Nathan Gurfinkiel

SPACE CAKE

Natan Gurfinkiel

pod koniec lat 80. jeź­dzi­łem czę­sto do amster­damu, cza­sami sam, cza­sami z dzie­cię­ciem moim naomi (kurką, jak nazywa ją rodzina i zaprzy­jaź­nieni polacy w róż­nych kra­jach). jeden z tych wyjaz­dów zapadł mi szcze­gól­nie w pamięć.

któ­re­goś dnia poszli­śmy do von­del park i już od wej­ścia dobie­gały nas swoj­skie tony góral­skiej muzyki z oko­lic zako­pa­nego. poszli­śmy w stronę estrady, a gdy po kilku minu­tach dobrnę­li­śmy na miej­sce, muzycy nader poręcz­nie zro­bili prze­rwę, mogli­śmy więc wdać się z nimi w roz­mowę.

dowie­dzia­łem się, że był to zespół górali z bia­łego dunajca, a gdy dowie­dzieli się, że znam dobrze jego zało­ży­cielkę, p. zofię sola­rzową – mamę wojtka sola­rza, mego przy­ja­ciela i kolegi z roku, roz­czu­lili się i poda­ro­wali mi ciu­pagę, którą do koń­ca­po­bytu dum­nie obno­si­łem po mie­ście. nie wzbu­dzało to szcze­gól­nej sen­sa­cji, bo nad tam­tej­szymi grach­tami (chchracht – jak wyma­wia się ten wyraz – zna­czy po nider­landzku kanał) nie takie oglą­dało się tam dziw­no­ści jak pol­ski żyd z ciu­pagą.

pod­nie­ceni wra­że­niami i nieco wycień­czeni dłu­gim spa­ce­rem, wstą­pi­li­śmy do naszej ulu­bio­nej kawiarni „karel appel”. w daw­nych cza­sach, kiedy sławny już od dawna przed naszym przy­jaz­dem do amster­damu malarz był jesz­cze począt­ku­ją­cym arty­stą, w lokalu póź­niej­szej kawiarni mie­ściła się nie­wielka gale­ria, w któ­rej wysta­wiał swe wcze­sne obrazy. kurka wzięła swą café latte, a ja, jak zwy­kle, zamó­wi­łem espresso. byłem lekko głodny, więc wbrew nawy­kowi posta­no­wi­łem zjeść jakieś ciastko do kawy, bo było już zbyt późno na lunch i za wcze­śnie na obiad – czyli pol­ską kola­cję. w gablo­cie na kon­tu­arze leżały nie­wiel­kie cia­steczka, a nad nimi przy­kle­jone do szyby pasemko z napi­sem space cake. dźgną­łem pal­cem w to miej­sce, bo w pierw­szej chwili nie zwró­ci­łem uwagi na nazwę.

– na pewno chcesz to?- zapy­tał bar­man
– tak

nawet cena nie wydała mi się szcze­gól­nie podej­rzana, bo ten kosz­to­wał jakieś trzy , lub trzy i pół raza wię­cej od nor­mal­nego ciastka, ale i tak nie wydał mi się nie­za­pła­cal­nie drogi.

– co masz do kawy? – spy­tała kurka.
kiedy powie­dzia­łem jej, wydała tylko głu­chy jęk.

kawiar­nia wyglą­dała nor­mal­nie. przy barze sie­działa para mocno pod­sta­rza­łych gejów w obci­słych skó­rza­nych spodniach i nieco tylko luź­niej­szych kami­zel­kach. Byli zre­lak­so­wani i oglą­dali innych gości z wyro­zu­mia­łym i peł­nym cie­pła uśmie­chem. W kącie, przy swym zwy­kłym sto­liku sie­dział gene­ral van indo­ne­sië – ciemny chło­piec w tren­czu nabi­tym ceki­nami i czar­nym indo­ne­zyj­skim fezie na gło­wie. był on głów­nym dile­rem ulicy i całe miej­scowe zaopa­trze­nie w haszysz lub marię iwa­nownę szło przez niego . inni goście rów­nież tkwili tam gdzie zawsze.

– musimy pójść na dwo­rzec, bo umó­wi­łam się z cha­osem, ode­zwała się kurka. wró­cimy tu razem z nią. słowo chaos było prze­zwi­skiem kur­ko­wej przy­ja­ciółki z kopen­hagi – zaadop­to­wa­nym przez duń­ską rodzinę kore­ań­skim dziec­kiem, które wyro­sło na nie­praw­do­po­dob­nej urody dziew­czynę. tego lata rezy­do­wała ona w amster­da­mie i żyła z pozo­wa­nia tury­stom do zdjęć, bo wszy­scy chcieli ją foto­gra­fo­wać.

dopiero przy dworcu, do któ­rego dotar­li­śmy pie­chotą, wystą­piły pierw­sze objawy. Na widok cha­osu ogar­nęła mnie zupełna głu­pawka i długo nie mogłem poha­mo­wać histe­rycz­nego śmie­chu. potem. kiedy szli­śmy przez dam­rak – główny ciąg amster­dam­skiego śród­mie­ścia, w kie­runku kawiarni. robi­łem kółka, zamiast iść pro­sto. gdy dotar­li­śmy na miej­sce, był już pełen odlot. bar­man pusz­czał płyty (ana­lo­gowe) z dobrym jaz­zem i wyda­wało mi się, że jestem w vil­lage van­gu­ard na dol­nym man­hat­ta­nie i widzę oby­dwu braci adder­ley – can­no­balla i nata wraz z innymi muzy­kami comba. naj­bar­dziej iry­tu­jący był jed­nak widok bar­mana, który prze­isto­czył się w pla­kat i nie wie­dzieć czemu uka­zy­wał mi się raz en face, a po małej chwili z pro­filu.

był­bym długo opo­wia­dał o tym kurce, gdyby nie jakiś chło­pak, który sta­nął obok naszego sto­lika i zasło­nił mi muzy­ków, więc wrza­sną­łem poiry­to­wany: co ta gruba rosyj­ska baba tutaj robi!

potem już nie­wiele pamię­ta­łem i kurka musiała opo­wia­dać mi następ­nego dnia co dzi­wacz­niej­sze epi­zody mego odlotu. jakaś dziew­czyna grze­bała w torebce, na co wrza­sną­łem po pol­sku na całą kawiar­nię: ona bije swego pie­ska, a prze­cież nie wolno bić zwie­rząt! duń­ski cał­ko­wi­cie wypa­ro­wał mi z głowy, więc chaos musiała przejść na angiel­ski, kiedy chciała do mnie coś powie­dzieć. mia­łem też prze­bły­ski więk­szej świa­do­mo­ści i mówi­łem kurce, że muszę o tym wszyst­kim opo­wie­dzieć randi (mej wie­lo­let­niej duń­skiej part­nerce), by po chwili zacząć się zasta­na­wiać kto to u dia­bła jest randi. w cza­sie tych prze­bły­sków mia­łem też chwile stra­chu, że położą mnie na zamknięty oddział i mówi­łem o tym kurce. ale ona, zapra­wiona w impre­zach, na któ­rych ćpano towar, tylko się uśmie­chała.

wró­ci­li­śmy na dwo­rzec, na widok któ­rego wrza­sną­łem: prze­cież to nie jest tivoli i usia­dłem na kamien­nej posadzce. nagle poczu­łem wście­kły głód. kurka wyszła na mia­sto w poszu­ki­wa­niu cze­goś do jedze­nia. była nie­mal pierw­sza w nocy, ale jakiś spo­żyw­czak w oko­licy był jesz­cze czynny, więc kurka przy­tar­gała pełną torbę wik­tu­ałów i dużą butelkę soku. jadłem gło­śno mla­ska­jąc, dła­wiąc się i roz­le­wa­jąc sok na swe­ter, a kiedy skoń­czy­łem, objawy otu­ma­nie­nia nagle ustą­piły i mogłem poże­gnać się z cha­osem po duń­sku.

następ­nego dnia spa­li­śmy nie­mal do połu­dnia w naszym hostelu…

posło­wie 2016

tę histo­rię, któ­rej nigdy dotąd nie spi­sa­łem, opo­wia­da­łem wie­lo­krot­nie róż­nym ludziom i dopiero ostat­nio dostrze­głem że ma ona nie­za­prze­czalne odnie­sie­nia do obec­nej rze­czy­wi­sto­ści. kiedy obser­wuję to, co dzieje się w pol­sce od kilku mie­sięcy, coraz bar­dziej nabie­ram prze­ko­na­nia, że space cakes stały się pod­stawą wyży­wie­nia pol­skiej nacji, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem poli­ty­ków – od sza­rego posła(nki), aż po naj­wyż­sze osoby w pań­stwie.

Artykul ukazal sie na portalu Studio Opinii

natan gurfinkiel: space cake

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: