Miś dziś, wczoraj i jutro.

NGP rozmawia z Michaelem Edelmanem

Mówią o Tobie, że jesteś Człowiekiem-Instytucją.

W Polsce ukończyłem technikum chemiczne. Przyjechałme do Szwecji 45 lat temu, tutaj podjąłem studia (górnictwo), ale później wróciłem do mojego zawodu chemika. Prawdę mówiąc, tak ona mnie znudziła, że zacząłem szukać czegoś innego. Zostałem nauczycielem. Jeszcze później dostałem się na Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego. I wtedy dopiero się odnalazłem. To było to, co umiałem i lubiłem robić. Już w Polsce organizowałem obozy treningowe dla ciężarowców, później w Szwecji też się tym zajmowałem. Więc ten zawód nauczyciela to było jakby moje powołanie. Im dłużej pracowałem, tym lepiej opanowywałem technikę organizowania różnych imprez – a byłem aktywny w szwedzkich związkach szermierczych i ciężarowców. To, co sobie zaplanowałem, to robiłem. Wiedziałem do kogo się zwrócić, kto może pomóc.

To zawodowe doświadczenie przełożyło się na tę aktywność społeczną w gronie twoich znajomych…

Chyba zaczęło się to w 1978 roku. Zacząłem organizować wycieczki narciarskie. Pierwszy raz pojechała nas nieduża grupa, 15 osób. Było tak wesoło, że od razu zaproponowali, byśmy w kolejnym roku to powtórzyli. I tak to się powoli zaczęło. A im więcej takich wyjazdów i imprez przygotowywałem, tym łatwiej mi to przychodziło.

Teraz te wyjazdy, które organizujesz, są już bardzo „zaawansowane”. Jeździcie do bardzo egzotycznych miejsc, czasami do kilku krajów. To wszystko wymaga doskonałej logistyki.

Często teraz jest tak, że tę samą trasą pokonują już dwie grupy. Chętnych jest tylu, że trzeba to dzielić. Ja zazwyczaj jadę z pierwszą grupą, wszystko kontroluję, jest możliwość różnych korekt dla grupy drugiej. Często pytają się mnie, czy przygotowanie takiego wyjazdu jest trudne. Zawsze odpowiadam, że ja to wszystko robię już dzisiaj z rozbiegu.

Ale to nie tylko wyjazdy…?

Organizuję także każdego roku trzy zabawy, wyjazd na narty, jedną dużą podróż, także wędrówki. I coroczne spotkanie w Mullsjö. Ale mnie to sprawia taką przyjemność, że ja nie widzę w tym żadnych problemów. Jakby się ludzie nie wtrącali, to byłoby idealnie…

Skarżą się czasami?

Jak coś nie funkcjonuje podczas wyjazdów – a to jest „za długo” albo „za krótko”, pokój nie taki jaki miał być – to mały problem. Ale na przykład w Mullsjö mamy program ułożony co do minuty od 8 rano do 1 w nocy. Codziennie są 2-3 aktywności / godzine. Czasami znajdzie się ktoś, kto chce się wyłamać i zapsuć ten program. To wtedy jest problem.

Wytłumaczy, czym są te spotania w Mullsjö?

Początkowo, gdy większość z nas była jeszcze singlami, to te wyjazdy na narty i na kajaki wystarczały. Później jednak każdy z nas zakładał rodziny, pojawiły się dzieci i trzeba było pomyśleć inaczej. Najpierw z innymi rodzicami wyjeżdżaliśmy do tak zwanego „chłopa” na wieś. Ale po pewnym czasie wciąż była ta sama grupa i zaczęliśmy się nudzić. Wtedy pomyślałem, żeby dla tych dzieci wynająć coś większego, i tak się zaczęło. Znalazła się grupa 30 dzieci. Zwróciłem się z pytaniem do 100 szkół, czy mają możliwość wynajęcia nam na lato pomieszczeń, jeśli mają np internat. I tak znaleźliśmy Mullsjö. Pierwszy raz pojechaliśmy tam z grupą 80 osób.

Czyli cały pomysł skierowany był na dzieci?

Tak było na początku. Pierwsze siedemnaście lat. Z czasem te dzieci dorosły i miały własne dzieci. I nadal przyjeżdżały z własnymi dziećmi. Niektórzy się tam pobrali. Nazywamy ich „dziećmi Mullsjö”. Oni mają własną stronę internetową. Z biegiem lat zainteresowanie tym wyjazdem do Mullsjö było tak duże, że nie starczało nam tam miejsca dla wszystkich. Były to wczasy dwutygodniowe. Musiałem wynająć jeszcze inną szkołę w pobliżu. Tam później były tylko kolonie dla dzieci i młodzieży. Później jednak było coraz mniej dzieci i z tego dodatkowego domu zrezygnowaliśmy. Teraz do Mullsjö przyjeżdża każdego roku 120-130 osób.

Kto uczestniczy w tych spotkaniach w Mullsjö? Czy to tylko środowisko twojej emigracji, marcowej?

Nie! To jest rzeczywiście tak kojarzone, ale to są imprezy, zabawy i wyjazdy dla wszystkich. Problem polega na tym, że ilość miejsc jest zawsze ograniczona, a zainteresowanie olbrzymie. Więc za każdym razem, gdy tylko wyjdę z jakimś pomysłem, to niemal następnego dnia, wszystkie miejsca są zarezerwowane.

Czy to da się nadal rozbudowywać?

Cały czas się rozbudowywuje. Nasza emigracja staje się coraz starsza. Zabawa wygląda tak: przyjść, zjeść, dwa słowa i do domu, bo się robi późno…. Trochę żartuję. Ale przychodzi coraz więcej osób spoza „naszej” emigracji, którzy jeszcze chcą się bawić i tańczyć. To już dawno przestało być związane tylko z emigracją marcową. Zresztą listę osób, do których wysyłam informację, nie mam podzielonej na „fale emigracyjne”. Zresztą uczestnikami naszych wyjazdów są emigranci nie tylko ze Szwecji, ale np z Kanady, USA czy Danii.

I dodatkowo prowadzisz blog „Reunion 69” (misdzis.com). W wyszukiwarce można przyczytać informację: Oficjalny blog emigracji 1969.

Ale mój blog jest otwarty dla wszystkich. Piszę o naszych spotkaniach, prezentuje różnych ludzi, ukazują się recenzje książek. Wykładam zdjęcia, filmy z naszych zabaw i wyjazdów. Wiele osób mi przysyła różne materiały – ktoś coś ciekawego przeczytał, najczęściej w polskiej prasie. Oczywiście, duża część jest o tematyce żydowskiej, ale blog nie jest skierowany tylko do tej emigracji. Po paru latach prowadzenia tego blogu dochodzę do 800.000 otworzeń. To niemal 160 tysięcy czytelników.

Najbliższa wielka podróż?

Jedwabnym szlakiem do Niebiańskich Gór – Uzbekistan i Turkistan. To kraje, które nie są jeszcze nastawione na turystykę. Wiele osób z mojej emigracji jest w jakiś sposób powiązana z tymi terenami, część nawet się tam urodziła. Gdy zaproponowałem tę wycieczkę – miała być tylko jedna 30-osobowa grupa – ale po paru godzinach zgłosiło się 90 osób! Więc będą dwie grupy. A i tak musiałem wielu osobom odmówić, bo nie było miejsc. Ja nigdy nie pytam się nikogo, dokąd oni chcą jechać. Ja organizuję te wyjazdy, które mnie samego interesują.

To rzeczywiście bardzo atrakcyjny wyjazd. Indywidualnie to raczej do tych krajów się nie jeździ.

Rzeczywiście, potrzeba wielu wiz, wiele spraw trzeba załatwiać z dużym wyprzedzeniem. Więc to są plany na wyjazd na rok 2017. Jedziemy tam w we wrześniu przyszłego roku. W tym roku jedziemy do Chin. Najpierw „tradycyjnie” Pekin i Mur Chiński, a później jedziemy do zachodniej części, do tych „prawdziwych” Chin. Będziemy uczyć się gotować, chińskiej kaligrafii, będziemy mieszkać w małych miejscowościach.

Zatem: przyjemnej podróży!


W ponizszym linku wiecej faktow

KLIKNIJ TUTAJ

W ponizszym linku aktualne aktywnosci

KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: