Irek

.

Napisal i przyslal Zenon Rogala

 


 

– Z mistrzostw wróciłem wcześniej, bo odnowiła mi się kontuzja mięśnia dwugłowego. Na spacer z Tropem wyszedłem jak co rano. Zwykle budzę się wcześnie, bo Trop wstaje wcześnie.  Liże mi stopy, żebym wstawał. Szans na dalsze spanie nie ma. Więc tak jak co dzień, również i dzisiaj o szóstej wyszedłem z Tropem na poranny spacer.

– Może nawet przed szóstą – delikatnie skorygowała Majka.

         – Sam już nie wiem, może faktycznie było wcześniej.

Oczy miał zamknięte. Mówił bardzo powoli. Lekarz, który przeprowadził operację, pozwolił mi tylko na chwilowy kontakt do czasu pojawienia się kogoś z Policji. Za chwilę Boguś złoży zeznania, a w protokole będzie to, co mówi w tej chwili.

– Wyszedłem też jak co dzień w kierunku parku, gdzie o tej porze mogę puścić Tropa luzem i gdzie może się wybiegać do woli, przy okazji uczę go aportować, – mówił jakby znał ten tekst na pamięć.

– Faceta widziałem zaraz po wyjściu z bramy. Biegł wzdłuż chodnika i wyglądał na porannego biegacza jakich wielu można spotkać o tej porze pod domem, a potem w parku. Z najbardziej absurdalnych, a możliwych zagrożeń, ta była ostatnia, że facet tuż po zrównaniu się ze mną, nieco zwolni i jednym zamachem prawej ręki wbije mi nóż w serce. Jednak właśnie tak się stało. Wyprzedzał  mnie z mojej lewej i z wielkim zamachem, jakby chciał się ode mnie odepchnąć, żeby nabrać większej prędkości wbił mi nóż po rękojeść. Pamiętam jeszcze, że widziałem z tyłu jego skuloną sylwetkę w ciemnej czapce. To cud, że wróciłem do domu, choć nie wiem jak, całe szczęście, że mieszkamy na parterze. Potem już tylko zamazane plamy przed oczami i słynne światełko w tunelu. W przedpokoju już leżałem bez ducha. Na obydwu łopatkach… jak teraz… żeby nie Majka … nie wiem co by ze mną było… a raczej dobrze wiem co by było – zamknął oczy. 

Boguś leżał pod oknem. Ale między nim, a oknem siedziała Majka. Gładziła dłońmi muskularne przedramię swego męża. Między kroplówką i całą pajęczyną różnych kabelków i plastykowych przewodów, jej szczupłe dłonie znalazły miejsce na dotykowy kontakt. Delikatne dłonie z widocznymi obwódkami brązowej, zakrzepłej krwi wokół paznokci, wyglądały jak pięciogłowe stworki po krwawej uczcie. 

Majka zadzwoniła do mnie z samego rana  i powiedziała, że Boguś leży w szpitalu na OJOMIE i walczy o życie. Wiedziała, że nigdy bym jej nie darował, gdyby nie powiadomiła mnie o tym zdarzeniu. Dlatego spotkanie przy łóżku mojego serdecznego kolegi i przyjaciela, który jeszcze parę dni temu na planszy zapaśniczej dawał dowody swojej tężyzny fizycznej, było moim niespodziewanym obowiązkiem. W zeszłym tygodniu ćwiczył bardzo intensywnie przed mistrzostwami, które jeszcze przecież trwają w jednej z europejskich stolic. 

Boguś przez wiele lat był z Majką i byłem zdania, że ją kochał. Ale  byłem też zdania, że kochał ją za bardzo. Kochać za bardzo to nie dawać szansy partnerowi, żeby pokazał jak on kocha. Kochać za bardzo, to być bezkrytycznym wobec partnera i nieodpowiedzialnym wobec siebie. Kochać za bardzo, to tracić z oczu siebie w oczach osoby kochanej.

Wszedł lekarz z cywilem i po krótkiej wymianie zdań Majka wyszła pierwsza do składanie zeznań. Kiedy oficer wróci, zeznania złoży Bogdan, ale wtedy już mnie przy nim nie będzie. Zostaliśmy sami. Milczałem. On też milczał.

– Boguś znamy się tyle lat. Powiedz czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć tylko mnie? Powiedz, czy jest coś, co chciałbyś zdążyć mi powiedzieć zanim będzie za późno? – zamilkłem. On też milczał.

         – Przysięgnij, że nie powiesz o tym nikomu. Przysięgnij, że Majka nie dowie się, że o tym wiesz. Przysięgnij, że… – nie otwierał oczu. 

Dotknąłem jego dłoni.

         – Przysięgam.

Jednak otworzył oczy i to miało znaczyć, że dopiero teraz mówi prawdę. 

         – Wróciłem z kontuzją o świcie. Żeby nie budzić Majki wszedłem do kuchni. Chciałem zrobić sobie śniadanie, ale pomyślałem, że ją zaskoczę i przyniosę śniadanie do łóżka. Zachowywałem się cicho, żeby jej nie obudzić, bo cały efekt poszedłby na marne. Wszedłem do sypialni. 

Leżeli w naszym łóżku całkiem nadzy. Majka nagle otworzyła oczy jakby obudzona moim wzrokiem. 

To był Irek, jej uczeń. Przychodził do Majki na korepetycje. Jak widać nie tylko z chemii.

– Nie będziesz mi już nigdy robił żadnych śniadań. W każdym razie nie ty – syczała. 

– To zdanie dobrze zapamiętałem. Prawdopodobne też, że ją odepchnąłem. Upadła. Wtedy poczułem ukłucie. To był  Irek, jej uczeń. Przychodził do Majki na korepetycje. 

– Pamiętaj. Przysięgłeś.


  

Wszystkie wpisy Zenka

TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: