BEZ POKOJU W NASZYCH CZASACH

Nadeslal Pawel Jedrzejewski

pawel Jedrzejewski

 

 

 

 

fzp

 

Charles Krauthammer

 

Prosta, a wnikliwa i logiczna analiza sytuacji w artykule publicysty „Washington Post”.

Spośród wszystkich bzdur wygłaszanych zgodnym chórem w reakcji na przekonujące zwycięstwo Benjamina Netanjahu w wyborach, żadna nie jest bardziej powszechna niż ta, iż szanse na pokój trzeba pogrzebać, ponieważ Netanjahu oświadczył, że nie będzie państwa palestyńskiego, gdy jest on premierem Izraela.

Mam wiadomość dla beczących w tym stadzie: gdyby Izaak Herzog został premierem, także nie byłoby  pokoju i również nie byłoby państwa palestyńskiego. Identycznie,gdyby premierem był Ehud Barak i Ehud Olmert. Dwaj ostatni byli premierami (nie z Likudu), którzy oferowali Palestyńczykom własne państwo (ze stolicą w Jerozolimie), oraz z całym izraelskim osadnictwem wysiedlonym z Palestyny – tylko po to, aby te propozycje zostały brutalnie odrzucone.

To nie jest historia starożytna. To są lata 2000, 2001 i 2008 – trzy zadziwiająco ustępliwe oferty pokojowe w ciągu ostatnich 15 lat. Każda odrzucona.

Podstawowy fakt jest wciąż ten sam: to pokolenie przywódców palestyńskich – od Jasera Arafata do Mahmuda Abbasa – nigdy nie podpisało i nigdy nie podpisze swojego imienia pod ostatecznym porozumieniem pokojowym dzielącym się ziemią z państwem żydowskim. A bez tego żaden izraelski rząd nie zgodzi się na państwo palestyńskie.

Dziś jednak istnieje jeszcze drugi powód, że porozumienie pokojowe jest niemożliwe: największa niestabilność całego Bliskiego Wschodu. W ciągu pół wieku był on rządzony przez dyktatorów, za którymi nikt nie przepadał, ale z którym można było robić interesy. Na przykład porozumienie izraelsko-syryjskie z 1974 roku przyniosło ponad cztery dekady niemal całkowitej ciszy na granicy, bo tak zarządziła dyktatura Assadów.

Ten autorytarny porządek już nie istnieje – obalony został przez Arabską Wiosnę. Syria jest niszczona przez wielostronną wojnę domową, która zabiła 200 tysięcy ludzi, a w której sojusznicy Al-Kaidy, bojownicy Hezbollahu, oddziały rządowe, a nawet od czasu do czasu irański generał grasują nad granicą izraelską. Kto ją przejmie? Nikt tego nie wie.

W ciągu ostatnich czterech lat Egipt przeżył dwie rewolucje i trzy diametralnie różne systemy rządów. Jemen przeistoczył się z państwa pro-amerykańskiego w sojusznika Iranu  i to tak szybko, że Stany Zjednoczone musiały w panice ewakuować swoją ambasadę.

Libia z państwa szalonego autorytaryzmu Kadafiego przeistoczyła się w kraj wojny domowej zdominowanej przez dżihad. W ostatnią środę Tunezja, jedyny kraj względnego sukcesu Arabskiej Wiosny, doznała znacznego ataku terrorystycznego, który – jak powiedział jej premier – „postawił sobie za cel zniszczenie stabilności kraju.”

Od Mali do Iraku, wszystko jest w zawirowaniu. Dzięki jakiej więc magii, pośród tego chaosu, Zachodni Brzeg – rozdarty zaciekłą rywalizacją Fatahu z Hamasem – miałby pozostać oazą stabilności? Co w ogóle mogłoby jakiemukolwiek izraelsko-palestyńskiemu porozumieniu pokojowemu dać choć odrobinę nadziei na trwałość?

Był czas, gdy Arafat rządził ruchem palestyńskim tak, jak Kaddafi w Libii. Abbas nie rządzi nikim. Zastanówmy się: dlaczego  jest on obecnie już w jedenastym roku swojej czteroletniej kadencji, a przez ostatnie 5 lat odmawia przeprowadzenia wyborów? Bo boi się, że przegra z Hamasem.

Z wyborami lub bez wyborów, West Bank może zostać przejęty przez Hamas w jedną noc. A w tym momencie ostrzał skierowany zostanie na Tel Awiw, na lotnisko Ben Gurion i całe miejskie centra Izraela – tak jak pada na południe Izraela ze Strefy Gazy, gdy to odpowiada Hamasowi, który przeobraził pierwsze państwo palestyńskie w terrorystyczną bazę ogniową.

Każdy arabsko-izraelski układ pokojowy wymagałby od Izraela niebezpiecznych i z natury nieodwracalnych ustępstw terytorialnych na Zachodnim Brzegu w zamian za obietnice i gwarancje. W obecnych warunkach, byłyby one zapisane na piasku.

Izrael jest otoczony przez terrorystów dżihadu na Synaju, Hamas – w Strefie Gazy, Hezbollah – w Libanie, Islamskie Państwo i irańskich sojuszników – w Syrii i przyjazną, ale bardzo kruchą Jordanię. Izraelczycy nie mają pojęcia, kto ostatecznie będzie rządził każdym z tych miejsc. Czy państwo islamskie dojdzie do granicy z Izraelem? Czy Gwardia Rewolucyjna Iranu pojawi się na Wzgórzach Golan? Nikt tego nie wie.

Cóż – mówią krytycy – Izrael mógłby otrzymać gwarancje z zewnątrz. Gwarancje? Podobne do Budapesztańskiego Memorandum z 1994 roku, w którym Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja zagwarantowały „integralność terytorialną” Ukrainy? Podobne do „czerwonej linii” w Syrii? Podobne do jednogłośnej rezolucji ONZ deklarującej nielegalnym każde wzbogacanie uranu przez Iran – rezolucji obecnie w praktyce uznanej za nieistniejącą?

Pokój oczekuje trzech rzeczy. Ostatecznej akceptacji państwa żydowskiego przez stronę palestyńską. Palestyńskiego przywódcy gotowego podpisać umowę w oparciu o to założenie. Odrobiny stabilności regionalnej, która pozwoliłaby Izraelowi na podjęcie ryzyka potencjalnie śmiertelnych zagrożeń, jakie taka umowa będzie pociągać za sobą.

Uważam, że taki dzień nadejdzie. Jednak istnieje zerowa szansa, że pojawi się obecnie lub nawet szybko. I to jest w zasadzie to, co powiedział w czwartek Netanjahu w wyjaśnieniu – i zmiękczeniu – swojego oświadczenia o tym, że nie będzie zgody na państwo palestyńskie.

W międzyczasie, rozumiem druzgoczące rozczarowanie administracji Obamy i jej medialnych pudelków z powodu spektakularnego sukcesu zagranicznego przywódcy, którego nienawidzą bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. I wynikające z tego pienienie się i bulgotanie są całkiem zrozumiałe, nawet jeśli niestosowne. Jednak obwinianie Netanjahu za oddalanie się szans na pokój – jest bezmyślne.
19 marca 2015.

Tłum. MJ PJ

http://www.washingtonpost.com/opinions/no-peace-in-our-time/2015/03/19/8df19520-ce61-11e4-a2a7-9517a3a70506_story.html?hpid=z2

 

http://www.fzp.net.pl/izrael/bez-pokoju-w-naszych-czasach

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: