Nadzieja w beznadziei (15)


Po trzech latach zesłania w Woroneżu poeta Osip Mandelsztam i jego żona Nadieżda wracają do Moskwy. gdzie na facjacie Domu Pisarzy zostawili maleńkie mieszkanko. Zamieszczam kolejny odcinek monodramu, który piszę dla Anny Moskal, aktorki Teatru Dramatycznego w Warszawie, na podstawie książki Nadieżdy Mandelsztam „Nadzieja w beznadziei”

Otworzyliśmy drzwi własnym, kluczem i stwierdziliśmy ze zdziwieniem, że w mieszkaniu nikogo nie ma. Na stole leżała notatka: Kostyriow oznajmiał, że przeniósł się wraz z żoną i dzieckiem na letnisko. W pokoju nie została ani jedna jego rzecz, jakby nikt tutaj w naszej nieobecności nie mieszkał, nikt nie wyciągał do przepisania wierszy, nie podsłuchiwał naszych rozmów — jak to robił narzucony nam przez policję sublokator Kostyriow. Dlaczego uważał za stosowne zniknąć? W każdym razie nie przez delikatność. Uznaliśmy to za znak, że Mandelsztam znalazł się istotnie na wolności. Ogromna masa ludzi wracała z zesłań znajdując popielisko: rodzice zmarli, żony zesłano, dzieci zginęły lub wyrosły na obcych ludzi. Nam się wydawało, że wcale nie wyjeżdżaliśmy. Nasze stare mieszkanie było iluzją normalnego istnienia. Wciskaliśmy twarze w poduszki i wmawialiśmy sobie, ze smacznie śpimy. Leżałam w kuchni na materacu, z ogromnym bólem głowy, a Osia biegał tam i z powrotem i czytał wiersze.

Naszym pierwszym gościem była Achmatowa. Kiedy przyszła przenieśliśmy się do przechodniego, bardzo małego pokoju, przegrodzonego szafą, za którą mieścił się tylko stolik i materac; zwykle leżał pod ścianą, ale teraz położyliśmy go w poprzek, żeby we troje na nim usiąść. Achmatowa przeczytała swój wiersz poświęcony Osi i jego zesłaniu w Woroneżu. Od wczesnej młodości oboje zwykli byli składać sobie sprawozdania z każdej poetyckiej linijki. W czasie spotkań młodnieli i rozśmieszali się wzajemnie. Nazywało się to „wielkie śmichy”. Wydawało się, że to nie dwoje wymęczonych skazańców, a jakaś lekkomyślna dziewczyna zaprzyjaźniła się z jakimś łapserdakiem. Życie robiło co mogło żeby oduczyć ich śmiechu, ale oboje z trudem poddawali się edukacji. `Odwiedził nas również poeta Jachontow i jego oczytana w partyjnej literaturze żona Lila, która układała mu montaże, jak ten, jaki wygłosił w Woroneżu. Lila nie wątpiła przez chwilę, że Stalin jest zbawcą ludzkości, a pisarz, który nie poświecił się kultowi Stalina, jest skazany na zapomnienie. Zamierzała napisać list do Stalina o tym, że należy pomóc Mandelsztamowi wstąpić na właściwą drogę i w tym celu wydrukować wszystkie jego wiersze.

Pewnego dnia po naszym przyjeździe, pisarz Walentyn Katajew woził nas po Moskwie swoim nowym prosto przywiezionym z Ameryki autem. Siedzieliśmy w nowym domu pisarzy z marmurowymi przedsionkami, które wprawiły w osłupienie tych co pamiętali jeszcze ubóstwo rewolucji i wojny domowej. Piętra odpowiadały rangom; na przykład Wiszniewski wymógł dla siebie mieszkanie przebywającego za granicą Erenburga, uważał, że przy stanowisku, jakie zajmował w Związku Pisarzy, nie wypada mu pchać się pod sam dach. W nowym mieszkaniu Katajewa wszystko było nowe: nowa żona, nowe dziecko, nowe pieniądze i nowe meble. „Lubię nowoczesność”, mówił mrożąc oczy, Katajew.

Pisarzom przewrócił w głowie nadmiar pieniędzy. Katajew częstował nas moskiewską nowością — hiszpańskim winem i pomarańczami, które pojawiły się pierwszy raz od czasu rewolucji. Z Ameryki przywiózł pierwszą pisarską lodówkę; w winie pływały kawałki zamrożonego lodu. „Kto pamięta Mandelsztama? — chyba tylko ja”, zwierzał się nam Katajew, „przypuśćmy, że pan umrze, a gdzie dzieła zebrane? Szanujący się pisarz powinien mieć dwanaście tomów z pozłacanymi brzegami”. Potem wyjawiał swoje plany: „Grunt to nie rozgniewać władzy. Teraz trzeba pisać w stylu Waltera Scotta”. A odprowadzając nas do przedpokoju, powiedział: „Może teraz pozwolą panu nareszcie ustatkować się?”.

Nasze mieszkanie było spółdzielcze, zapłaciliśmy za nie solidne pieniądze i według prawa nie można było nikogo w nim zameldować, a jednak zameldowano Kostyriowa, który był tylko śrubką ogromnego mechanizmu, człowiekiem bez twarzy; toteż został generałem i pisarzem jednocześnie. W pokoju Mandelsztama pisał swoje dalekowschodnie opowiadania i przepisywał jego wiersze.

Rejonowy komisariat milicji błyskawicznie odpowiedział na zapytanie Mandelsztama: w Moskwie nie może mieszkać z powodu karalności. „Dokąd jedziecie?”, spytał milicjant wręczając Osi odmowę. „Do Woroneża” „Proszę bardzo”, powiedział milicjant, „ale was tam też nie zameldują”. Okazało się, że zgodnie z wyrokiem dawniej nie wolno było nam mieszkać w dwunastu miastach, a teraz po odbyciu kary, Osia pozbawiony był prawa mieszkania w przeszło siedemdziesięciu miastach — i to dożywotnio. Jako niekarana żona, postanowiłam ratować nasze mieszkanie. „Jak to nie karana?”, oburzył się milicjant, „O proszę: Osip… karany…” „Osip to mężczyzna, a ja to kobieta… Nadieżda”. „Rzeczywiście, ale co to ma do rzeczy? Kim jest ta osoba? Mężem? A wiecie co to jest artykuł 58?” — wrzeszczał milicjant. Osia czekał na dole. Poszliśmy do domu, który nie był już naszym.

Pojawił się Kostyriow, pokręcił się, oznajmił, że spędzi kilka dni w Moskwie i wyszedł. Wrócił i zostawił drzwi do naszego pokoju otwarte. Myśleliśmy, że chce po prostu podsłuchiwać, ale okazało się, że czeka na gościa. My siedzieliśmy za szafą, a on rozmawiał z przybyszem — o przewodach elektrycznych. Gdy przybysz radził przewody wymienić, zdziwiłam się, że Kostyriow jest taki gospodarny. „Coś tu jest nie tak”, powiedział Osia, wyskoczył zza szafy i podszedł do elektryka: „Po co to udawanie?” — spytał, proszę powiedzieć o co panu chodzi — chyba o mnie, co?”. Przez następne dni przychodził do nas „elektryk” i grzebał w ścianach, zakładając podsłuch. W nocy nastrój Osi się pogorszył. Pokazał mi otwarte okno i spytał: „Może już czas? Chodź…póki jesteśmy razem“. „Jeszcze poczekajmy” — odpowiedziałam, a on się nie upierał. Czy dobrze zrobiłam? Uwolniłabym przecież jego i siebie od tylu mąk…

Jeden moskiewski dom był zawsze dla nas otwarty. Prowadzono nas do kuchni, gdzie u Szkłowskich karmiono nas i pojono. Kiedy ktoś dzwonili, gospodarze nim otworzyli drzwi, chowali nas do dziecinnego pokoju. Staraliśmy się u nich nie nocować, bo były tam windziarki, dobroduszne i biedne kobiety, które z dawien dawna pracowały dla tajnej policji, Czasami jednak nie było innego wyjścia i zostawaliśmy u Szkłowskich na noc. Rozkładano nam na podłodze owczą skórę i materac. Na szóstym piętrze nie było słychać podjeżdżających pod dom aut, ale kiedy w nocy ruszała winda, cala nasza czwórka zrywała się na równe nogi i słuchała: chwalą Bogu — obok. Pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że nie można nadużywać dobroci Szkłowskich. Przez parę dni nie przychodziliśmy, ale Osia nie wytrzymał i zadzwonił. „Wasylisa tak za wami tęskni, że nie może znaleźć sobie miejsca? — powiedział Wiktor. Po kwadransie Wasylisa przyjęła nas ze łzami radości. Wtedy zrozumiałam, że jedyne co naprawdę istnieje to niebieskie oczy tej kobiety. Czekaliśmy, aż Szkłowskiemu wypłacą kolejne honorarium autorskie. Przychodził do domu z pieniędzmi powtykanymi we wszystkie kieszenie i dawał nam cząstkę łupu. Ale krąg jałmużników zmniejszał się coraz bardziej. Jesienią 1937 roku Katajew i Szkłowski postanowili zorganizować w domu Katajewa spotkanie Osi z Fadiejewem, który miał wielkie wpływy i znany był ze swojej pobudliwości. Fadiejew bardzo się wzruszył i ze łzami w oczach ściskał Mandelsztama. Wiktor i Osia wrócili zadowoleni. Wyszli wcześniej, żeby dać Katajewowi możliwość obrobienia Fadiejewa, który obiecał, że wydrukuje kilka wierszy Mandelsztama. To jednak nie nastąpiło; być może Fadiejowowi „nie radzono”. Mieliśmy taką miłą formułę: wysoka osoba, którą proszono o pozwolenie na coś, zasępiała się i cedziła: „Decydujcie sami, proszę bardzo”, choć fatalne „nie” nie padało, było to równoznaczne z odmową. Zdecydowaliśmy więc, że Fadiejowowi „nie poradzono”. Ale Fadiejew zaproponował, że porozmawia „na gorze” i dowie się „co tam myślą”.

Dotrzymał słowa i któregoś dnia spotkał się z nami w Związku Pisarzy. Wyszliśmy z nim razem i wsiedliśmy do jego auta. Zaproponował, że nas podwiezie gdzie trzeba, a po drodze porozmawiamy. Usiadł kolo szofera, a my z tyłu. Odwrócił się i powiedział, że rozmawiał z Andrejewem, ale tamten oświadczył, że żadnej pracy dla Mandelsztama nie będzie. Fadiejew był zmieszany i zmartwiony. Osia próbował go pocieszać: „to nic, wszystko się ułoży”. W kieszeniach mieliśmy już skierowania do domu wypoczynkowego w Samatysze, dokąd niespodziewanie wysyłał nas na dwa miesiące Związek Pisarzy. Nie znosiliśmy sanatoriów i domów wypoczynkowych, i jeździliśmy do nich rzadko, tylko kiedy nie było już dokąd jechać, zawsze jakoś pachniało od nich śmiercią. (dcn)

Znalazłem w internecie Ewę Demarczyk, śpiewającą piosenkę “Cyganka” według wiersza Mandelsztama, w tłumaczeniu Jerzego Pomianowskiego:

Czaj piją mnisi, solą słodzą,
a z nimi droczy się Cyganka.
Siedzi Cyganka na pościeli,
raz w raz zalotnie okiem strzeli,
mizerne prośby mieląc w ustach.
Siedziała z nimi do zarania,
prosząc: „Podaruj, złoty panie,
choć szal, choć byle co, choć chustę…”
Co przeminęło, to nie wraca;
dębowy stół i nóż na tacy,
A w zamian chleba — jeż brzuchaty…
Nie mogli śpiewać mimo chęci
a więc przez okno, w kabłąk zgięci,
na dwór cisnęli się garbaty.
Minęło pół godziny.
Czarne garncami odmierzane ziarno
z wilgotnym chrzęstem żują konie.
Skrzypią wrzeciądze o świtaniu,
turkocze zaprzęg na majdanie
i pierwsze ciepło czują dłonie.
Zgrzebne ciemności rzedną ranem;
To cienkusz kredą zabielany
szynkuje za darmochę nuda,
a poprzez półprzejrzystą szmatkę
Sączy się z okna dnia serwatka
I miga w locie wrona chuda.
Czaj piją mnisi, solą słodzą
choć szal, choć byle co, choć chustę…

Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ


Nadzieja w beznadziei (15)

One Response to “Nadzieja w beznadziei (15)”

  1. Radzilbym dokonczyc skadinad swietny monodram i wyslac jak najszybciej do tej aktorki ,taka bedzie tez Ameryka Mariana gdy „postepowe sily” z BLM i Michelle wygraja.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: