Ucieczka z piekla cz 14

 

W NADZIEI NA POWRÓT.

 Uradowani wróciliśmy wieczorem do domu. Maria Jakowlewna wywiesiła flagę na dachu, a w mieszkaniu czekał już zastawiony stół, był „borszcz”, chleb i wódka. Przy stole siedzieli: córka Marii, która niedawno otrzymała urlop, i  syn, który wrócił z frontu. Syn Marii był ranny w nogę, chodził o kuli.

Byliśmy szczęśliwi, ściskaliśmy się i całowaliśmy, a później wznieśliśmy toast szklankami z wódką „za pobiedu”- „za zwycięstwo”, i  usiedliśmy do kolacji.

Radio z Moskwy nadawało popularne  piosenki, ogłoszono, że następny dzień będzie wolny od pracy.

Rano Maria Jakowlewna przygotowała śniadanie, ubraliśmy się świątecznie i poszliśmy do komitetu Związku Patriotów Polskich. Zebrało się tam koło setki ludzi, dom udekorowany był flagami biało czerwonymi.

Czekaliśmy na dr Zelenfreunda, zastępcę przewodniczącej Związku. Po jakimś czasie zjawili  się oboje, weszli na prowizoryczne podium, i przewodnicząca zaczęła słowami: „Pazdrawljaju z pabiedą” i dalej mówiła po rosyjsku: „dziękujemy naszemu Stalinowi, naszemu ojcu , słońcu narodów itd.”.

A dr. Zelenfreund ze łzami w oczach powiedział „dziękujmy bogu, może wkrótce nasze wędrówki się skończą”.

Odśpiewaliśmy hymn rosyjski i po polsku „Marsz, marsz Dąbrowski!”.

To było 10 maja 1945, a ewakuacja pierwszego eszelonu do Polski rozpoczęła się dopiero po 12 miesiącach, w maju 1946.

Wracając do domu wstąpiliśmy do Rotenbergów, był tam też tato Kremler z synem i jeszcze kilku znajomych.

Oświadczyłem, że muszę przestać pracować, bo boję się, że jeśli uda się nam dostać do transportu do Polski, to będę miał problemy ze zwolnieniem się.  Jak się miało okazać później- miałem dobre przeczucie.

Zaraz następnego dnia  zgłosiłem się do naczelnika oddziału personalnego, z prośbą o zwolnienie z końcem miesiąca z pracy . Był bardzo zdziwiony, ale  poszedł do naczelnika fabryki. Wrócił z  odmową. Samowolne opuszczenie pracy groziło karą rocznego więzienia. Na razie pracowałem więc normalnie, po 12 godzin.

Po tygodniu udałem się do polikliniki, pokazałem moja spuchniętą nogę i dostałem „bolniczny” czyli zwolnienie na 14 dni. Ponieważ noga nadal źle wyglądała, posłali mnie do szpitala, a  po tygodniowym pobycie w szpitalu otrzymałem zaświadczenie (zdobyte dzięki łapówce), że jestem niezdolny do pracy. Lusia udała się z tym zaświadczeniem do fabryki. Pytali się jej, dlaczego  sam go nie przyniosłem, odpowiedziała, że ja na taką odległość nie mogę chodzić. Kupiłem laskę, w razie gdybym kogoś spotkał, albo gdyby ktoś miał mnie śledzić.

Mimo tych wszystkich starań, nadal nie zwolniono mnie z pracy. Czas pracy w fabrykach zostały skrócone do 8 godzin.

Dzień w dzień chodziliśmy do Związku Polaków, dopytywać, czy są nowe wiadomości o planowanych transportach do Polski.

Tymczasem władze namawiały byśmy przyjęli radzieckie paszporty, i śmiejąc się mówili: „kura nie ptica, Polsza nie zagranica”, czyli że kura to nie ptak, a Polska to nie zagranica,  dając nam do zrozumienia, że Polska będzie częścią ZSRR.

Związek Polaków postarał się o salę teatralną, aby urządzić przedstawienie z okazji zwycięstwa, zorganizowane przez koło teatralne.

Zaproszono prezydenta miasta, a z Moskwy przyjechał specjalny delegat Związku. Widownia była pełna. Zaczęło się od odśpiewania hymnów, przemówień dziękczynnych dla  Stalina i partii komunistycznej. Później na scenę wbiegły młode dziewczęta i odtańczyły polskie tańce narodowe. Po przedstawieniu dostępny był obficie wypełniony bufet, wszystko  to trwało do północy.

Wreszcie, w sierpniu dostałem upragnione zwolnienie z pracy. W październiku ogłoszono, że  popisano porozumienie  o repatriacji Polaków, tych na wolności, i tych  jeszcze uwięzionych w łagrach. Rejestracja chętnych do wyjazdu miała rozpocząć się 30 dni po podpisaniu protokołu.

Gdzieś na początku grudnia zjawili się w Semipolatyńsku zwolnieni z obozów. Byli zupełnie wycieńczeni i wygłodzeni. Znalazłem wśród nich dwóch ludzi z Krakowa, zaopiekowaliśmy się  nimi, aż przyszli do siebie.

W listopadzie otwarto biuro rejestracji, natychmiast zacząłem się starać byśmy dostali się do pierwszego transportu, bo Lusia była w ciąży. Baliśmy się, że jeśli nie wyjedziemy pierwszym transportem, to nasze dziecko  urodzi się w Semipolatyńsku. Niestety, ciągle nie było wiadomo, kiedy ten pierwszy transport wyjedzie.

Związek postarał się, i sporządzono listę, dającą pierwszeństwo rodzinom z dziećmi,  kobietom w ciąży, starcom i inwalidom. Zaczęliśmy przygotowania do podróży. Maria Jakowlewna  była zrozpaczona z powodu naszego wyjazdu. Pomagała nam w suszeniu chleba i owoców, a patrząc na Lusie przygotowywała też rzeczy „na wszelki wypadek”, gdyby poród zastał nas jednak w drodze. Spotkaliśmy się z rodzinami w podobnej do naszej sytuacji. Było nas 10 takich rodzin. Nareszcie, w kwietniu, została ustalona lista 500 osób uprawnionych do wyjazdu. Pociąg miał wyruszyć pod koniec miesiąca, po 24 osoby w wagonie towarowym.

Ponieważ, wreszcie była znana data wyjazdu, napisaliśmy do brata Lusi, że wracamy do Polski!  

Janek był już tam od zakończenia wojny. Natychmiast po przeniesieniu do szpitala w Rokitnicy pojechał do Krakowa. Tam dowiedział się, że wszyscy  z naszych rodzin zginęli. Napisał nam o tym w liście,  ale po tygodniu otrzymaliśmy kolejny list z wiadomością, że najstarsza siostra, Hela, przeżyła !

Hela przeszła całe piekło: getto krakowskie, obóz koncentracyjny Plaszow, i Marsz Śmierci. Niemcy w styczniu  1945 zlikwidowali obóz koncentracyjny KL Plaszow i pognali pozostałych przy życiu więźniów przez ulice Krakowa  do  KL Auschwitz Birkenau , a stamtąd w stronę Niemiec.

Kiedy wróciła do Krakowa spotkała tam ocalałych kolegów.  Dowiedziała się, że Janek jest w Rokitnicy i natychmiast do niego pojechała. Dla nas to była wiadomość oszałamiająca!  

Tymczasem,  minął kwiecień, a transport nie wyjechał.

Dla nas to był czas krytyczny, Lusia mogła zacząć rodzić w każdej chwili. Nagle, 3 maja, jest wiadomość- podstawiają wagony ! Dostaliśmy w Związku numer wagonu, i informację, że  5 maja rano mamy stawić się na stacji kolejowej.

Myślę, że wtedy od otrzymania wiadomości do wyjścia z domu na stację- nie przespaliśmy ani godziny, przez dwie doby…

5 maja 1946 roku, rano pojechaliśmy na stację. Maria Jakowlewna nie opuściła nas aż do odjazdu pociągu. Na stacji były też setki ludzi, którzy nie dostali jeszcze pozwolenia na wyjazd i nie znali terminu repatriacji.

Według planu nasza podróż miała  trwać 7-8 dni, ale to się nie sprawdziło.

Pociąg ruszył, trasy jazdy nie znaliśmy. W naszym wagonie nie znaliśmy nikogo, oprócz Leona Zweiga. Był starszy ode mnie o 25 lat. Leon z bratem Henkiem był z nami jeszcze na „uczastku”. Henek poznał piękna Rosjankę, Zorkę Sokolnikow, córkę byłego ambasadora  Rosji w Londynie, usuniętego za „zdradę”. Zakochał się i został w ZSRR. Leon wziął ze sobą do wagonu materac sprężynowy, i kiedy zobaczył Lusię z dużym  brzuchem natychmiast go jej odstąpił. Byliśmy mu bardzo wdzięczni, nie wyobrażam sobie jakby dojechała leżąc na deskach i słomie.

Wagon był podobny do tego, którym jechaliśmy na wygnanie- 4 prycze, otwór w podłodze, beczka na wodę i cztery zakratowane okienka. Tym razem jednak drzwi nie były zamknięte na kłódkę więc mogliśmy widzieć pola, lasy i łąki.

Droga  trwała bez końca, nikt nam nie mówił ani jak, ani gdzie jedziemy. Minął tydzień podróży, a my stoimy na bocznicy cały dzień.

Lusia była już bardzo przestraszona, bo według jej obliczeń powinna rodzić na początku czerwca.

Dojechaliśmy do stacji w Saratowie, powiedziano nam ze postój będzie do wieczora. Nie będę opisywał dokładnie co się działo w podróży trwającej 14 dni.

Raz, kiedy pociąg długo stał, nabrałem odwagi, i razem z komendantem eszalonu poszliśmy do naczelnika stacji dowiedzieć się, czy wie, jaki jest plan trasy naszego pociągu. Bardzo uprzejmy człowiek zbadał dokładnie rozkłady jazdy i powiedział, że gdzieś koło 18-20 maja powinniśmy być na stacji granicznej w Brześciu nad Bugiem.

To  znaczyło, że powinniśmy dotrzeć tam  za 3-4  dni . Rzeczywiście, 19 maja pociąg zatrzymał się na  stacji Brześć. Przed wojną to było miasto polskie, teraz Białoruś. Przez cały dzień sprawdzano dokumenty, rewidowano bagaże i ludzi. Szukali obcej waluty albo złota. Nareszcie ruszamy. Na pierwszej  stacji w Polsce – znów kontrola dokumentów, zmieniliśmy ruble na złote i jedziemy dalej. Dojechaliśmy do Lublina. Tutaj Lusia postanowiła, że uciekamy z transportu, bo w Lublinie mieliśmy adres Tamary Suskind, która pracowała tu w szpitalu wojskowym. Zabraliśmy walizkę, pożegnaliśmy się z sąsiadami, a szczególnie z Leonem, który odstąpił swój materac Lusi.

Lusi było bardzo ciężko wysiąść z wagonu, w końcu wyszliśmy ze stacji. Przed dworcem stali  fiakrzy , podałem adres, powiedział:

„dwa złote”.  Kiedy  wysiadaliśmy  dałem mu 100 złotych w jednym banknocie, a on mówi: „jeszcze jeden złoty”. Bardzo się zdziwiłem, więc odpowiadam: „pan powiedział 2 złote”, a on: „aaa, to pan świeży! Dzisiaj 100 złotych to tak jak przed wojna jeden złoty”. Dodałem 100 złotych i  zostało mi już  tylko 200 złotych z tych wymienionych w Brześciu. Było wcześnie rano, godzina siódma, kiedy zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła zdziwiona Tamara. Wiedziała, że wracamy, ale nie podejrzewała, że uciekniemy z transportu. Natychmiast zadzwoniła do szpitala, że się spóźni, zrobiła nam kąpiel, podała śniadanie, dała Lusi koszulę nocną i pościeliła łóżko.

Poszła do pracy, ale wróciła w południe. Kupiła prowiant i powiedziała, że zamówiła na jutro wizytę u ginekologa, by zbadał Lusie czy możemy jechać dalej, do Janka, brata Lusi.

Opowiedziała że Janek i reszta lekarzy ze Swierdłowska nadal pracują razem, teraz we wrocławskim szpitalu wojskowym, a Samek jest w Łodzi. Ona, kiedy zwolnią ją z lubelskiego szpitala, jedzie do Łodzi i wychodzi za mąż za Samka.

Następnego dnia rano poszła z Lusią do lekarza. Lekarz, na pytanie czy możemy jechać do Wrocławia odpowiedział: „pani może rodzić jutro albo za tydzień”. Decyzja nie była łatwa, podróż miała trwać około 12 godzin, a pociągi są przepełnione. Postanowiliśmy, że pojedziemy bez walizki, bezpieczniej i wygodniej będzie, jeśli Tamara ją nam prześle.

Pociąg był wcześnie rano. Ubraliśmy się tak, żeby nie rzucać się w oczy, ja miałem na głowie kaszkiet na bakier, a Lusia chustkę. Musieliśmy jak najbardziej upodobnić się do Polaków, bo akowcy szukali Żydów w pociągach i  wyrzucali ich w czasie jazdy.

Na dworzec odprowadzili nas  Tamara i jej kolega dr. Styr, oboje  w mundurach wojskowych. Zaprowadzili nas na bocznicę, tam po rozmowie z kolejarzami wsadzili nas do wagonu i poszli do kasy, żeby  kupić bilety. Kiedy wrócili pożegnaliśmy się z nimi, i po pół godzinie pociąg ruszył. Podjechaliśmy na stację- zaczęło się wielkie zamieszanie, ludzie wchodzili do pociągu przez drzwi i okna, był taki  tłum, że szpilki nie byłoby gdzie wcisnąć. Ludzie jechali na szaber na ziemie odzyskane.  Aż do celu jechaliśmy nie ruszając się z naszych miejsc. To był miesiąc maj, więc wieczorem ludzie zaczęli śpiewać „majówki”- nabożeństwa majowe. Dojechaliśmy w nocy do Wrocławia, na peronie czekał  Janek, ucałowaliśmy się, ale zamiast rozmawiać, najpierw polecieliśmy do ubikacji, bo przez 12 godzin nie mogliśmy dostać się do toalety w pociągu. Na ulicy było auto wojskowe z szoferem. Pojechaliśmy do szpitala wojskowego na ulicy Traugutta, tam czekało na nas przygotowane przez  Janka mieszkanie. A więc, jesteśmy u siebie, po raz pierwszy od 7 lat mamy dwa oddzielne łóżka do spania…Cdn.

Zredagowala Anna Karolina Klys

Wszystkie czesci KLIKNIJ TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: