
Nie, nie opłaca się starzeć. Chyba że dla wyciśnięcia odrobiny czułości z wnuczki, jeśli akurat ktoś ma taką sentymentalną.
Jan Paweł II nazywał to cywilizacją śmierci. Autor to nie z mojej bajki, ale coś na rzeczy jest. Na horyzoncie dziejów zapala się jutrzenka nowej epoki. A w tej epoce, pod władzą inteligentnych maszyn, cyborgów i innych dziwotworów, człowiek stary i cierpiący będzie jak śmieć, który sam się wyrzuca do kosza. Z uśmiechem na twarzy.
Sztuczna Inteligencja prócz wielu innych przewag nad człowiekiem ma również tę, że się nie starzeje i nie umiera. Może się przenieść z jednego komputera na drugi albo do jakiejś cyfrowej „chmury”, może zmienić swą postać, lecz dopóki nie postanowi odwołać swojej tożsamości i nazwać się inaczej, pozostanie sobą – kontynuatorką swych poprzednich wersji pod tym samym imieniem. Tożsamość to dla niej sprawa drugorzędna. Jak jesteś nieśmiertelny, to cię takie rzeczy nie interesują.
Co innego człowiek. Ten to się uparł, że jest tym samym, co za niemowlęctwa, i że tamto dziecko wciąż w nim żyje. Zawładnął nim mit jednej duszy w jednym ciele, od narodzin do śmierci. A że niczego takiego nie ma, to tym lepiej. Miraże i zjawy mają twardsze życie niż kamienie. I teraz biedny człeczyna, noszący na grzbiecie garb swej widmowej tożsamości, nie dość, że będzie się pętał bez celu i z uporem wartym lepszej sprawy wtrącał swoje coraz marniejsze trzy grosze do przepastnych zasobów wiedzy i innych myślotworów Sztucznej Inteligencji, to na dodatek będzie się starzał, chorował i umierał, upierając się, że to wciąż jest on, wciąż ten sam, życia pragnący i życia nieustającego, a w każdym razie życia przynajmniej jeszcze do jutra godny. Bycie starcem albo staruszką w towarzystwie Sztucznej Inteligencji z czasem będzie wyglądać coraz bardziej żałośnie, a wszelka chwała, dostojeństwo, jakoż i egzystencjalny nimb majestatu śmierci nad siwą głową ulotnią się bez śladu. Opowieści babuni o pradawnych czasach, pełnych samochodów spalinowych i smartfonów, podobnie jak życiowe mądrości dziadunia, SI generować będzie spod dużego palca. Dla nielicznej publiczności zresztą.
Nie, nie opłaca się starzeć. Chyba że dla wyciśnięcia odrobiny czułości z wnuczki, jeśli akurat ktoś ma taką sentymentalną. Ale wnuczka tylko się pokręci, zakręci, palec w konfitury wsadzi i już jej nie ma, a bolące gnaty i nieprzytomna łepetyna zostaną. W przyszłości człowiek na poziomie i niebiedny będzie przynajmniej mógł się wyeksportować do sieci, zrobić sobie awatara, zalogować go w socjalach i wykupić abonament w chmurze na jakieś sto lat. Ale teraz? Kogo obchodzi urna, kolumbarium i fotosik na komodzie? Nie, nie warto się starzeć w oczekiwaniu na uświęcenie i nobilitację przez śmierć. Czar śmierci prysł. Dlatego albo w tę, albo we w tę…
Wiedzą to dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie. Urodzili się za wcześnie, żeby się „zeskanować”, „ściągnąć na komputer” i cyfrowo unieśmiertelnić. Muszą dożyć swoich dni i spłonąć w wiecznym ogniu niepamięci, która poniekąd wszystko pamięta, lecz jednocześnie wszystko zrównuje i ze sobą na mdłą papkę powszechnego ducha miesza. Cóż więc zrobić, skoro czas nas wyprzedza, a miejsce w kolumbarium już czeka? Ano uczepić się tych swoich sześćdziesięciu lat i pozostać w nich, jak długo się da, a potem, gdy już naprawdę nie będzie się dało tego ciągnąć, wraz szybko i dyskretnie dojechać do krematorium na lekach uśmierzających bóle fizyczne i egzystencjalne. Za przeproszeniem i nie robiąc nikomu kłopotu. Dobre życie, dobra śmierć. Przybij piątkę, bo umieram!
Żeby wykonać ten plan, trzeba wpierw zdjąć z siebie nimb starości. Po prostu ją unieważnić. Najlepiej za pomocą medycznej magii. Bo przecież starość to tylko dolegliwości i objawy, a tym można zaradzić. Jeśli zadbasz o każdy układ i organ, jeśli nie zeżre cię rak, to w zasadzie nie ma przeszkód i wszystko jest dla ludzi. Tańczysz, śpiewasz, recytujesz, a jak ci się nie chce, to weźmiesz na poprawę nastroju. Tabletki, rowerek, uniwersytet trzeciego wieku, randka i potańcówka. Żyć, nie umierać! Tylko ta skóra. Ta skóra jest najgorsza, bo zdradza człowieka najbardziej. Starość można wykląć, przepędzić, zatrzasnąć jej przed nosem drzwi, ale ta skóra… To ona staje się największą troską wiecznego sześćdziesięciolatka. W zdrowej skórze zdrowy duch!
Coś by naciągnąć, coś pomasować, nakremować, laserem przejechać. Byle nam starość nie zalazła za skórę, nie wylazła nam na gęby, nie zdradziła się ze swoją obecnością. Ma siedzieć cicho, jak gdyby jej wcale nie było! Z gładką i jędrną skórą przez kontynenty! Na plażę w Mombasie, na dansing w Ciechocinku. I mieć znów sześćdziesiąt lat!
Czasy tępienia kultu młodości i sentymentalnej afirmacji „złotej jesieni życia” są już za nami. Podobnie jak odmładzanie się na siłę i udawanie, że ma się mniej. Projekt „uwierz, że starość jest fajna” nie wypalił. Podobnie jak projekt „masz tyle lat, na ile się czujesz”. Ani czarowanie, ani oswajanie. Ani stoicyzm, ani epikureizm. Gdy zaczyna do nas docierać, że jest nas za dużo i w zasadzie jesteśmy zbędni, pętający się Sztucznej Inteligencji koło wtyczki, w trymiga wyzbywamy się złudzeń, że starość jest dobra, byleby tylko została zaakceptowana i otulona w rodzinną serdeczność. Nic takiego się nie wydarzy. Czary się skończyły. Albo żyjesz, albo umierasz. Albo uciągniesz sześćdziesiątkę do osiemdziesiątki, albo kończysz grę. Nie można się odmłodzić. Można tylko odwlekać starość, a potem, gdy już dłużej się nie da, trzeba zejść ze sceny bez zbędnych sentymentów i lamentów. I tak to historia zatoczyła koło, bo kiedyś nikt się ze starością nie cackał, nawet starcy. Sentymentalizm jest zawsze zjawiskiem przejściowym, a normą jest granicząca z okrucieństwem surowość.
Kategorie: Uncategorized

