coraz bardziej narodowo-katolicki „Głos” Antoniego Macierewicza. Taka ocena była też przez wielu podtrzymywana także dla okresu po 1989 r.

Kofman przedstawi bardziej zniuansowaną opinię. Kiedy w 1994 r. wraz z Michaelem Bernhardtem z Penn State University szykowaliśmy wybór tekstów z „Krytyki” dla amerykańskiego wydawcy, poprzedził ten zbiór krótkim wstępem.

„Krytyka – deklarował naczelny redaktor – nigdy nie reprezentowała jakiejś grupy politycznej i nigdy nie posiadała własnej linii politycznej”. Odwoływanie się w 1978 r. przez założycieli kwartalnika do tradycji niekomunistycznej lewicy, PPS-u, a także sam tytuł nawiązujący do tradycji sympatyzującej z socjalistami „Krytyki” z początków XX wieku, były ważnym sygnałem. Jednak z zastrzeżeniem: sugerował ideowe powinowactwa, ale nie przesądzał o praktycznych postawach politycznych.

W podziemnej „Krytyce” „Włodzimierza Marta”, choćby w numerze 17. z 1984 r., pojawią się zatem teksty zarówno „Macieja Poleskiego” (Czesława Bieleckiego), jak i Adama Michnika. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Ścisła, przez dekady, współpraca Janka z historykiem Wojciechem Roszkowskim (w podziemiu „Andrzej Albert”), który reprezentował w miarę upływu czasu poglądy coraz bardziej narodowo-konserwatywne, stała się wręcz legendarna. Notabene jej rezultatem będzie przygotowanie w 2005 r. unikatowego „Słownika biograficznego Europy Środkowo-Wschodniej XX wieku” (przekład opublikowany w Stanach Zjednoczonych), a także książka „Transformacja i postkomunizm”.

Wracając zaś do „Krytyki”: podnosił Janek, aby nie stawiać znaku równości między kontaktami towarzyskimi a politycznymi preferencjami reprezentowanymi przez członków redakcji po 1989 r. Dodawał również coś więcej, właśnie z myślą o rzeczywistości po 1989 r.: „Trzymanie się pojęć i językowych formuł, które mniej lub bardziej właściwie opisywały naszą totalitarną przeszłość (…), może łatwo prowadzić do zniekształcenia współczesnej rzeczywistości politycznej, gospodarczej i ideologicznej”. I precyzował: „Nie wierzę, że zrozumienie starć politycznych czy ideologicznych we współczesnej Polsce jest możliwe z użyciem konwencjonalnie rozumianych [pojęć] »lewicy” i »prawicy«”. Konkluzja? Być może ta dychotomia „będzie w pewnym momencie odzwierciedlać polską rzeczywistość”, ale tylko w warunkach „dalszego rozwoju demokracji i rynku”.

Sygnalizuję tylko ten problem, kluczowy skądinąd dla zrozumienia ideowych i politycznych wyborów dokonywanych w 1989 r. i w kolejnych latach przez uczestników ważnego nurtu dawnej opozycji demokratycznej.

Czy ocena wyłożona przez Kofmana była trafna? Kwestia do dyskusji. Z pewnością jednak, deklarując odejście od ukształtowanej przed ponad dwoma stuleciami dychotomii, Janek podzielał przekonanie, że w okresie dopiero co zapoczątkowanej transformacji na pierwszym planie powinno znaleźć się poczucie odpowiedzialności za „dobro wspólne”, swoisty absolutny patriotyzm.

Już po pierwszym roku transformacji to przekonanie zostało brutalnie zakwestionowane. Przez Wałęsę i Kaczyńskich pospołu. Forma była paskudna, intencje niezbyt chwalebne, co poniekąd przesądziło również o długofalowym rezultacie tworzenia systemu partyjnego w Polsce.

Jednak pomińmy tu historię ostatnich trzech dziesięcioleci. Ów absolutny patriotyzm nie jest już argumentem, który przemawiałby dzisiaj do młodych demonstrujących od października zeszłego roku na ulicach polskich miast. Nie mówią językiem lewicy czy prawicy. Mówią natomiast z pewnością językiem wyboru, językiem wolności i konieczności zmiany, słowem – językiem niedokończonej transformacji. Transformacji ułomnej, gdy szło o artykulację ważnych celów i wykonanie zadań mieszczących się w demokratycznej agendzie. Zatem „demokracja”, nie mityczny „lewicowy zwrot”.

Bodaj najważniejszymi symbolami tego swoistego „zamrożenia historii” w pierwszych latach transformacji były i są społeczna pozycja kobiet, relacje Kościół – państwo i gwałtownie przyspieszona w ostatnich latach ewolucja w kierunku państwa wyznaniowego de facto (sprawa aborcji to pochodna tych procesów). A zatem może Janek miał rację, choć jej dowód pojawił się na sposób trudny do wyobrażenia w 1989 czy 1994 r.?

***

„Krytyka” czasu stanu wojennego i następnie „normalizacji” drażniła. Drażnił jej redaktor naczelny „Włodzimierz Mart”, poszerzający się krąg czytelników, nowi autorzy… Znaczenie takiego jak „Krytyka” czasopisma rosło także w miarę słabnięcia sprzeciwu społecznego. To pisma takie jak „Krytyka”, „Przegląd Polityczny”, „Wola” czy „Głos” stawały się stopniowo czymś więcej niż podziemnymi periodykami. Zapominamy, że w latach 1984-86 liczba bezpośrednio zaangażowanych w struktury podziemia zmalała z ok. 34 tys. do ok. 14 tys. (zob. Andrzej L. Sowa, „Historia polityczna Polski”). Transformacja politycznej opozycji w kontrkulturę była tendencją, której nie można było lekceważyć. Pisał na ten temat Janek w „Krytyce” już u progu przełomu, w 1988/1989 r.

Jednak „normalizację” rozumianą jako w pełni kontrolowany proces rozbrajania opozycyjnego pola minowego, taką, która zarazem szłaby w parze z nasilającą się społeczną pasywnością, zakwestionowali w październiku 1984 r. zabójcy z SB.

„Selektywne” i „przykładowe” zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki to jedno. Szok, jaki w aparacie autorytarnej władzy wywoła ujawnienie tego politycznego mordu i publiczny proces sprawców na początku 1985 r., to drugie. „Normalizacja”, która implikowałaby selektywne represje łączone z punktową liberalizacją, nie wchodziła w takim momencie w grę. Powstrzymanie demoralizacji we własnych szeregach wymagało innych działań.

W połowie 1985 r. w pawilonie śledczym SB na Rakowieckiej ląduje wraz Jankiem Kofmanem część redakcji „Krytyki”, Mirosława Grabowska i Robert Mroziewicz. Sygnał dla części opozycji, w tym niepokornych „jajogłowych”, wyraźny. A jednocześnie sprawdziło się stare powiedzenie: SB łatwo znajdowało powód, aby kogoś posadzić, natomiast zazwyczaj nie starczało jej i jej mocodawcom wyobraźni, aby określić okoliczności, w jakich będzie „politycznych” wypuszczać na wolność.

Janek siedzi pięć miesięcy, a w tym czasie jego wzrok – zawsze miał z tym kłopoty – znacznie się pogarsza. Zdrowie to jedno, ale znacznie ważniejsza staje się rosnąca presja na decydentów. Zmienia się dość szybko także świat wokół Polski. Wypuszczony na wolną stopę pod koniec 1985 r., w czerwcu 1986 Janek doczeka, podobnie jak inni „polityczni”, amnestii i umorzenia śledztwa. Nadchodziły już nowe czasy.

*** 

Jan Kofman-profesor zajął się historią gospodarczą, dziedziną instytucjonalnie słabo ugruntowaną, a jednocześnie dyscypliną, którą reprezentowali w Polsce XX wieku nietuzinkowi, obecni w światowej nauce uczeni. Jednak przywoływanie nazwisk Jana Rutkowskiego, Franciszka Bujaka, Witolda Kuli, Mariana Małowista, Andrzeja Wyczańskiego, Antoniego Mączaka, Jerzego Tomaszewskiego, Jerzego Topolskiego czy Jacka Kochanowicza tylko wzmacnia niepokój. Wszystkich wymienionych nie ma już z nami. Jest to temat, do którego warto powrócić przy innej okazji.

Zatem historia gospodarcza, w tym analizy porównawcze. Pisząc na te tematy, Janek nie miał litości dla kolegów i czytelników. Trudno mu było dorównać w poszukiwaniu szerszego kontekstu, sygnalizowaniu pomijanych czy traktowanych niezbyt uważnie relacji. Ważny był także szczegół. Celował w takich analizach, po drodze domagając się od czytelnika nieustannego skupienia.

Trafnie ujął ten rys Jankowego pisarstwa Jacek Kochanowicz. Pisał o książce Kofmana dotyczącej nacjonalizmu gospodarczego: „Nie czyta się jej łatwo: autor jest niezwykle skrupulatny i każdą z tez opatruje licznymi zastrzeżeniami, stara się nie pominąć żadnego aspektu omawianych zjawisk, dodatkowo rozbudowując wywód obszernymi komentarzami w przypisach”.

W prowadzonych przez Janka Kofmana badaniach nad historią gospodarczą można mówić o dwóch zasadniczych wątkach.

Pierwszy to analiza ideologii gospodarczych polskiego kapitału w okresie międzywojnia, a także miejsca, jakie Centralny Związek Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów – „Lewiatan” – zajmie w polityce gospodarczej i szerszym kontekście II Rzeczypospolitej. Jego rozważania nad miejscem reprezentacji wielkiego – na warunki polskie – kapitału w państwie, które politycznie ewoluowało, zwłaszcza od wielkiego kryzysu, w kierunku autorytaryzmu, a gospodarczo było jednym z wielu przykładów zacofania, obalały niejeden mit.

Z jednej strony będzie to tradycyjny obraz omnipotencji „grup burżuazyjno-obszarniczych”, z drugiej zaś koloryzowany przez niektórych historyków obraz Polski w procesie przyspieszonej i skazanej jakoby na sukces modernizacji. Wskazywał jednocześnie na konieczność wprowadzenia jako zasadniczego punktu odniesienia w analizach środkowoeuropejskich systemów społeczno-gospodarczych państwa jako autonomicznego aktora zmiany. Napisze, formułując końcową ocenę Lewiatana: „realia gospodarcze [końca lat 30.] (…) wręcz demistyfikowały anachroniczny w dużym stopniu charakter programu [orędowników Lewiatana]. (…) Obawa przed dominacją państwa w gospodarce była główną przyczyną ich niemal programowej inercyjności”.

W 1987 r. otrzyma za swoją książkę nagrodę historyczną „Polityki”. Chwała redakcji. A jednocześnie był to bez wątpienia chichot historii, jeden z sygnałów świadczących o swoistej emancypacji tego tytułu wydawniczego jeszcze w ramach „starego reżimu”. Mowa przecież o piśmie nieustannie kojarzonym z Mieczysławem F. Rakowskim, także z Jerzym Urbanem, a zatem z dziennikarzami przeistoczonymi w aktywnych polityków czasu dyktatury gen. Jaruzelskiego. Redakcja „Polityki” dała zatem nagrodę temu, który zaledwie rok wcześniej został amnestionowany, a o jego i innych członków zespołu „Krytyki” aresztowaniu w 1985 r. komunikował, jak zwykle z kamienną twarzą, Jerzy Urban. W każdym razie czas był ku temu sposobny: w 1986-87 r. wiele się już w kraju i poza nim dzieje.

Drugi z kolei wątek to porównawcza analiza nacjonalizmu gospodarczego w okresie międzywojnia – w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Pisząc o tej pionierskiej w polskim piśmiennictwie publikacji, Kochanowicz nie miał wątpliwości: określi książkę Kofmana jako „nieprzeciętną, a nawet wybitną”.

„Nacjonalizm gospodarczy – szansa czy bariera rozwoju” ukaże się w 1992 r., ale zasadnicze tezy książki znajdą się w obiegu naukowym nieco wcześniej i, przede wszystkim, w języku angielskim. Dzięki życzliwości Paula Bairocha z Uniwersytetu Genewskiego, wielkiej postaci w światowej historii gospodarczej, w 1990 r. w wydawnictwie Droz ukazał się tom, próba analizy porównawczej nacjonalizmu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej i Ameryce Łacińskiej w międzywojniu, którego zasadniczy trzon stanowiły właśnie teksty Janka. To, że taki zbiór, także z udziałem Ryszarda Stemplowskiego, moim i włoskiego historyka Marcello Carmagnaniego, się ukazał, było rezultatem inspiracji wynikających z dyskusji z Jankiem. Szykując ten tom, miałem świadomość, że gdyby nie te właśnie spory, często burzliwe, projekt ten nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Ale warto też zwrócić uwagę na kolejny chichot historii. Kiedy Janek publikuje rozważania na temat nacjonalizmu gospodarczego i jego wariantu – „patriotyzmu gospodarczego”, liberalizm gospodarczy (w zmodyfikowanej postaci jako konsensus waszyngtoński) święcił triumfy – jako ideologia i polityka gospodarcza. Ustalenia poczynione przez Kofmana nie były apologią nacjonalizmu, przeciwnie, raczej ostrzeżeniem, także gdy ukazywał wyraźnie jego związki z etatyzmem i autorytaryzmem politycznym w Polsce i regionie. Dostrzegał jego potencjał rozwojowy, ale nie przeceniał siły (i nieuchronności) tej tendencji. Nacjonalizm gospodarczy, jeden z wariantów „kapitalizmu politycznego”, o którym pisał niegdyś Max Weber, tylko w nielicznych i wyjątkowych okolicznościach przecierał drogę do sukcesu. Polska i region przykładami takiego sukcesu nie były.

Natomiast dzisiejsi nacjonalistyczni entuzjaści „patriotyzmu gospodarczego” i „suwerenności” pojawiają się na scenie politycznej jak molierowski pan Jourdain, nie wiedząc, że od lat mówią prozą. Bezwiednie powtarzają w radykalnie prawicowej frazeologii niektóre hasła latynoamerykańskich lewicowych radykałów z lat 60. XX wieku (ale także nacjonalistycznych generałów). Możliwe staje się przekształcenie potencjalnego zagrożenia dla rozwoju oraz demokracji w rzeczywistość. Notabene stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie tknęli choćby dla ciekawości książki Janka.

Po kilku latach jego książka ukaże się w Stanach Zjednoczonych. Wraz z tomem opublikowanym w wydawnictwie Droz rezultaty badań zapoczątkowanych w Polsce przez Kofmana zostaną włączone do międzynarodowej debaty. Zaczęto pisać o odrębnej grupie polskich badaczy zajmujących się fenomenem nacjonalizmu gospodarczego.

***

„Zakończenie komunizmu” nastąpiło wprawdzie ponad trzy dekady temu, ale nie przywilej życia w ciekawych czasach. Zwłaszcza dzisiaj. Żaden ze scenariuszy rysowanych na początku transformacji nie przewidywał destrukcyjnego ataku na demokratyczne instytucje, przejęcia steru rządów przez ekipę głoszącą i wprowadzającą w życie nacjonalistyczno-autorytarne pomysły.

Kiedy w 2001 r. u władzy znajdzie się ponownie SLD, wydawało się, że nic gorszego nie może już Polski spotkać. Kofman oddawał nastroje wielu byłych uczestników demokratycznej opozycji, gdy pisał pod koniec 2002 r.: „Słuchając sprawozdań sejmowych, można mówić (…) o bezczelności rządu [SLD-UP]: żaden rząd po 1989 r. nie traktował opozycji z taką impertynencją, a czasem z chamstwem”. Istotnie. Wszyscyśmy z Jankiem klęli w żywy kamień.

Nikt nie przewidywał, że pojawią się lepsi, bardziej twórczy następcy Leszka Millera i SLD, że stworzony w 1964 r. mrożkowski Edek, ten, który ma „pierwszorzędne zasady” i „zna życie”, stanie się od 2015 r., przyodziany w „narodowy”, a jakże!, kostium „prawdziwego organicznego patrioty”, emblematyczną figurą polskiej polityki. Jego enuncjacje, czytane dzisiaj, brzmią realistycznie: „Ale nie bójcie się, byle cicho siedzieć, nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. Ja jestem swój chłop. I pożartować mogę, i zabawić się lubię. Tylko posłuch musi być”. Inaczej w pysk i won.

Co zatem pozostaje? Jak zawsze, jak w 1965, jak w 1968, 1980 czy 1981 r. mówić „nie”, gdy dzieje się niesprawiedliwość, gdy deptane są prawa, gdy w miejsce politycznego sporu pojawia się zoopolityka. Bez wątpienia starsi panowie i panie nie są dobrym materiałem na aktywnych buntowników. Jeśli jednak tak zdecydują, mogą stanąć u boku tych, którzy chcą swój sprzeciw wyrazić. Bez mentorstwa.

Janek, urodzony realistyczny pesymista, który przez dziesięciolecia uczestniczył nieustannie w skazanych na klęskę, jak twierdziło wielu, szlachetnych wolnościowych i demokratycznych awanturach, jest dzisiaj w niezbyt dobrym, czasami wręcz ponurym nastroju. Jednak rąk w górę nie podnosi, kapitulacji nie ogłasza. Niedoczekanie! Przez dekady udzielał, spokojnie, jak to on, odpowiedzi na pytania, które na innym kontynencie zadawał od 1963 r. młody Bob Dylan, jego rówieśnik:

„Ile przeminie imperiów i lat,

Nim góry skruszą się w pył?

Ile człowiek znieść może poniżeń i zdrad,

Nim z łaski pozwolą, by żył?

Ile jeszcze zostało mu woli i sił,

By godzić się wciąż na ten świat?”

(przekład Stanisława Barańczaka)

Odpowiedzi, których przez dekady udzielał, były zawsze bardziej ambitne i bardziej konkretne niż te Dylana „The answer, my friend, is blowin’ in the wind” – „Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr”.

A co z jego realistycznym pesymizmem? Jestem od niego o kilka lat młodszy. Pozwala mi to naiwnie (?) wierzyć, że dekompozycja obozu władzy – terminologia z lat 30. jest tu na miejscu – nie jest odległą perspektywą. Tym bardziej że postaw sukna rozdzierany przez beneficjentów układu tkanego przez szefów Zjednoczonej Prawicy nie jest wielkością nieskończoną. Spieramy się zatem z Jankiem o to „kiedy?”, nie „czy?”.

***

Kreśląc te kilka uwag, wiele wątków pominąłem. Idzie tu o członkostwo Janka Kofmana w szacownym gronie powołanym do reprezentowania większości opozycji wobec komunistycznych władz – a zatem w Komitecie Obywatelskim. Kolejnym krokiem było negocjowanie w trakcie Okrągłego Stołu sprawy środków masowego przekazu. Słuchający go Urban i inni reprezentanci gen. Jaruzelskiego otrzymali klarowny sygnał:

„Aby (…) wyjść wreszcie poza owe deklaracje dobrej woli i stanąć na twardym gruncie rzeczywistości, niezbędne jest radykalne zainicjowanie ogólnego i szerokiego procesu przemian demokratycznych we wszystkich sferach życia kraju”.

Ale w tym katalogu działań ważnych politycznie i społecznie nie ma jednej znaczącej pozycji. Otóż zanim jeszcze pojawi się opozycjonista i profesor, jako 20-latek Janek biegał sprinterskie dystanse, w słynnej sztafecie juniorów warszawskiej Legii 4×100. Ten team tworzyli, obok Janka, Ryszard Mirkiewicz (także dziesięcioboista), Rafał Miłaszewski (po latach profesor) i Janusz Szewiński (następnie znany trener i mąż Ireny Kirszenstein). Później jeszcze walczył na bieżni w barwach Polonii. Było to dobre przygotowanie do tego, co nadejdzie.

*Henryk Szlajfer – emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego i ISP PAN. Po 1989 r. pracował m.in. w MSZ. Ambasador ad personam. W 1968 r. wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną. Wiec w ich obronie był początkiem Marca ’68. Ostatnio wydał „Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku” (Wydawnictwo Scholar).

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.