Ożeniony ze szlachcianką (13)

Marian Marzynski


Inna szlachcianka, Monika Minkiewicz i jej mąż Wiktor Markowicz, sponsorzy muzeum „Polin”, są od lat naszymi przyjaciółmi. Monika jest córką aktorki Janiny Gosławskiej i poety — satyryka, Janusza Minkiewicza. Urodziła się w tragicznym czasie: na miesiąc przed wybuchem powstania warszawskiego. Wracając do własnych przeżyć dziecka 2 wojny światowej, sięgam do pamiętnika jej matki:

Monika urodziła się w piękny, upalny dzień, poniedziałek, 3 lipca 1944 roku, o godzinie 2:15 po południu, w lecznicy „Sano”, Lwowska 13. Maleńka ważyła 2 kilo i 700 gramów. Pod prawym okiem miała zadraśnięcie od kleszczy, które szybko się zabliźniło. Przyjechałyśmy do domu na ulicy Pierackiego 17 m 25, gdzie mieszkała ze mną moja mama. Ojciec Moniki Janusz przeprowadził się pod Otwock. Wkrótce zaczęły się alarmy i naloty sowieckie na Warszawę. Zanosiłyśmy Monikę do schronu, gdzie był koszyk, w który się ją kładło.

1 sierpnia padał deszcz. W sklepie z dziecinną konfekcją kupiłam malej 2 czepeczki i żakiecik w różową kratkę. W mieście był niepokój. Z bramy wynoszono jakieś paki dużych rozmiarów. Mówiono, że przenoszą broń i że niedługo wybuchnie powstanie.

Któregoś wieczoru siedziałam z Moniką na kanapce koło okna, gdy dziecko w poduszce drgnęło. Rozległ się ogłuszający huk, brzęk stłuczonego szkła, jakieś krzyki. Dookoła rozrywały się pociski. Wybiegłyśmy na podwórze i przez dziurę w murze przedzierałyśmy się na Smolną. Domy się paliły. Matka i ja instynktownie pochyliłyśmy się nad małą. Gruz i odłamki szkła sypały się na nasze plecy Zbiegłyśmy do schronu. Buzia dziecka, rączki, becik, wszystko zasypane było kurzem. O 7. wieczorem wywieszono białe flagi.

Rano Niemcy kazali nam wychodzić z domów. Owinęłam Monikę w chustkę. Wyszliśmy przed dom. Na Smolnej stali Niemcy z najeżonymi karabinami. Zagnali nas do Muzeum. Słońce grzało mocno. Suszyłam pieluszki, rozwieszając je na działkach przeciwlotniczych, które stały na dziedzińcu Muzeum. Po godzinie kazano matkom z niemowlakami i starcom ustawić się w szeregi i pod eskortą żołnierzy iść na Dworzec Zachodni, skąd miał nas zabrać pociąg do Pruszkowa.

Na ulicy Czerwonego Krzyża SS-mani grali w piłkę. Zezwierzęcone twarze tych zbrodniarzy napełniały nas strachem. Omijaliśmy wzrokiem ich spojrzenia, żeby nie narazić sobie na wyciągnięcie z pochodu. Nad Wisłą były działki pomidorów. Głodni rzucaliśmy się na nie. Prowadzono nas dalej wypaloną doszczętnie Tamką. W bramach, w zupełnym rozkładzie leżały trupy. W upale roje much krążyły dookoła. Niosłam Monikę, nie przewijając jej wcale, bo nie było gdzie i kiedy, dostawiałam ja tylko mocno do piersi. Ręce miałem zdrętwiałe. Było coraz upalniej. Paliło nas nieludzkie pragnienie. Weszliśmy w Wolską, gdzie nieznośny był swąd spalenizny domów i zwęglonych ciał. Na ulicy, przy małych stolikach, Kałmucy rozdawali papierosy i czarną kawę, zdejmując w zamian obrączki i zegarki.

Wepchnięto nas do kościoła, gdzie owiał nas chłód. Ludzie rzucili się do ławek. My przysiadłyśmy na gołej posadzce. Na kolanach znajomej pani przewinęłam Monikę. Z kościoła nie wolno było wychodzić, wobec tego potrzeby naturalne załatwiano przy bocznych ołtarzach. Nasza radość, że odpoczniemy, nie trwała długo. Po 20 minutach zaczęto pędzić nas dalej.

Na Dworcu Zachodnim czekały wagony. Krzyk, tłok, bałam się, że mi zagniotą dziecko. Ktoś siedzący już w wagonie zaproponował, żebym Monikę podała mu przez okno, ale byłam w strachu, że jeśli sama się nie dostanę, to co będzie z małą? Wreszcie wepchnęliśmy się wszyscy. Po półgodzinnej jeździe, o zmroku byliśmy w Pruszkowie. Wpędzono nas do olbrzymich hal elektrowni.

Leżeliśmy na podłodze. Byliśmy tak głodni i spragnieni, że o spaniu nie było mowy. Długo w nocy słychać było nawoływania: „ulica Kopernika”, „Nowy Świat”, „Tamka”, ale baraki były olbrzymie i odnaleźć się było trudno. Moje dzieciątko spało, ale tak było brudne, że wycieranie mokrą szmatką raczek i buzi nie pomagało. Czy uratujemy się i czy nas nie rozłączą, czy malutka nie rozchoruje się po drodze? Miałam niedobre przeczucie i nie pomyliłam się. Rano Monika obudziła się rozgorączkowana i trudno było jej oddychać. Moja rozpacz nie miała granic. Co zrobić, jak będzie zapalenie płuc? Zawsze wierzyłam w jakąś łączność między nami a zmarłymi, więc w chwili tej rozpaczy modliłam się do mojego ojca i do rodziców Janusza — o pomoc dla mojego dziecka.

Po południu przyszedł żołnierz i powiedział, że jedziemy transportem, który odchodzi za dwie godziny do niemieckiego Wrocławia. Byłam jak ogłuszona toporem. Z chorym dzieckiem do Niemiec? Miałem pewność, że Monika nie przetrzyma tej drogi. Ale podeszła siostra Czerwonego Krzyża i powiedziała, że moja matka i ja z niemowlęciem, powinniśmy być zwolnione z tego transportu. Żołnierz stojący przy wyjściu spojrzał na dziecko i wypuścił nas. Ledwie żywe doszłyśmy do stacji kolejki, ale nie miałyśmy pieniędzy, żeby coś kupić do jedzenia. Na szczęście ludzie na stacjach wrzucali nam do wagonów chleb i pomidory.

Zaczęła się nasza gehenna mieszkaniowa. Ludzie gnieździli się dziesiątkami w maleńkich pokoikach, o wynajęciu rodzinie z niemowlęciem nie było mowy. Wreszcie udało nam się dostać klitkę, do której wchodziło się przez kuchnię gospodarzy, miłych, ale brudnych i zawszonych. Szyba w pokoju była wybita. Na łóżku trochę słomy bez siennika. Zimno straszliwe. Przestałyśmy kąpać Monikę, żeby się nie przeziębiła. Codziennie znajdowaliśmy wszy na sobie. Monika otulona kocem spala smacznie, a ja leżąc w ciemności, płakałam.

Gospodyni wpadła do kuchni z okrzykiem: „Bolszewicy!” Ubrałam małą i wyszliśmy na podwórze. Na koniach siedziało dwóch żołnierzy z czerwonym gwiazdami na czapach. Ogarnęła mnie szalona radość.

3 lutego 1945: spotkanie z Januszem w Łodzi. 14 lutego 1945: pierwszy ząbek. 15 kwietnia 1945: Monika siada o własnych silach. 14 maja 1945: stanęła po raz pierwszy trzymając się poręczy łóżeczka. 16 sierpnia 1945 : pierwszy kleik z ryżu. 20 sierpnia 1045: dostała pierwsze buciki (kremowo- niebieskie), o własnych siłach przeszła kilka kroków. 19 września 1945: pierwszy soczek z marchewki. 25 września 1945: 4 kilo, 930 gramów. 2 stycznia 1946: 6 kilo,, 200 gramów, 66 centymetrów. 9 sierpnia 1946: 8 kilo, 30 gramów. 3 kwietnia 1946: 10 kilo.

Janusz Minkiewicz z córką Moniką. Zakopane 1947.

Poprzednie odcinki

TUTAJ


Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ


Ożeniony ze szlachcianką (13)

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: