Wspomnienia emeryta.

Krzysiek Bien

 

 

 


 

Bej Łocz á la peerel

 

Wspomnienia emeryta na nadmorskiej laweczce w Kopenhadze.

Dojechac na wybrzeze Baltyku pociagiem PKP w drugiej polowie lat 60, w czasie, gdy zaczynaly sie wakacje letnie, bylo nielada wyczynem.

Jednakze dla 19- latka, z pomyslnie zaliczona letnia sesja pierwszego roku prawa, wedrzec sie przez okno do przedzialu dyszacego na Dworcu Glownym pociagu osobowego relacji Warszawa Glowna – Gdansk Wrzeszcz (Uwaga: odjedzie z toru 2 przy peronie czwartym z 30 minutowym opoznieniem)) – nie stanowilo wyzwania. Spoceni wspolpasazerowie, szturmujacy klasycznym stylem z walizami przez korytarz, mogli tylko z bezsilna wsiekloscia stwierdzic, ze miejsce w przedziale dla nie palacych przy oknie w kierunku jazdy, jest juz zajete.

Po spokojnie przespanej nocy (poza kilkakrotnym ”bileciki do kontroli”), lokalny PKS wiezie mnie w kierunku destynacji mojej podrozy, miejscowosci bedaca dumna odpowiedzia PRL’u na wyzwanie rzucone przez Sorrento – do malowniczego Darlowka. Tam odbedzie sie moj debiut jako ratownik, zas przez dwa nastepne sezony kapielowe bede czuwal z narazeniem wlasnego zycia nad bezpieczenstwem wczasowiczow w Krynicy Morskiej.

I tylko emigracja do Danii spowoduje prematuralne zakonczenie mojej tak dobrze zapowiadajacej sie kariery. Gdyby nie ta, to ja, a nie jakis David Haselhoff wystepowalby dzisiaj w reklamach telefoniki ”3”

Betonowy barak na szczycie nadmorskiej wydmy zawiera m.in. noclegownie ratownikow. W tym niewielkim lokalu z 12-toma ciasno ustawionymi lozkami, wyczuwam wyrazny zapach diesla. Okazuje sie, ze jest on stosowany przez moich kolegow jako olejek do opalania, gwarantujacy gleboki braz wysportowanej sylwetce ratownika.

Szefem naszego tuzina jest niejaki Bolek F. z Wroclawia, prawie 30-letni absolwent WSWF’u tamze. Sniady z ciemnym zarostem i olsniewajacym usmiechem, jest obiektem uwaznych spojrzen wielu nimf plazowych. Odznacza sie budowa gladiatora, i osobowoscia Dr. Jekla i Mr. Hyde’a. Sympatyczny i spokojny za dnia (z reguly troche wyciszony w ciagu przedpoludnia, bo trawiony monstrualnym kacem, probuje na prozno schlodzic rozpalony mozg w chlodnych falach Baltyku) Popoludniem odzyskuje pelnie swoich fakultetow, by po zakonczyc kolejny udany dzien w barze Perla, taktycznie ulokwanym na koncu baraku. Po jego powrocie wieczorem lepiej mu zejsc z drogi, po potrafi byc szkodliwy dla zdrowia. Z zadziwiajca energia zakluca nalezny ratownikom nocny spokoj, w ramionach swojej kobiety, dzielacej jego waska prycze. Ta drobna i szczupla

dziewczyna nie odstepuje na krok swego muskularnego kochanka, mierzac go nieustannie zakochanym spojrzeniem z podbitych przez niego oczat.

Ktoregos poranka, gdym w poczuciu odpowiedzialnosci i obowiazku stawil sie do pracy zaledwie z godzinnym opoznieniem (noc spedziwszy na alterantywnym adresie, zyczliwie udostepnionym przez mloda wczasowiczke z Warszawy), zastalem w baraku krajobraz po bitwie. Sc iana pomieszczenia byla spryskana krwia, i panowala wyczuwalna nieobecnoscia starszego ratownika i jego bogdanki. Z relacji swiadkow batalii zrozumialem, ze nasz przelozony, po poturbowaniu kilku ratownikow, zostal spacyfikowany przy pomocy drewnianej laweczki, celnie zaaplikowanej do jego ujmujacje facjaty.

Kiedy powrocil z lokalnej lecznicy po kilkudniowej rekuperacji, jego olsniewajacy usmiech wykazywal juz istotne braki, a glowe kryl bialy turban bandazy. Chwytajac za kark dwoch sprawcow swojej niedoli, stuknal z lekka ich czola, formulujac uzasadnione zadanie finansowej rekompensaty. Do dzis nie wiem, czy jego zasadny regres zostal zadoscuczyniony.

W dni, gdy aura zezwalala na wyciagniecia bialej flagi, dziele tzw. akwen z dojrzalym i doswiadczonym ratownikiem z Gdanska, z krotkim szpakowaty jezykiem i byczym karkiem. Wydawal mi sie wtedy ze swoja chyba 40-tka z okladem, osoba stajaca na granicy opieki gieriatrycznej, choc byl swietnym plywakiem i treneren boksu. Jest zonaty z dwojka doroslych dzieci. Spokojnie opisuje uroki malzenstwa, gdzie w priorytetach jego zainteresowan spacer z ulubionym psem, plasuje sie znacznie wyzej, niz uciechy malzenskiego loza.

Seson kapielowy 1967w Darlowku minal bez odnotowanych strat w ludziach. Przynajmniej nie stwierdzono obecnosci tak wymownej, a przez ratownikow nader niepozadanej sytaucji, gdzie koc z ubraniem, recznikiem i innymi artefaktami wakacyjnej bezroski pozostaje po zakonczenia dyzuru bezpanski na piaszczystej plazy. Wowczas jedynie dyskretne przesuniecie pozostawionych obiektow na tzw. dzika plaze, da nam elegancko osiagnac disclaimer od tej uciazliwej sytuacji. Tak mi to wytlumaczyli bardziej doswiadczeni koledzy. Moge zreszta tylko wypowiadac sie na temat lipca tego roku, bo sierpien spedzilem w Hrubieszowie na obozie wojskowym, zglebiajac taktyke piechoty Panstw – Czlonkow Ukladu Warszawskiego, generalnie podnoszac poziom obronnosci kraju.

Kolejne dwa sezony w Krynicy Morskiej dostarczyly mi rowniez uroczych wakacyjnych doznan, roznorakiej natury. Tym razem nasza stancja byl drewniany nadmorski barak, z podloga zasypana zaciagnietym tam plazowym piaskiem, z tu owdzie walajacymi sie glowkani ogryzionych wegorzy, i innych ryb morskich, podstepnie wyciagnietych rybakom z rozstawionych w pewnej odleglosci od brzegu sieci. Rybacy ci z kolei sabotowali nam nasze lodzie ratunkowe, tzw. baczki. A byly one nam w koncu nieodzowne, by w jakims stopniu uzupelnic nasze skromne zarobki. Odbywalo sie to przez organizowanie tzw. tramwajow, czyli krotkich rejsow wyladowanymi po brzegi dzieciarnia lodkami ratunkowymi. Za czerwona boje, wzdluz dlugosci kapieliska i spowrotem na lad. Mila ta forma zdrowego ruchu na swiezym, morskim powietrzu zapewni dochod wolny od podatku w wysokosci 5 zl od lebka dla pracowitemu wioslarzowi.

Druga forma uzupelniajacych dochodow byla mniej pewna. Polegala ona na indywidualnej nauce plywania Problem polegal na tym, ze urocza mamusia 7-letniego adepta sztuki plywackiej z Saskiej Kepy, insystowala na zaplate w naturze. Mimo, ze na biedna nijak nie wygladala, obwieszona bizutera, lsniaca od wonnegu olejku do opalania, zapewne pekaowskiej proweniencji. Ale co sie bede targowal, bezpieczenstwo kapiacych nade wszystko!

Na cale szczescie pozostal jeszcze inny jeden intratny sposob zarobkowania. Zglodniali morskich kapieli goscie z odleglych terenow Polski, rzucali sie na leb, na szyje w wode, nie baczac na

oznaczenia bojami, ograniczajacymi te harce. I nie swiadomi powagi tego wykroczenia, wyplywali za czerwne boje. A my tylko na to czychamy. Uzbrojeni w gwizdek, zblizamy sie do kantu wody, i po przenikliwym sygnale audialnym, wladczym gestem przywolujemy zloczynce na brzeg. Zanim dotapla sie spwrotem zbiera sie juz grupka gapiow, zadna ostrych konfrontacji. Odganiamy niepotrzebnych swiadkow, i udajemy sie z kryminalista na tzw. stanowisko ratownicze. Po wyciagnieciu przygotowanego zeszyciku w kratke, spisujemy dane osobiste zloczyncy, ktory, w zadziwiajacy sposob okazuje sie byc rodem z Krosna albo Zlotoryji w Gorach Stolowych. Latwo bedzie go zastraszyc perspektywa koniecznosci stawienia sie na sprawie w kolegium w Gdansku w listopadzie. Na propozycje zaplacenia mandatu na miejscu, nalezy uniesc rece w bezradnym gescie, oznaczajacym brak posiadania takich prerogatyw, jak i bloczkow mandatowych. W ten sposob utorujemy droge do kieszeni szlafroka, gdzie skruszony przestepca umiesci 50 zlotowy banknot, nie przywiazujac przesadnej wagi do pokwitowania. Z waledykcja ”Idz, i nie grzesz wiecej” – wypuszczamy delikwenta na wolnosc, by przy pomocy lornetki monitorowac powierzony nam sektor w celu znalezienia nowej ofiary.

Wieczorem z godziwie zarobionym dochodem udajemy sie zbiorowo do lokalnej restauracji z dancingiem, gdzie jest okazja przy zywej muzyce, potanczyc do dzwiekow niezapomnianego Besa me mucho, trzymajac w ramionach kolejna oszolomiona z wrazenia wczasowiczke, dla ktorej podwojne lipsi z ratownikiem nie jest zdarzeniem codziennym.

Obok na parkiecie kreci wielkim tlustawym cielskiem niejaki Dzionek, (Dionizy?) rodem znikad. Wyglada jak negatyw na filmie ORWA, biale, rzednace wlosy i oprawa oczu, przy maksymalnie opalonej skorze. Uwodzi w ciagu sezonu pewna ilosc starszych troche pan, aby po zakonczeniu sezonu wykonac turné po kraju, mieszkajac jakis czas u swoich kolejnych letnich romantyczych liason’ek. Po zakonczonej w ten sposob hibernacji jako pierwszy, juz na poczatku czerwca, bedzie spowrotem na swym odpowiedzialnym plazowym stanowisku.

Obok niego Achim ze Slaska, chyba z 40 letni gornik, ktory jednym pchnieciem wielkiego brzuszyska portrafi obalic plazowego goscia, ktory nie wykaze odpowiedniej plazowej konduity. Tenze Achim, stojac obok mnie w pisuarze, dyskretnie rzuca wzrokiem w moim kierunku, odezwajac sie w nastepujace slowa, z tolerancyjny usmiechem:

”Szwarcberg? Poznaje jego sznyt…”

Tu nalezy oddac szacunek dla przenikliwosci naszego hanysa, poniewaz decyzja moich spolonizowanych rodzicow, wcale nie zawarlem po przyjsciu na swiat przymierza z B.g..m.

W trakcie sezonu 1969 pojawia sie na plazy trzy gracje, mamusia z dowma dorodnymi corkami, wywolujac piorunujace wrazenie na meskiej czesci plazy, Zwlaszcza najmlodsza z tych niewiast, spacerujac wzdluz wody z malym, bialym pudelkiem, byla zrodlem testosteronowych frustracji naszej zalogi. Wlascicielka pudelka ledwie zaszczycala nas przelotnym spojrzeniem w czasie swych niekonczacych sie parad z pieskiem.

Dopiero kiedy zaobserwowala nasza bohaterska akcje ratownicza (zreszta calkiem, jak sie okazalo nie potrzebna), zblizyla sie do mnie, i z lekkim, nie pozbawiony sexappealu seplenieniem, rzekla: jestem Basia, z Lodzi, a to, wskazujac na pudelka, jest Pussy. Bedac zaledwie w operatywnym wladaniu 11 slow po francusku, nie bylem swiadom uroczej wieoloznacznosci tego pieszczotliwego imienia. Dopiero pozniejsza wizyta u Basi w Lodzi, po zakonczeniu sezonu, uswiadomila mi jego wielokonotacyjnosc. Przy tej samej okazji mialem zreszta poznac wielu, siedzacych juz na walizkach mlodych lodzian, ktorych w krotce emigracyjna losy wielokrotnie przeciely sie z moimi szlakami w kraju naszego wspolnego osiedlenia.

Tu, jak wspominalem, zakonczyla sie moja kariera ratownika, aczkolwiek raz, na wakacjach w Hiszpanii, uratowalem od utoniecia 2 malych niemieckich chlopcow. Uprzedzajac zarzuty, ktorymi bede za chwile obrzucony wyjasnie, ze skaczac do basenu nie znalem narodowosci potencjalnych topielcow.

A teraz wracam do karmienia kaczek i labedzi …

6 komentarzy to “Wspomnienia emeryta.”

  1. Drogi panie Krzysiek Bien, juz dawno sie tak nie zabawilem artykolem w jezyku Polskim jak ten. Napisany z humorem i polskim zargonem przypomina mi moje wakacje w 1966 roku w Nowym Saczu. Obiad kosztowal 5 zlotych a 100CC wodki to samo. Majac 5 zlotych jako dzienny budzet, jeden dzien sie jadlo a drugi dzien sie pilo. Dobrze ze gospodarka miala sad z dobrymi jablkami. Dobre czasy, czasy naiwne i prostoduszne, czasy niezapomniane..

  2. Kristof Bien 12/05/2019 at 08:12

    Tak, Bogusiu, kariera ratownika ma swoje naturalne limitacje wiekowe! Pomysl sama, jak by wygladala instrukcja dla ratownika w moim wieku:

    1. Przechyl glowe tonacego do tylu
    2. Zacisnij palcami nos tonacego
    3. Wyjmij dla pewnosci wlasna proteze dentystyczna
    4. Rozpocznij sztuczne oddychanie metoda usta-usta

    Ach, lepiej zostawmy…

  3. Panowie szkoda ze nie było mi dane korzystać z waszych usług ratowniczych w Darłówku.dzisia już za późno chociaż dalej pływam bardzo słabo
    Pozostaje wiec tylko dzika plaża i karmienie mew,czym zajęłam się ostatnio przebywając w sanatorium w Kołobrzegu Ale pomarzyć mozna i trzeba
    Sciski dla wszystkich

  4. Jak zwykle. bardzo ciekawa (nie mniej literacko) lektura. Pozdrawiam. Apolonia

  5. Adam Erdheim 11/05/2019 at 20:42

    Krzysiu, chwali ci się że nie dokarmiasz gołębi bo strasznie wszystko pbsrywają

  6. Brawo Krzysiek Bien.
    Ciekawie i dowcipnie opisane. Bogaty, literacki jezyk.
    Sam mialem w 1969-tym Miedzyzdroje jako moje podworko, lub lepiej po angielsku ”my backyard”. Juz przed sezonem wynajelem, jako jedyny jeszcze kuracjusz, lozko w pokoju z 12-toma lozkami. Czasem nocowal u mnie jakis kolega, a jeszcze czesciej dama. Jak juz dama to trzeba byc eleganckim wiec bylo nowe lozko i po tygodniu wszystkie juz byly uzywane. Eh to byly czasy… I to se juz ne nawrati Pane Havranek. Sezon niestety zkonczylem przedwczesnie. Idac za apelem towarzysza ”Wieslawa” (Gomulki), ktoremu przy okazji przesylam do piekla moje wyrazy wdziecznosci, juz 5-tego sierpnia plynelem na lewych papierach promem z Sasnitz do Trelleborga….
    Igor Nieczajew

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: