Dyrygent

Zenon Rogala


         Mówią, i ja chcę w to wierzyć, że muzyka jest najbliższa określenia sztuki. Innymi słowy, gdyby ktoś zbłąkany pytał cię, co to jest sztuka, gdzie i w czym leży jej istota, śmiało odeślij go do tego nieprawdopodobnie wielkiego gmachu pod nazwą muzyka, stojącego z resztą obok innych gmachów pod szyldami, balet, malarstwo, architektura, literatura, a w tym największym gmachu pod szyldem „muzyka”, w którym po wnikliwym zwiedzaniu, może otrzeć się o jej istotę. Istotę sztuki. Może się otrzeć bo, że się otrze, to pewne, ale czy znajdzie sedno, pewności nie ma.

           Sala była dość duża, może nawet za duża, bo tuż po zajęciu miejsca, odniosłem wrażenie, że brak pochyłości powierzchni widowni w stronę sceny, daje złudne wrażenie, że na miejsce dla muzyków patrzył będę nieco „pod górkę”.

Długie przeważnie ciemne suknie pań, fraki panów, pozornie niedbałe ustawienie mebli, pulpitów i wiszące nad główną ścianą organy, stwarzają specyficzną atmosferę przed  koncertem.

           A kiedy publiczność, niby to niedbale zajmuje te pochylone od strony sceny miejsca, muzycy w tym jedynym dla nich wyznaczonym czasie, stroją, ćwiczą najtrudniejsze fragmenty utworów. Powstaje wtedy dziwna kakofonia, którą akceptujemy, bo z niej prawdopodobnie zrodzi się ta właściwa interpretacja dzieła.

Przypomina to pozornie nieskoordynowany trening wyczynowego sportowca, który skupia się w czasie rozgrzewki tylko na najtrudniejszych elementach sportowego wyczynu, aby w czasie zawodów pokazać całość w perfekcyjnym wykonaniu.

Wreszcie nadchodzi kres jednego, żeby dać początek drugiemu. Kakofonia milknie i zapowiada coś nowego. Tak, to wchodzi w środek tej posłusznej trzódki On.

           Od samego początku, od wejścia widać, że to on jest tutaj najważniejszy. Nie tylko funkcją, ale i miejscem jest wyróżniony. To na niego, specjalnie na niego, czeka ta podwyższona przestrzeń. To tylko on, może wejść na te dwa metry kwadratowe, które pozwolą mu na spoglądanie na wszystkich muzyków z góry, choć nie, to raczej po to stoi wyżej, żeby wszyscy inni musieli patrzeć na niego z dołu. Barierka z tyłu, gwarantuje bezpieczeństwo. Mogłoby się bowiem zdarzyć, że w ferworze ujarzmiania instrumentalistów, narażony mógłby być na niespodziewane, zbyt ryzykowne wychylenie się do tyłu, co mogłoby grozić kontuzją.

Póki co, w zorganizowanym hałasie braw, wszedł On.

         Szedł pewnie, jakby wejście już należało do występu i podlegało ocenie widowni. Szedł ochoczo w kierunku swojego miejsca, czyli na tę maleńką bezludną wysepkę, na  którą tylko jego, zawiódł szczęśliwy los, ale też wystawił na wielką odpowiedzialność.

          Po serii zwyczajowych powitań i kurtuazyjnych ukłonów, uniósł ręce. W jednej cieniuteńka jak szprycha rowerowa, jak pałeczka do jedzenia chińszczyzny, jak rozsuwana, teleskopowa antenka radiowa – batuta.

To w nią umownie wpatrują się klarnety, oboje i waltornie. Skrzypce największe lizusy, wpatrzone w dłonie wirtuoza licząc na jego uznanie, przyczaiły się u jego stóp. Ale i wiolonczele konkurują z altówkami w umizganiu się temu, co stoi na podwyższeniu, a tuż za nimi kontrabasy i co najgorsze również wciśnięte po kątach bębny i czynele. Za chwilę pokażą co potrafią, błyszczące złotem kornety, trąbki, waltornie, a zwłaszcza puzony najbardziej znane z przechwałek swymi wydłużającymi się w nieskończoność serpentynami swych wnętrzności. Wszyscy chłoną każdy gest ich pana i władcy. To on tchnie w nich muzyczne życie. Czekają na jego błysk, umówiony i wyćwiczony znak – gest, dający pozwolenie na kontrolowany udział w zespołowym definiowaniu sztuki. Ale nie tylko rozkazy z błyszczącego pręcika biorą udział w organizowaniu muzycznego krajobrazu.                          Stojący w zmowie z instrumentami, odwrócony konspiracyjnie do nas tyłem, pan we fraku, ma do pomocy jeszcze drugą, niekiedy bardziej niż ta uzbrojona w muzyczną szpicrutę, aktywną dłoń. Ale dłoń to nie wszystko, to jeszcze za mało, całe ciało tego odwróconego do nas tyłem twórcy muzyki, poprzez wymowne gesty i adekwatne dla linii melodycznej propozycje, inicjuje i wydobywa właściwe dźwięki. Całe jego ciało stoi tu oddane na służbę muzyce.

          Póki co wzniósł w górę obie ręce. Ta uzbrojona w srebrzysty piorun, zastygła w bezruchu. Druga, uznając wyższość swojej lustrzanej siostry, również przyczaiła się gotowa nieść pomoc swej siostrze, na znak, że wie lewica co robi prawica.

          Jeszcze tylko nogi. Ich właściwe ustawienie może być kluczowe dla zbudowania fundamentu, na którym realizowana będzie koncepcja interpretacyjna muzycznego dzieła. Więc jeszcze pół centymetra w lewo, prawa odrobinę do tyłu, albo jeszcze trochę szerzej i pięty mocno osadzone na piasku tej bezludnej, jednoosobowej wysepki. Jeszcze rzut okiem, choć tego nie widzimy, ale wiemy, że przed taką batalią należy regularnym, wyćwiczonym oddziałom dodać wiary w sukces, przekazać te iskry ze swoich oczu, w oczy każdego muzyka w orkiestrze, żeby zamiast mieć głowę w partyturze, partyturę miał w głowie. I w sercu. Wtedy możemy być pewni, że to co za chwilę nastąpi, to po prostu sztuka. Już umilkł szmer widowni, już wszystkie nosy i gardła w pełni sprawne, już fluid z widowni zaczyna mieszać się z fluidem płynącym z rąk, wzniesionych do góry w tryumfalnym i pełnym twórczego oczekiwania geście.

Drgnął – zaczęła się sztuka.

Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: