Stanisław Kaszyński jako pierwszy próbował zawiadomić świat o Holocauście. Nie zdążył, Polacy go zdradzili

Stanisław Kaszyński z żoną Karoliną (Fot. archiwum rodzinne)


Przyslala Katharina Dr.Gasinska-Lepsien

Stanisław Zasada

W obozie zagłady Kulmhof naziści zamordowali ćwierć miliona Żydów. Jeden z mieszkańców chciał o tym powiadomić świat. Nie zdążył, Polacy go zdradzili.

Do zdjęcia założył marynarkę, białą koszulę, ciemny krawat. Kobieta wsparła głowę na jego ramieniu. Fotograf uchwycił ją w półuśmiechu.

– Pamiątka po rodzicach – Stanisław Kaszyński ma 80 lat. – Nawet ich nie pamiętam.

Gdy tamto się stało, miał dwa i pół roczku.

Nałkowska

Zaraz po wojnie. Pisarka Zofia Nałkowska pracuje w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce – zbiera relacje świadków. Tak powstanie książka „Medaliony”.REKLAMAhttps://0be9ae933930fc7ceb79546f89088dc3.safeframe.googlesyndication.com/safeframe/1-0-37/html/container.html

Z Chełmna nad Nerem pisze opowiadanie „Człowiek jest mocny”. Kończy tak:

„Ktoś pokazywał znaleziony strzęp pudełka od zapałek z greckim nadrukiem, inny wymyte przez deszcze papierki z cudzoziemskimi firmami aptek. Ktoś na miejscu dawnego krematorium znalazł dwie malutkie kosteczki ludzkie”.

To pierwszy na ziemiach polskich niemiecki obóz śmierci.

Meldunek

„Pracownik gminy, człowiek zaprzysiężony, słyszał, jak przez telefon gminny podawano do Łodzi, że 800 Cyganów załatwiono bez żadnych incydentów”.

Meldunek dotarł do łódzkiego podziemia pod koniec 1941 r. Znalazł się w konspiracyjnym Biuletynie Informacyjnym o sytuacji Żydów w powiecie kolskim.

Mariusz Kaszyński: – To był meldunek mojego dziadka Stanisława.

Stanisław Kaszyński miał też pisać listy do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.

Aż wpadł.

Spacer

Trzy kobiety spacerują w letnich płaszczach. Jarzębina za ich plecami ma dorodne owoce.

Pierwsza od lewej to Maria Grabowska. Wysoka, w prawej dłoni trzyma torebkę.

W środku Helena Kulińska. Niższa, do ciemnego płaszcza założyła rękawiczki, torebka pod pachą.

Ta po prawej, w białym płaszczu, z torebką w lewej ręce, nazywa się Karolina Kaszyńska.

Zdzisław Lorek: – Damska elita przedwojennego Chełmna.

Grabowska jest żoną Józefa, bogatego ogrodnika.

Kulińska prowadzi gospodę i sklepik. Handluje z mężem mydłem i powidłem. Raz w tygodniu jest mięso – Kuliński sam robi kiełbasy i kaszanki.

Kaszyńska to żona sekretarza gminy.

Rodziny są w zażyłości. Gdy Kaszyńskim rodzi się najmłodszy syn, proszą ogrodnika Grabowskiego, żeby trzymał Stasia do chrztu.

Świadkowie

Irena Miszczak: – Zauważyłyśmy z siostrą od strony pałacu Stanisława Kaszyńskiego prowadzonego przez dwóch mężczyzn w mundurach gestapo. Nie pamiętam, czy Kaszyński szedł w kajdankach.

Zauważyłam natomiast jakieś szarpanie i w pewnym momencie, gdy idąc szosą, cała trójka dochodziła do przejścia między kościołem a pałacem, gdzie my byłyśmy, Kaszyński wyrwał się i skierował w prawo, i zaczął biec. Usłyszałyśmy strzały i zobaczyłam, jak Kaszyński upadł.

Franciszek Marciniak: – Udałem się na miejsce, gdzie leżało ciało zabitego, w którym rozpoznałem Stanisława Kaszyńskiego. W chwili przypatrywania się zwłokom zabitego przystąpił do mnie komisarz SS i rozkazał mi, abym ciało zabitego zaniósł do piwnicy pałacu w Chełmnie.

Był rok 1942. 2, może 3 lutego.

Sekretarz

Ona: rocznik 1909, córka właścicieli restauracji w Babiaku, skończyła gimnazjum w stolicy.

On: sześć lat starszy, z Brudzewa (stąd pochodził słynny astronom Wojciech). Ma małą maturę. W tamtych czasach to jest coś.

Nim Stanisław Kaszyński zostanie sekretarzem gminy w Chełmnie, pracuje w Babiaku. Poznaje Karolinę, ślub biorą w 1929 – w Nowy Rok. Jeszcze w tym samym roku rodzi się Zbigniew, cztery lata później Maria, trzy lata po niej Barbara, a dwa tygodnie przed wybuchem wojny – Stanisław.

Kaszyński nie tylko sekretarzuje w gminie. Jest komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej i myśliwym, działa w Lidze Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Założył amatorskie kółko teatralne, w którym się udziela. Organizuje patriotyczne uroczystości.

Wnuk: – Dziadek miał duszę społecznika.

Pałac

Nałkowska: „Pałac, którego już nie ma, stał na samym skraju wzgórza, ponad rozległym widokiem na wiosenny kraj, gładki po horyzont. Podzielony równo zielonymi polami”.

Pałac po dawnych właścicielach Chełmna na razie stoi. Mieszka tam kilka rodzin. Józef Grabowski dzierżawi trzyhektarową parcelę, ma sad i poletko z warzywami. Co sobota jego pracownik wozi płody furmanką do Łodzi na targ.

Wieś: czterdzieści domów, dwieście osób. Chodzą do kościoła Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Tylko żydowska rodzina Rosentalów jeździ w szabat do synagogi w Dąbiu.

Neogotycka świątynia stoi przy szosie, na skarpie. Na plebanii proboszcz Karol Morozewicz (podobno był surowy, nie umiał żyć w zgodzie z parafianami) gra w brydża ze sklepikarzem Kulińskim, sekretarzem Kaszyńskim i kierownikiem szkoły Stanisławem Gryglewskim.

Za kościołem sklepik i gospoda Kulińskich. Za Kulińskimi budynek władz gminy i mieszkanie Kaszyńskich. Po drugiej stronie szosy nieduża szkoła. W parku koło pałacu mieszkańcy Chełmna bawią się na festynach 3 maja i 11 listopada. Dzieciarnia latem kąpie się w Nerze, zimą zjeżdża na sankach z przykościelnego wzgórza. W Chełmnie są już chodniki.

W czerwcu 1939 r. wybory na wójta wygrywa Franciszek Opas. Jednym z 12 radnych jest Konrad Schulz, Niemiec z sąsiedniej Sobótki.

 Kulmhof

Przybija polską pieczątkę, na orle długopisem kreśli swastykę. Kaszyński nie jest już sekretarzem gminy, a Chełmno nazywa się Kulmhof i leży w Kraju Warty – jednej z prowincji Rzeszy.

Komisarzem gminy jest Konrad Schulz. Poprzedni jest w Mauthausen-Gusen, podobnie jak kierownik szkoły. Gryglewski umrze w obozie w 1940 r., Opas – w 1942. W Dachau zginie ksiądz Morozewicz.

Kościół zamknięty, na plebanię Niemcy przenieśli urząd gminy. Pozostałą część zajmie komendantura Sonderkommando Kulmhof.

Były sekretarz zostaje w urzędzie, na niższym stanowisku. Zna niemiecki, ma dobre relacje z niemieckimi osadnikami sprzed wojny, wstawia się za nim Amtskommissar Schulz. Interweniował też w sprawie poprzedniego wójta, kierownika szkoły i proboszcza.

Kaszyński po dawnemu prowadzi gminne księgi: widać ten sam charakter pisma. Różnica jest taka, że przed wojną pisał po polsku, teraz – po niemiecku. Pisze na przykład, że zakupiono niemieckie flagi, pieczątki, portrety Adolfa Hitlera.

Ale nim nadejdą nowe pieczątki, używa polskich. Żeby było widać, kto tu teraz rządzi, Niemcy każą mu kreślić na nich hakenkrojce.

Rozwiązanie

Berlin, 20 stycznia 1942. W willi przy Groser Wannsee nazistowscy dygnitarze debatują nad ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej. Cel ambitny: trzeba zabić 11 milionów Żydów.

Gauleiter Kraju Warty Arthur Greiser nie czeka na to, co ustalą na naradzie. Napisał do Hitlera, żeby pozwolił mu „rozwiązać problem żydowski” we własnym zakresie – Żydów w Warthegau jest aż 400 tys. Führer się zgodził.

Wybrano Chełmno: wieś oddalona jest tylko o 60 km od Łodzi (teraz Litzmannstadt), a tam mieszka najwięcej Żydów. Sporo ich w okolicznych miasteczkach. No i leży na odludziu, wśród lasów.

Zadania podejmuje się SS-Hauptsturmführer Herbert Lange. Sprawdził się w mordowaniu chorych i niepełnosprawnych w Kraju Warty. Do zabijania używał mobilnych komór gazowych – ciężarówek przypominających wozy do przewożenia mebli, do których wpuszczano tlenek węgla.

Jesienią 1941 roku Lange jest w Kulmhof. Przywozi ze sobą najnowszy wynalazek Trzeciej Rzeszy: ciężarówki do zabijania ludzi.

Rzeźnia

27 stycznia 1942 r. niejaka Fela z getta w Kutnie pisze do rodziny:

„Kochani Moi! Pisałam już do Was jedną pocztówkę o losie, jaki nas spotkał. Oto wywieziono nas do Chełmna i zagazowano. Leży już tam 25 000 Żydów. Rzeźnia nadal trwa”.

W tym samym styczniu rodzina Gelbertów do Rywena Gelberta:

„Wczoraj otrzymaliśmy od Reginy straszną pocztówkę, w której nam pisze, że z tamtych okolic wysyłają ludzi do Chełmna i tam ich zagazują, tak że nikt już nie wraca stamtąd”.

Żydzi wiedzą już, co Niemcy z nimi robią.

Las

Zabijanie zaczęło się w poniedziałek 8 grudnia 1941.

Zbrodnię opisze amerykański historyk Patrick Montague. Z książki „Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady” wiemy, że najpierw wymordowano Żydów z Koła, potem z okolicznych miejscowości, wreszcie z łódzkiego getta.

Montague: „Pierwszy transport Żydów zabrano z Koła do Chełmna 7 grudnia. Tego dnia około siedmiuset ludzi przybyło do pałacu i tam spędziło noc. Następnego dnia ładowano ich grupami do samochodowej komory gazowej – starego furgonu Kaiser’s Kaffee – wożono do lasu, duszono i grzebano. Po południu do pałacu przybyła kolejna grupa z Koła i znów nocowała w obozie”.

Pałac nie zawsze może pomieścić czekających na śmierć. Żydów zamyka się więc w kościele. Tym pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Marii Panny – Żydówki z Nazaretu.

Niemcom się spieszy

Montague: „Pod koniec roku wszyscy żydowscy mieszkańcy bezpośrednich okolic obozu byli już wymordowani i pogrzebani w lesie”.

W styczniu trafia tu pięć tysięcy Romów. Po nich Żydzi z Litzmannstadt. Niemcy mordują też jeńców radzieckich, polskich księży, zakonnice, dzieci z Zamojszczyzny i czeskich Lidic.

Procedury są takie: ofiary przywozi się samochodami ze stacji w Dąbiu, w pałacu esesmani mówią im, że przyjechali do pracy, każą się rozebrać do dezynfekcji, prowadzą do ładowni ciężarówki, puszczają spaliny. Ciężarówki są trzy. Mniejsze mogą pomieścić 100 osób, większa – 150. Dziennie w Kulmhof ginie tysiąc Żydów.

Zwłoki grzebie się w Lesie Rzuchowskim, kilka kilometrów od Chełmna. Grabarzami są ci, którzy nie poszli od razu na śmierć. Czasem muszą grzebać bliskich. Wytrzymują po kilka, kilkanaście dni. Też giną nad dołami.

Z grobami jest kłopot.

Montague: „Grzebane od kilku miesięcy zwłoki zaczęły się pod ziemią rozkładać. Warstwy gruntu pokrywające mogiły zaczęły się wybrzuszać i po całej okolicy rozszedł się odrażający smród”.

Od lata 1942 zwłoki pali się w krematoriach.

Leśnik Heinz May: „Z początku zleciłem trzebież wszystkich młodników we wskazanej okolicy i dostarczyłem wielkie ilości chrustu i szczap. Jednak to nie wystarczyło i musiałem dostarczyć grube drewno. W końcu zużycie opału stało się tak wielkie, że przystąpiłem do wyrębów w starodrzewie”.

Nie wszystkie szczątki udaje się spopielić.

Leśnik May: „Puste w środku kości długie, które nie uległy spaleniu, wyciągano i miażdżono w młynie do kości o napędzie silnikowym, który znajdował się w specjalnie zbudowanym drewnianym baraku”.

Popiół i mączkę kostną rozsypywano koło lasu, wsypywano do Neru i Warty, używano jako nawozu.

Montague: „W materiałach z powojennego dochodzenia odnotowano, że w miejscach rozsypywania popiołów roślinność była bujniejsza i miała bardziej zielony kolor niż w okolicy”.

Mordowanie trwa do kwietnia 1943. Niemcy wysadzają pałac, burzą krematoria, sadzą drzewa. Do Kulmhof przyjeżdża Greiser – dziękuje załodze za oczyszczenie prowincji z Żydów. Z obozu jedzie do Koła na bankiet.

Rok później Kulmhof wznawia działalność: z Łodzi znów dojeżdżają transporty Żydów. Obóz działa do 17 stycznia 1945. Na drugi dzień do Chełmna wejdzie Armia Czerwona.

14 maja 2001 r., Chełmno nad Nerem, odsłonięcie pomnika Żydów pomordowanych w miejscowym obozie zagłady

14 maja 2001 r., Chełmno nad Nerem, odsłonięcie pomnika Żydów pomordowanych w miejscowym obozie zagłady Fot. Dariusz Kulesza/Agencja Gazeta

Telefon

Kaszyński już wie, po co Niemcy przywożą do pałacu Żydów. Podsłuchał rozmowy przez telefon.

Tak dowiedział się o wymordowaniu ośmiuset Cyganów, potem o planowanych deportacjach Żydów z Łodzi. Wiedzą dzieli się z podziemiem.

Mariusz Kaszyński, wnuk: – Dziadek należał do Związku Walki Zbrojnej, poprzedniczki AK.

„Pracownik gminy, człowiek zaprzysiężony” z akowskiego biuletynu to Stanisław Kaszyński.

Nadzorcy izolują obóz od postronnych (dziedziniec pałacu otoczyli wysokim płotem). Nie chcą, żeby o zbrodniach dowiedział się świat. Kamuflaż wydaje się dobry – niewinny pałac nie powinien budzić makabrycznych skojarzeń.

Okoliczni widzą, jak zwozi się ciężarówkami ludzi, którzy potem znikają. Słyszą krzyki.

Kaszyński wie najwięcej. Amtskommissar Schulz jeszcze przed wszystkim miał mu powiedzieć: „Poleje się krew i mało kto przeżyje”.

Piwo

Mężczyźni w mundurach ze swastyką rozsiedli się przed pałacem. Twarze wystawili do słońca, piją piwo. Henryk Mania siedzi z nimi. W garniturze, założył nogę na nogę, rozluźniony.

Inne wojenne zdjęcie: Mania pozuje z czterema rodakami na mostku na Nerze. Uśmiechają się.

Młodzi Polacy mają dobre relacje z niemiecką załogą Kulmhof – pomagają Sonderkommando. Formalnie są więźniami, ale nocują poza obozem, dostają pieniądze, wódkę. Zdarza się, że w czasie libacji sprowadzają do specjalnego pokoju ładne Żydówki.

Bił więźniów pejczem, okradał z kosztowności, odbierał ubrania i prowadził do ciężarówek, w których ich uśmiercano – zarzucą 60 lat później Mani prokuratorzy z Instytutu Pamięci Narodowej. Za współudział w ludobójstwie dostanie osiem lat. Jest schorowany, po kilku miesiącach wyjdzie na wolność.

Układ z Niemcami ma też Józef Grabowski – pozwalają mu dzierżawić przypałacowy ogród. Ogrodnik sprzedaje im owoce, warzywa.

Lorek: – W cieniu masowej zbrodni część Polaków prowadziła interesy z okupantem.

Egzekucja

Byłego sekretarza gminy aresztuje sam Lange. Jest sobota, 31 stycznia 1942.

– Tatuś wyszedł rano do pracy i już go nie zobaczyłam – pamięta Maria Rybnikow (nazwisko po mężu), jedna z córek Kaszyńskich.

Podobno Amtskommissar Schulz ostrzegł Kaszyńskiego, co mu grozi. Sekretarz ostrzeżenie zlekceważył. Niemcy trzymają go w pałacu. Przesłuchują.

Po dwóch dniach (niektórzy mówią, że po trzech) żandarmi prowadzą Kaszyńskiego do byłej siedziby gminy. Tam, gdzie urzęduje Lange. Więzień miał się wyrwać i zaczął uciekać.

Żandarmi strzelają. Zwłoki każą przenieść do pałacowej piwnicy.

Zdzisław Lorek: – Sami to sfingowali, że niby zastrzelili go podczas próby ucieczki. Bali się go oddać gestapo w Łodzi, bo wydałoby się, że mają u siebie agenta.

Wnuk Kaszyński, historyk: – Może Niemcy chcieli pokazać miejscowym, jaka kara czeka tych, którzy spróbują pomagać Żydom.

Kilka dni po śmierci Kaszyńskiego ktoś podrzuca pod dom jego rzeczy: płaszcz, czapkę i szal.

Ciała nie wydano.

Pieluszki

Prosi o nocną koszulę, mydło, cukier. List do dzieci pisze z więzienia w Łodzi. Wyśle jeszcze kilka. W ostatnim poprosi o pieluszki i ubranka dla noworodka.

Na początku lutego Karolina Kaszyńska dostała wezwanie na gestapo. Iść? Uciekać? – zastanawia się. Ma w Warszawie brata. Ale jak się tam dostanie w mroźną zimę z czwórką dzieci?

Ostatni widzi ją najstarszy syn – zabrała go, gdy szła na przesłuchanie. Zbigniew zapamięta, jak Niemcy prowadzili matkę. Obejrzała się kilka razy w jego stronę. Płakała.

Trzymają ją w Chełmnie. Potem w kobiecym więzieniu w Łodzi przy Gdańskiej. Stamtąd wysyła listy, w których prosi o nocną koszulę, mydło, cukier, pieluszki. W połowie czerwca jest w więzieniu gestapo przy Sterlinga. Tu ślad się urywa.

Nie wiadomo, co stało się z dzieckiem.

Zdrada

Wersje zdrady są dwie.

Jedna mówi, że ogrodnik Grabowski wysyła furmana Jana Szałka do Łodzi z wozem owoców i warzyw. Szałek wiezie też meldunek od Kaszyńskiego o mordowaniu Żydów. Na targu jego rozmowę z kimś z podziemia widzi Grabowski (przyjechał autobusem). Podejrzewa, że pracownik sprzedaje na lewo warzywa. Rewiduje go, znajduje meldunek. Szałek wszystko wyjawia: wie, że Grabowski przyjaźni się z Kaszyńskim, że trzymał do chrztu Stasia. Ale Grabowski idzie na gestapo.

Wersja druga: Kaszyński wręcza list Grabowskiemu i prosi, żeby Szałek zawiózł go do Łodzi. Na targu przesyłkę ma odebrać ktoś z podziemia. Szałek pokazuje list dziewczynie, Niemce. Ta idzie na gestapo.

Zaraz po wojnie Grabowski siedzi w więzieniu – ludowa władza zarzuca mu kolaborację z Niemcami. Szybko wyjdzie. Wstawili się za nim miejscowi. Inni plotkują, że miał się wykupić złotem po żydowskich ofiarach obozu.

Dwadzieścia lat po wojnie Stanisław Kaszyński junior się żeni. Na wesele prosi chrzestnego. – Po kielichu mój starszy brat wymawiał Grabowskiemu, że wydał Niemcom ojca. Uciekł z wesela.

Józef Grabowski do śmierci wypierał się zdrady.

Listy

Pół wieku po wojnie. W Lesie Rzuchowskim staje obelisk ku czci Stanisława Kaszyńskiego. Zamordowany „za próbę poinformowania opinii światowej o zbrodniach dokonywanych na ludności żydowskiej” – wyryto w kamieniu.

Montague: „Kaszyński czuł moralny obowiązek powiadomienia świata o okropnościach, jakie miały miejsce w jego wsi – pisał i wysyłał listy do przedstawicielstw dyplomatycznych i do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Szwajcarii”.

W Chełmnie powtarzają to od powojnia.

– Dziadek działał dwutorowo – powiada Mariusz Kaszyński. – Wysyłał meldunki do polskiego ruchu oporu oraz pisał listy do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i do szwajcarskich konsulatów w Łodzi i Berlinie.

Wnuk przyznaje, że żadne dokumenty się nie zachowały. – Ale ta historia była zawsze żywa w rodzinie – podkreśla. Zbigniew Kaszyński, najstarszy syn Stanisława, opowiadał po wojnie, jak ojciec prosił go o pomoc w tłumaczeniu listów na niemiecki, które chciał wysłać do Szwajcarii.

Wersję potwierdził zaraz po wojnie niejaki Jan Oliskiewicz. Zeznawał, że jego też Kaszyński prosił o przetłumaczenie na niemiecki listu do szwajcarskiego konsulatu. Po jego wpadce Oliskiewicz był krótko aresztowany. Miał się wyłgać Niemcom, że spalił listy Kaszyńskiego i żadnego nie wysłał.

Lorek wątpi w te opowieści: – Kaszyński znał niemiecki, więc po co miałby prosić nastoletniego syna o pomoc w tłumaczeniu? A Oliskiewicz chciał się przypodobać nowej władzy, wszak komuniści mianowali go starostą. Wolał więc wątek z Czerwonym Krzyżem niż z antykomunistycznym podziemiem, do którego sam należał.

Jeśli nawet, to skąd tuż po wojnie ktoś wymyślił historię o informowaniu Zachodu o zagładzie Żydów? W Polsce prawie nikt nie znał jeszcze legendy Jana Karskiego.

Montague: „Czy Kaszyński naprawdę je pisał? Zapewne tak”.

Prawdziwki

Las Rzuchowski. Październik, sobota. Kobieta i mężczyzna w średnim wieku mają wiaderka.

– Dużo grzybów? – zagaduję, gdy widzę, po co przyszli.

– Słabo – odzywa się mężczyzna. – Trochę rydzów i prawdziwków.

Udaję głupiego: dopytuję, w którym miejscu był obóz. Mówią, że tutaj.

– Kochanie, ilu Żydów zamordowano? – pyta mężczyzna.

Kobieta marudzi pod nosem. Niezadowolona z obecności obcego.

Mężczyzna każe mi się cofnąć i pójść w głąb lasu, żebym zobaczył ślady po krematoriach. Widzę fundamenty i podmurówki z betonu.

Wracam. W stronę byłych krematoriów idzie ta sama para grzybiarzy.

Patron

Rok 1999. Szkoła w Chełmnie wybiera patrona. Proboszcz, katechetka i Zdzisław Lorek z muzeum zgłaszają Stanisława Kaszyńskiego. Patronem zostaje Adam Mickiewicz.

Pytam, czemu nie lokalny bohater.

Lorek: – Bo pomagał Żydom.


Korzystałem z: Patrick Montague „Chełmno.
Pierwszy nazistowski obóz zagłady”; Bartłomiej Grzanka, Małgorzata Grzanka „Cień zagłady”


Stanislaw Kaszynski

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: