Uncategorized

Dlaczego konflikt na Ukrainie zbliża Turcję i Izrael


Dawid Warszawski

 Erdogan ogłosił, że podejmie w Ankarze prezydenta Izraela. Spośród wielu zawiłych uwarunkowań w regionie na pierwszy plan wysuwa się jedno: pewna zależność obu krajów od przychylnego stanowiska Rosji.

Zanim ocenimy znaczenie nowego zbliżenia Turcji i Izraela, warto przypomnieć, jak przebiegały te relacje w przeszłości.

Ostatnie turecko-izraelskie zerwanie było równie dramatyczne, jak okoliczności wcześniejszego nawiązania stosunków. Turcja była pierwszym krajem muzułmańskim, który uznał Izrael, już w 1949 r., rok po jego powstaniu. Na arabskim Bliskim Wschodzie wzbudziło to oburzenie.

60 lat później Recep Tayyip Erdogan, wówczas jeszcze premier, zerwał publiczną debatę z izraelskim prezydentem Szimonem Peresem w Davos, wykrzykując: „Zabijać to wy dobrze umiecie!”.

A teraz nagle prezydent Erdogan zapowiada wizytę w Turcji izraelskiego prezydenta Icchaka Herzoga. Jerozolima długo nie potwierdzała, aż w końcu ogłoszono datę wizyty: 9 i10 marca.

Wojna w Strefie Gazy zburzyła spokój

Tureckie sympatie dla nowo powstałego państwa Izrael wiązały się m.in. z tym, że pokonało ono, w swej wojnie o niepodległość, Syrię i Irak, byłe tureckie prowincje arabskie, zajmujące ziemie, do których Ankara do dziś sobie rości pretensje.

Izraelsko-turecka współpraca wywiadowcza i wojskowa oraz wymiana handlowa przebiegały znakomicie. Po wojnie sześciodniowej Turcja wprawdzie potępiła izraelską okupację, lecz odmówiła uznania Izraela za agresora czy zerwania stosunków dyplomatycznych, choć ich ranga została obniżona. Zaś w dekadzie po podpisaniu porozumień z Oslo stosunki rozkwitły. Izrael modernizował turecki sprzęt wojskowy i szkolił pilotów, dziesiątki tysięcy Izraelczyków odpoczywały na tureckich plażach, a tureckie firmy zbudowały nowe gmachy lotniska Ben Guriona.

Erdogan uznał antysemityzm za zbrodnię przeciw ludzkości, zaś irańskie plany atomowe – za zagrożenie dla świata. Turecki premier podjął się też mediacji między Izraelem a Syrią, z którą Ankara miała akurat wówczas świetne stosunki. Była wręcz szansa na pokój – lecz wojna w Strefie Gazy w 2009 r. wszystko zmieniła.

Tureckiego przywódcę zapewne oburzyła nie tyle sama wojna – wobec Kurdów Turcja postępuje niemniej brutalnie – ile to, że nie został o niej uprzedzony. Jego wybuch podczas spotkania z Peresem wyrażał jednak dobrze postawę tureckiej opinii publicznej – i wnet, na zaproszenie Ankary, przywódca terrorystycznego Hamasu złożył w Turcji oficjalną wizytę.

W rok później izraelscy komandosi siłą zatrzymali turecki statek „Mavi Marmara” z pomocą humanitarną, który pragnął sforsować blokadę Gazy. Humanitarni działacze rzucili się na komandosów z łomami i nożami, ci odpowiedzieli ogniem – i dziesięciu Turków zginęło. Rzucanie się z nożami na uzbrojonych żołnierzy nie jest dobrym pomysłem, ale wysyłanie żołnierzy tam, gdzie wystarczyłaby policja, dowodzi karygodnej bezmyślności. Gdyby zaś organizatorzy rejsu zgodzili się dostarczyć swoją pomoc poprzez port w Izraelu, gdzie sprawdzono by, czy nie zawiera ona materiałów dla terrorystów (nie zawierała), do całego incydentu by nie doszło. Badająca sprawę komisja ONZ uznała, że blokada była legalna, lecz użycie siły nadmierne – ale stosunki turecko-izraelskie osiągnęły dno.

Niewiele pomogło ubolewanie, wyrażone w końcu przez ówczesnego premiera Beniamina Netanjahu, pod amerykańską presją. Erdogan zaczął określać Izrael mianem „państwa terrorystycznego” i winnego „ludobójstwa” i teraz syjonizm, a nie antysemityzm, uznał za „zbrodnię przeciwko ludzkości”.

Ze sprawcy „zagrożenia dla świata” Iran stał się dla Turcji sojusznikiem: w 2013 r. turecki wywiad ujawnił Teheranowi izraelskich agentów działających w Iranie.

Wprawdzie trzy lata później Turcja i Izrael zawarły porozumienie o normalizacji stosunków – lecz w odpowiedzi na uznanie przez prezydenta USA Donalda Trumpa Jerozolimy za stolicę Izraela Ankara wydaliła świeżo przybyłego izraelskiego ambasadora. Hamas mógł działać w Turcji bez przeszkód, za to Netanjahu potępił tureckie zbrodnie na Kurdach.

Zarazem jednak wymiana handlowa nadal kwitła (Turcja m.in. importowała z Izraela broń). Zaś systematyczne izraelskie poparcie dla bratniego dla Ankary Azerbejdżanu w jego konflikcie o okupowany przez Armenię Karabach oraz odmowa Jerozolimy uznania ludobójstwa Ormian w Turcji podczas I wojny światowej świadczyły, że nie wszystkie mosty zostały spalone.

Zarazem polityka Izraela, którego naród sam wszak padł ofiara ludobójstwa i który sam okupuje Zachodni Brzeg, była tu głęboko niekonsekwentna, a w kwestii ludobójstwa także głęboko niemoralna. Jerozolimie jednak nie chodziło o Karabach, lecz o możliwość szpiegowania z Azerbejdżanu Iranu, z którym Baku jest też w konflikcie.

Bliski Wschód szybko się zmienia

Wyglądało na to, że ewentualna poprawa stosunków z Jerozolimą może się dokonać jedynie na warunkach Ankary – ale Bliski Wschód zaczął się zmieniać.

Skonfliktowana z niemal wszystkimi sąsiadami i tocząca trzy zagraniczne wojny Turcja pozostała na Bliskim Wschodzie osamotniona: jeden Katar, gdzie Turcja ma nawet bazę wojskową, wiosny nie czyni. Zaś Izrael, przeciwnie, zaczął zdobywać sojuszników.

Rozbrat z Turcją bardzo zbliżył Jerozolimę do skonfliktowanych z Ankarą Nikozji i Aten, natomiast współpraca przy eksploatacji złóż gazu na dnie Morza Śródziemnego i wspólna wrogość wobec Hamasu ociepliły stosunki z Kairem. Z kolei porozumienia abrahamowe dokonały przełomu z państwami Zatoki. Choć Arabia Saudyjska formalnie w nich jeszcze nie uczestniczy, to nie ulega wątpliwości, że dała im swe błogosławieństwo. Turcja potępiła ich zawarcie, uznawszy je za zdradę sprawy palestyńskiej. Hamas jej podziękował; władze Autonomii Palestyńskiej, zależne od Saudyjczyków i pozostające z Hamasem w głębokim konflikcie – już nie.

Porozumienia były odpowiedzią państw Zatoki na narastającą groźbę ze strony Iranu, i na wyraźny odwrót USA z całego regionu Bliskiego Wschodu. Mówiąc wprost, jedynym państwem, jakie może Zatoce ewentualnie zapewnić parasol atomowy, jest dziś Izrael: USA się wycofują, Pakistan odmówił. Ankara zaś zbliżyła się do Teheranu, czym zapłaciła wrogością Saudyjczyków, i niewiele zyskała w Syrii, gdzie oba państwa popierają przeciwne strony w wojnie domowej.

Ale to zbliżenie jest kruche: w ubiegłym roku doszło do kryzysu na linii Teheran–Ankara, w tym roku zapachniało przez moment wojną między Teheranem a Baku. Kością niezgody pozostaje kwestia irańskich Azerów, których jest więcej niż w samym Azerbejdżanie.

Z kolei tureckie poparcie dla Bractwa Muzułmańskiego i Hamasu dało Ankarze sojusz z Katarem, ale wrogość i Kairu, i Rijadu. Nie mając ambasadorów w Damaszku, Tel Awiwie i Kairze, Ankara sama się wykluczyła z bliskowschodniej dyplomacji.

Odwilż z Izraelem byłaby jakimś rozwiązaniem. Stąd trwająca od ponad roku turecka ofensywa uśmiechów.

USA idą na rękę Erdoganowi w sprawie środziemnomorskiego gazu dla Europy

Izrael jednak pozostawał wstrzemięźliwy – po bliskowschodnich przemianach nie jest już bowiem skazany na Turcję. Kiedyś, w obliczu nieubłaganej wrogości Arabów, Ben Gurion zalecał „strategię peryferii” – zbliżenie z leżącym na zewnątrz arabskiego kręgu państwami niearabskimi: Turcją, Iranem, Etiopią. Po rewolucji islamskiej to Iran stał się nieubłaganym wrogiem, zaś część Arabów dostrzegła zalety zbliżenia, czy wręcz sojuszu z Izraelem.

Tyle tylko, że posiadanie sojuszników nakłada zobowiązania. O ewentualnej wizycie Herzoga w Ankarze zaczęto mówić dopiero po tym, jak Erdogan odwiedził Emiraty, z którymi przedtem szedł na noże. Oznaczało to, że Abu Zabi nie będzie już przeciwne izraelskiej wizycie – ale by nie narażać stosunków z Zatoką, w tym samym czasie Herzog odwiedził sąsiedni Bahrajn, gdzie powitano go zresztą dużo cieplej niż Erdogana w Emiratach. W Jerozolimie zaś nieoficjalnie się mówi, że jeśli Herzog do Ankary pojedzie, to przez Nikozję i Ateny, żeby podkreślić, że nowe przyjaźnie z państwami uważanymi przez Turcję za wrogie, pozostają trwałe.

No i nie bez znaczenia było to, że USA niespodziewanie opowiedziały się przeciwko planowanemu gazociągowi z izraelskich złóż podwodnych przez grecką część Cypru do Grecji i dalej do Europy. Dla Turcji ten projekt to niemal casus belli, bo przechodzić miał pod wodami, do którym Ankara rości sobie pretensje.

Prezydent Joe Biden wykonał ten gest, gdy zaczęła się zaogniać sytuacja na Ukrainie, i trzeba było zachęcić Turcję, członka NATO, by w obozie natowskim pozostał.

Turcja i Izrael nie chcą konfliktu z Rosjanami

Jeśli zaś do wizyty dojdzie, to także na skutek tego kryzysu. Mimo tak wielu różnic i konfliktów między sobą Turcja i Izrael, należąc do obozu zachodniego, utrzymują bliskie związki z Rosją i nie chcą ich stracić.

Dla Turcji Rosja to sojusznik w obliczu presji i USA, i UE, domagających się od Erdogana przywrócenia choćby pozorów demokracji i praworządności w kraju, którym coraz bardziej rządzi jak samodzierżca.

Dla Izraela Rosja to nie tylko kraj pochodzenia ponad miliona Izraelczyków, z którym utrzymują oni nadal bliskie kontakty. To także poniekąd sąsiad przez granicę: rosyjskie operacje wojskowe w Syrii – gdzie wojska rosyjskie walczą po przeciwnej niż Turcja stronie frontu – sprawiają, że Izrael swoje własne działania wojskowe musi blisko koordynować z Moskwą. A ściślej – zabiegać o jej akceptację.

Konfliktu z Rosją Izrael ryzykować nie chce. A zarazem działać w Syrii musi, by zapobiec zainstalowaniu się tam na stałe Iranowi, który dla Izraela stanowi egzystencjalne zagrożenie.

Moskwa w każdej chwili może wystawić Izraelowi rachunek za to, że pozwala mu atakować jej sojusznika, Teheran. Izraelska odmowa sprzedaży Ukrainie znakomitego systemu przeciwlotniczego Żelazna Kopuła jest częścią tego rachunku.

Turcja poczynała sobie śmielej: tureckie drony dobrze się sprawdziły w walkach z donieckimi separatystami. No i Erdogan pojechał do Kijowa, zawołał „Sława Ukrainie!”. Może sobie pozwolić na więcej, bo Putin ciągle ma nadzieję, że uda mu się go wyłuskać z zachodniego obozu; wobec Izraela nie ma takich złudzeń.

Ale dla obu krajów wojna na Ukrainie byłaby katastrofą. Oba musiałyby się opowiedzieć przeciwko Rosji i zapłacić za to nie tylko dyplomatyczną, ale i militarną cenę – w Syrii. Erdogan i Herzog mają o czym rozmawiać.

Nic nie jest jednak przesądzone. Nad stosunkami turecko-izraelskimi ciąży poważna hipoteka zaszłości. Ciąży też nieprzewidywalność obu stron.

W Izraelu wynika ona z natury systemu politycznego: jeśli zmieni się większość rządząca, zmieni się też polityka, tak jak się zmieniła, gdy premiera Netanjahu zastąpił Naftali Bennett.

W Turcji Erdogan zamierza rządzić wiecznie, ale nieprzewidywalny jest z kolei on sam. Kryzysy w tureckiej polityce zagranicznej, nie tylko w stosunkach z Izraelem, wybuchały na skutek jego emocjonalnych decyzji.

Obecny przełom nastąpił, gdy jesienią, na osobistą interwencję Erdogana, uwolniono z więzienia dwoje izraelskich turystów, aresztowanych w Stambule za szpiegostwo: fotografowali pałac Dolmabahçe, skądinąd atrakcję turystyczną miasta, ale także jedną z rezydencji Erdogana. Trudno sobie wyobrazić tajniaka tak durnego, by miał zatrzymać ludzi za to, że fotografują budynek, który każdy turysta w Stambule ma już w swojej komórce. No chyba że przyszło polecenie z góry, żeby ich zamknąć po to, by wypuścić i dostać w odpowiedzi telefon z podziękowaniami od Herzoga, co istotnie się stało.

No i sprawa najważniejsza – Hamas. Z poparcia dla Bractwa Muzułmańskiego, z którego Hamas wyrósł, turecki prezydent chyba nie potrafi zrezygnować: jego wiara w islamską przyszłość świata jest równie niepodatna na argumenty, co niewzruszona. Kwestia ta zablokowała upragnioną odwilż z Egiptem, gdzie generał-prezydent Abdel Fattah as-Sisi rządzi na trupach Braci, których krwawo obalił. Wątpliwe, by dla Izraela Erdogan był bardziej ustępliwy.

Na razie, ujawniając, że wywiad turecki udaremnił w Stambule irański zamach na izraelskiego biznesmena, Ankara chce przekonać Jerozolimę, że może trzymać także i Hamas pod kontrolą.

Wątpliwe z kolei, by to zadowoliło Izraelczyków. Może za to rozwścieczyć Iran, tak jak dziesięć lat temu tureckie ujawnienie agentów izraelskich w Iranie rozwścieczyło Jerozolimę. Ale czy Teheran chce zaryzykować, że ochłodzeniem stosunków z Ankarą popchnie ją jeszcze bliżej Izraelczyków?

Na razie jednak orkiestra wojskowa ćwiczy w Ankarze „Hatikwę”.

Dlaczego konflikt na Ukrainie zbliża Turcję i Izrael

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. No nie moze zeby nie sfalszowac i ” dowalic” Izaelowi. ci zestatku tureckiego nie rzucili siez lomaami na ” uzbrojonych zolnierzy”, a wlasnie na nie nieuzbrojonych, jak duren Ehud Barak zarzadzil. Uzbrojeni przyszli zeby uwolnic tch nieuzbrojonych i bitych .
    Wie dobrze, a falszuje . Moze ma racje ze to falszowanie bardzo polskie -ludzi sie ze go bardziej za Polaka uznaja?

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.