Uncategorized

Osiem lekcji Idy Fink

Wtym roku mija setna rocznica urodzin i dziesiąta rocznica śmierci jednej z najważniejszych pisarek Izraela, urodzonej w Polsce. Jej skromny dorobek literacki jest wyjątkowym świadectwem Zagłady. Czego uczy nas jej twórczość?


Pamięci

Swój niepowtarzalny, liryczno-dyskretny styl zaprezentowała czytelnikom stosunkowo późno. Chociaż w Izraelu przez kilkanaście lat zajmowała się dokumentacją świadectw ocalałych z Zagłady, własne doświadczenia zaczęła spisywać dopiero w latach 70. Co prawda po pióro sięgnęła już przed wojną, ale młodzieńcze próby poetyckie uznała za słabe literacko. Także w Szwajcarii, w 1948 roku, we francuskojęzycznej prasie ukazało się jej opowiadanie „Próg”, którego bohaterką była siostra Idy Fink – Hela (Elza, w rzeczywistości Elżbieta). Jednak dopiero w tomach opowiadań „Skrawek czasu” i „Ślady” oraz w powieści „Podróż” dała się poznać jako dojrzała pisarka.

Ten czas od wojny do książkowego debiutu nie zatarł wspomnień ani emocji. Pozwolił autorce uzyskać dystans potrzebny, by przełożyć traumę na język literatury. Pamięć w twórczości Idy Fink jest wciąż żywa, choć wytarta ze zbędnych szczegółów, niepotrzebnych refleksji i osobistych rozliczeń. Zachowało się to, co najistotniejsze: wartości i przestroga na przyszłość. Bohaterowie mają konkretne imiona, a nawet jeśli to fikcyjne postaci, to ich literackie życia utkane są z rzeczywistych losów Żydów. Przetwarzając je, Fink upomniała się o anonimowe ofiary, o wspólną historię kształtującą naszą tożsamość.

Czasu

Tłum ludzi handlujących i kupujących na ulicy w getcie warszawskim. W tle kamienice.

Getto warszawskie: Ulica Smocza, odcinek od Pawiej na północ, fot. Ludwig Bundesarchiv German Federal Archives

Łatwiej określić, czym w twórczości Idy Fink czas nie jest. „Chcę opowiedzieć skrawek czasu mierzonego nie miesiącami” – zaczyna opowiadanie „Skrawek czasu”. Nie jest on wielkością fizyczną, chronologicznie porządkującą zdarzenia. Ani miarą obiektywną. Nieporozumieniem byłoby nazwanie go jednorodnym, płynnym. Tamten czas był stary. Ten u Idy Fink jest nowy. Taki, który się rwie. Zatrzymuje się i przyspiesza. Jest subiektywny. Mierzy się go słowem. Jakim? „Akcja” – odpowiada pisarka. „Przestrzeń pomiędzy pierwszą akcją a drugą była rozległa” – wyjaśnia w „Drugim skrawku czasu” i dopowiada – „była pograniczem”.

Fink unieważnia tradycyjne kryteria odmierzania czasu poprzez nieciągłość narracji, zawieszenia, przesunięcia wydarzeń (aktualne przeplatane są wspomnieniami), ich równoczesność. Indywidualne odczuwanie czasu przekształca się w doświadczenie zbiorowe. Wspólne jest chociażby dramatyczne oczekiwanie między jednym a kolejnym aktem przemocy, chwile spędzone w więziennej celi lub w ukryciu. Jak przekonuje Barbara Engelking: „Czas społeczny – w przeciwieństwie do astronomicznego – jest nieciągły, zmienny, niestały i wartościowalny” (B. Engelking, „Czas przestał dla mnie istnieć… Analiza doświadczania czasu w sytuacji ostatecznej”). Krystalizuje się podczas interakcji między bohaterami. Jest niewiadomą odciskającą również fizyczne piętno, jak u bohaterki opowiadania „Skok”, u której można dostrzec skazę deformującą twarz.

Ciszy

Mężczyzna idzie u boku kobiety ściskającej rękę dziewczynki.

Kadr z filmu „Wiosna 1941” (na podstawie opowiadań Idy Fink), reżyseria: Uri Barbash, 2008, fot. Opus Film/Praxis Films

Pewien poeta powiedział mi, że tak się nie pisze o okupacji. Mówił, że ja uchylam okno i zostawiam małą szczelinę, przez którą patrzę na świat. A potem opowiadam o tym, co widzę, cichym głosem, szeptem. A przecież okno trzeba otworzyć na oścież i krzyczeć!

– mówiła pisarka w rozmowie z Justyną Sobolewską dla „Gazety Wyborczej”. Ida Fink nie potrafiła pisać inaczej i może właśnie dlatego jej świadectwo jest tak sugestywne i wielowymiarowe. Cisza buduje napięcie, uwidacznia strach, rodzi współczucie, skrywa niebezpieczeństwo. Obecna jest w niedopowiedzeniach, zakłopotaniu bohaterów, porozumiewawczych spojrzeniach, w spokojnej frazie, dyskretnych opisach wydarzeń.

Narratorka „Odpływającego ogrodu” instruuje: „Każde jabłko trzeba najpierw ostrożnie-delikatnie zdjąć z gałązki, potem ostrożnie-delikatnie owinąć papierowym płaszczem, żeby nie zmarzło zimą, potem ostrożnie-delikatnie włożyć do wiklinowego kosza […]”. Fink z taką samą czułością traktuje słowa. Dba o to, żeby nie raniły, nie było ich za dużo, ale jednocześnie przemawiały do odbiorcy. Pozorna beznamiętność tej autobiograficznej literatury budzi w czytelniku pokorę. Narratora opowiadań Fink porównuje się czasem do chóru w tragedii antycznej – komentuje zdarzenia rozgrywające się poza sceną, nie tracąc siły wyrazu. Tego szeptu nie da się zagłuszyć.

Muzyki

Ciszę opowiadań równoważy muzyka:

[…] otworzył klawiaturę i bez chwili namysłu czy skupienia, jakie zazwyczaj poprzedzają grę, w nerwowym pośpiechu, zagrał dwa krótkie pasaże c-moll. Zabrzmiały jak krzyk! […] Nic oschłego nie było w tej grze, nic sztucznego – to była czysta, przejmująca do głębi serca muzyka („Zygmunt”).

Przed wojną Ida Fink była studentką Lwowskiego Konserwatorium Muzycznego w klasie fortepianu, a dźwięki tego instrumentu pojawiają się często w jej twórczości. Zazwyczaj przynoszą ukojenie, przywołują wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa, tworzą bezpieczny azyl oddalający rzeczywistość wojenną. Innym razem zagłusza je „łoskot czołgów, chrzęst gąsienic”, które przerywają nie tylko muzykę, ale też życie – ginie utalentowany kompozytor czy miłośniczka Bacha.

Zgrzyt słychać także w „Podróży”, gdy ukrywająca swoje wykształcenie i pochodzenie bohaterka buntuje się przeciwko szyderstwom Niemca i gra poloneza Chopina: „Po ośmiu taktach przerwała. Ręce jej drżały, musiała je ukryć w kieszeniach fartucha. W pokoju była cisza”. Muzyka to akumulator emocji. Potrzeba ich wyładowania jest silniejsza niż ryzyko zdemaskowania. Grając, bohaterka nikogo nie udaje. Kilka akordów na chwilę przywraca dawny porządek, daje poczucie wolności.

Uważności

Młode kobiety w chustach na głowie wpatrują się w coś poza kadrem.

Kadr z filmu „Ostatnia kryjówka” (na podstawie powieści „Podróż” Idy Fink), reżyseria: Pierre Koralnik, 2002, fot. fot. © WDR/Arte

Dyskrecja Idy Fink widoczna jest nie tylko w stylu opowiadania ściszonym głosem, lecz także w sposobie patrzenia na okrucieństwo wojny. Mimo obecności autobiograficznych wątków w jej twórczości, pisarka stwarzała pozory beznamiętnej narracji, wcielała się w rolę uważnej obserwatorki. Nie ma tu mowy o podglądaniu, a o ukradkowym spoglądaniu, pełnym taktu. Wyostrzony zmysł obserwacji pozwalał jej na wyłowienie kluczowych momentów czy słów i przekazanie ich czytelnikowi w prosty sposób. Dzieła Fink nie epatują brutalnymi szczegółami. Tworzywo stanowią zapadające w pamięć detale, ledwo zauważalne gesty, dźwięki, fragmenty obrazów. Ich opisowi towarzyszy dalekie od naiwności i oskarżeń zdziwienie. Ta próba spojrzenia niejako z zewnątrz służy obiektywizacji doświadczenia – indywidualne przeżycia stają się wspólne dla wielu ludzi.

Miłości

„Nam nic nie wolno, nawet kochać się nie wolno, nawet się sobą cieszyć” – żali się bohaterka opowiadania „Za żywopłotem”. Z kolei narratorka utworu „Zygmunt” przyznaje: „Któż w owych czasach miał cierpliwość do towarzyskich rozmów, do interesowania się cudzym losem! Byliśmy egoistami”. To tylko dwa fragmenty prozy, które poprzez zaprzeczenie wskazują na to, co najważniejsze. U Fink miłość wyraża się przede wszystkim w odpowiedzialności za drugiego człowieka, nieobojętności na jego los. To on – bliski lub nieznajomy – powinien być w centrum zainteresowania. Tymczasem opowiedziane przez pisarkę historie częściej pokazują wykluczenie, wartościują życie ludzkie ze względu na pochodzenie.

Bohaterowie literatury Holokaustu zostają poddani testowi na człowieczeństwo, a stawką jest własne i czyjeś życie. Świat opowieści Idy Fink nie jest czarno-biały. Każda decyzja niesie ryzyko, pomagający rzadko kierują się bezinteresownością. Autorka stawia pytania natury moralnej o godność i przyzwoitość w czasie wojny. Nie udziela prostych odpowiedzi, lecz pokazuje konsekwencje decyzji.

Tożsamości

Fragment Zbaraża z Kościołem Ojców Bernardynów. Ludzie spacerujący piaszczystą drogą ustępują miejsca dorożce.

Fragment Zbaraża, gdzie urodziła się Ida Fink, 1919–1939, fot. NAC/https://audiovis.nac.gov.pl

Urodziła się jako Ida Landau, w 1948 roku poślubiła Brunona Finka, dla siostry pozostała Marysią. To imię z aryjskich papierów, pamiątka po ucieczce z getta do Niemiec, przyniosło jej szczęście. Tę podróż opisała w jedynej powieści, którą nazywała fikcją autobiograficzną. Jej bohaterki – drugą była o dwa lata młodsza siostra pisarki, w sfałszowanych dokumentach nosząca imię Helena – zmuszone są ukrywać prawdziwą tożsamość, by przeżyć wojnę. Kwestia zmiany osobowości pojawia się także w opowiadaniach Fink. Raz jest to celowy zabieg, innym razem nie do końca świadomy, jak w „Wesołej Zosi”: „Bo są kobiety, które po tym, co przeszły, mają różne smutne nastroje. Ona nie. To nawet dziwne. Niechęć do mowy i chęć do śmiechu. Słyszała, jak lekarz mówił, że to są ob-ja-wy”. Bohaterka ukrywająca się podczas wojny w stodole otrzymała nową tożsamość: „Nie wiem, co było przedtem i jaka ja byłam. Więc jest tak, jakby mnie nie było”. W tej historii autorka mówi o traumie, która nieodwracalnie odciska piętno na psychice osób ocalałych z Zagłady.

Tożsamość człowieka ujawnia się naturalnie w języku, ale Ida Fink była innego zdania. Hebrajszczyzną posługiwała się na co dzień, jednak miała o niej „właściwe wyobrażenie”. Podobno próbowała pisać w tym języku, w Tel-Awiwie wydała kilka bajek dla dzieci, ale później tworzyła już wyłącznie po polsku. Gdy zamieszkała w Izraelu i chodziła do polskiej kawiarni, przekonywała samą siebie, że jest „stuprocentową Izraelką”. Tu była jej ojczyzna. Nie widziała w tym sprzeczności. Taką postawą Fink udowodniła, że tożsamość kształtuje się nie tylko w relacjach z innymi, poczuciu przynależności, lecz także poprzez odrębność, indywidualne wybory.

Codzienności

Jeśli literatura Holokaustu kojarzy się z okrucieństwem i śmiercią, to dzieła Idy Fink są wyjątkiem. Oczywiście pisarka nie tuszuje przeszłości, lecz przedstawia ją z innej, mniej oczywistej strony. Po lekturze pozostaje wrażenie ciepła, jasności (zapewne dzięki harmonijnemu prowadzeniu frazy) oraz intymności. Skupienie na drobnych rzeczach, przedmiotach, wokół których budowana jest cała opowieść (chociażby „Zabawa w klucz”), stwarza iluzję zwyczajności, docenianej dopiero wówczas, gdy w codzienność wkrada się niebezpieczeństwo.

Doskonale widać to w opisach przyrody, będącej ostoją, praktycznie jedynym niezatartym śladem dawnego, przedwojennego życia. To niezmienne tło malowane jest za pomocą aksamitnych słów, których delikatność kontrastuje z odgłosami wojny, lęku, zbliżającej się katastrofy:

Śmierć Carycy pozostałaby jedną z miliona anonimowych śmierci, gdyby nie fakt, że dokonała się w dzień piękny i łagodny […], przedwieczorną porą, kiedy drzewa rzucają długie cienie, a powietrze nasycone jest lekką niebieskawą mgiełką, tężejącą i ciemniejącą z chwili na chwilę, choć do wieczora jeszcze daleko („Śmierć Carycy”).

Niektórzy bohaterowie wracają do dawnego świata, ale odmienieni. Pisarka powierzyła im zadanie, które sama realizowała – opowiedzenia o losach Żydów, pozostawienia śladu. U Idy Fink cisza wcale nie oznacza milczenia.

Agnieszka Warnke

Autor: Agnieszka Warnke

Absolwentka filologii polskiej, dziennikarstwa i Podyplomowych Studiów Menedżerów Kultury. Miłośniczka reportażu. Niepraktykująca wyznawczyni fotografii.

https://culture.pl/pl/artykul/osiem-lekcji-idy-fink

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.