Mieczyki i żyletki

Obóz rządzący przedwojenną Polską stoczył z młodymi radykałami‑antysemitami kilkuletnią wojnę o wyższe uczelnie i sromotnie ją przegrał. Powstały getta ławkowe.
W 1937 r. otwarte żądanie wprowadzenia getta ławkowego stało się jedną z form nacisku narodowców na rząd.

Pod datą 8 listopada 1931 r. ksiądz Bronisław Żongołłowicz zanotował w dzienniku: „Senaty nie mają żadnego wpływu, komisje dyscyplinarne nie potrafią odpowiednio ukarać winnych za barbarzyńskie ekscesy, które doszły do wyrzucenia przez studentów dzieci żydowskich z wózków w Saskim Ogrodzie”. Duchowny od roku sprawował urząd wiceministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, a środowisko akademickie znał na wskroś, będąc wcześniej wykładowcą na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Jednak takie ekscesy na polskich uczelniach widział po raz pierwszy w życiu.

Iskrą, która zainicjowała wybuch, okazała się bójka stoczona przez dwóch studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego w obronie dziewczęcej czci. Szkopuł w tym, że bili się Żyd z Polakiem, i wieść, jak „semici napadają na naszych”, poszła w kraj. Pierwsi zareagowali studenci Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i to ci, którzy właśnie podejmowali studia. Podczas wyborów syndyka I roku, przeprowadzanych 3 listopada 1931 r., działacze Młodzieży Wszechpolskiej rzucili hasło wyrzucenia wszystkich Żydów z terenu uczelni. Niemal natychmiast ponad dwustu młodych ludzi chwyciło modne wówczas laski spacerowe i z nimi ruszyło do ataku. Jednak studenci żydowscy stawili napastnikom zacięty opór. W końcu walczące strony rozdzieliła policja, aresztując 110 uczestników zajść, po czym rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. Jan Łukasiewicz ogłosił zawieszenie wykładów na trzy tygodnie. Niewiele to dało.

Dwa dni później wszechpolacy ustawili kordon przed bramą uniwersytetu, by nie wpuścić na teren uczelni żadnego Żyda. Studenci Żydzi przypuścili więc szturm na bramę. Bitwa pozostała nierozstrzygnięta, bo policja rzuciła do walki samochód pancerny i znów rozdzieliła obie strony. „Łukasiewicz krył się, nie był podczas bójek obecny, nie usiłował wpłynąć, nie wezwał policji, bo »nie przyszło mu to na myśl«. Omal nie został sam przez studentów pobity, żona jego uderzyła w twarz policjanta i została przez tegoż popchnięta” – zanotował wiceminister ks. Żongołłowicz.

Następnego dnia podobną bitwę stoczono na uniwersyteckim dziedzińcu. Rannych studentów obu stron odnoszono do pobliskiego szpitala św. Rocha. Potem walki przeniosły się na inne warszawskie uczelnie. Ich władze nie umiały temu zapobiec, a policja, uznając eksterytorialność placówek naukowych, wstrzymywała się z interwencją, czekając na zgodę rektorów. Ci zaś – wedle notatki ks. Żongołłowicza – zachowywali się jak niedołęgi, a Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego nie dysponowało uprawnieniami do wyciągania konsekwencji wobec uczestników zamieszek. Mogło jedynie organizować spotkania z rektorami i sugerować, jakie powinni przedsięwziąć środki.

Żongołłowicz, na którego barki spadła cała odpowiedzialność za trwający kryzys, ponieważ szef MWRiOP Janusz Jędrzejewicz wylądował w szpitalu, czuł się dość bezradny. Jako środek zaradczy widział aktywizowanie prosanacyjnych organizacji studenckich. „Młodzież Legionu, Demokratyczna powinna bronić nie Żydów, lecz uczelni własnej, aby awanturnicy nie wyłamywali drzwi i okien »Almae Matris«” – zanotował.

Pierwszy męczennik

Studenckie niepokoje z Warszawy przeniosły się do innych miast. Studiujący w Wilnie na Wydziale Prawa Uniwersytetu Stefana Batorego Czesław Miłosz w sobotę 7 listopada usłyszał w mensie akademickiej, jak studenci medycyny planują zrobić coś, by wesprzeć kolegów ze stolicy. Pretekstem do buntu stała się kwestia „trupów żydowskich”. Na Wydziale Lekarskim USB doliczono się, iż do prosektorium dostarczono w ciągu roku 30 zwłok chrześcijan i jedynie „dwa trupy wyznania mojżeszowego”, czyli niewiele ponad 6 proc. obiektów doświadczalnych w prosektorium, tymczasem na wydziale wśród pobierających naukę doliczono się 33 proc. Żydów.

W poniedziałek 9 listopada studenci I i II roku medycyny zebrali się pod uniwersyteckim prosektorium, po czym wydelegowali swych przedstawicieli do prof. Michała Reichera z pytaniem, czy zwłoki noworodków, służące do ćwiczeń ich kolegom wyznania mojżeszowego, są żydowskie? Profesor odmówił odpowiedzi. Wówczas żacy ogłosili, że nie wpuszczą do prosektorium już żadnego semity. Ale ci również zgromadzili się pod budynkiem, po drugiej stronie policyjnego kordonu. W końcu obie grupy ruszyły w stronę głównego gmachu uniwersytetu. Polacy wznosili okrzyki: „Na bruk studentów żydowskich!”, Żydzi odpowiadali: „Precz z polskim chamstwem!”. Potem pochody się rozproszyły i ich uczestnicy rozpoczęli polowanie. „Schemat napadów był zawsze taki sam, jedna lub dwie osoby zostawały napadnięte przez większą grupę. Podczas bicia używano oprócz gołych rąk także narzędzi, z drewnianą laską na czele, i to obojętne, czy napastnikami byli chrześcijanie czy Żydzi. Ile dokładnie było ofiar pierwszego dnia zamieszek, trudno powiedzieć” – pisze Aleksander Srebrakowski w opracowaniu „Sprawa Wacławskiego”.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1566849,1,getta-lawkowe-w-przedwojennej-polsce.read

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: