O ZIELONYCH I CZARNYCH GRANICACH

Ludwik Lewin


 

Kiedy pierwszy raz (no, przepraszam, drugi) dotarłem do miasta, którego nazwę w rubryce „miejsce urodzenia”, niezliczoną ilość razy wypisywałem na wszelkich formularzach, okazało się, że moja abstrakcyjna nostalgia taką powinna była zostać na zawsze. Po włóczędze pozbawionymi osobowości, standardowo sowieckimi ulicami, zrozumiałem, że nie tylko nie ma tu nic ciekawego, ale i nic do jedzenia. Był koniec roku 1991, krótko po ogłoszeniu końca Związku Sowieckiego.

Opuszczanie Namanganu, miasta, co do którego nikt wtedy nie miał pewności czy leży jeszcze w Uzbeckiej Republice Sowieckiej, czy też już w niepodległym Uzbekistanie, nie było rzeczą prostą. Z powodu braku kerosenu bardzo ograniczono ruch lotniczy i samoloty do Moskwy zamiast codziennie, odlatywały raz na tydzień.

Szczęśliwie, myślałem naiwnie, było to właśnie tego dnia.  Moja przyjaciółka dr Łarisa Baliakina-Deville, która lepiej znała ogólnozwiązkowe zwyczaje, postarała się o protekcję i z polecenia nie wiem już sam jakiej nomenklatury, mieliśmy dostać w kasie, przed odlotem, dwa bilety do stolicy.

Kiedy wymijając zwarty, szary i złowrogi tłum stanąłem przy okienku, kasjerka warknęła – paszport. Wręczyłem. – Wiza! Gdzie jest wiza, wizy do Moskwy nie widzę! – krzyczała.

Odpowiedziałem, że zgodnie z przepisami, z polskim paszportem wizy do Moskwy nie potrzebuję. – Ty może nie potrzebujesz, ale ja potrzebuję – odpowiedziała i odrzuciła mi dokument.

Miałem dużo czasu, by pozostawszy w Namanganie o wiele dłużej niż chciałem, przyznać jej rację. To nie ja potrzebowałem wizy, potrzebowali jej, zresztą tak samo, jak i paszportu, „oni”, policjanci, celnicy i inni stróże społecznego porządku.

W tych dawnych czasach dziwiło mnie jeszcze, że na poruszanie się po b. ojczyźnie socjalizmu, potrzebne były wewnętrzne paszporty i wizy. Profesor Marta Zielińska, autorka min. wspaniałej książki Warszawa Dziwne Miasto, wydała pt. Granice (1) antologię opisów i przepisów ich przekraczania w epoce romantyzmu. Wstęp do tej pracy uświadomił mi, że takie pozwolenia na podróż po kraju, to nie był bolszewicki wynalazek.

Okazuje się, że graniczne szykany są produktem ubocznym rewolucji francuskiej (więc jednak rewolucji, pamiętajmy czego się wystrzegać). Dzięki niej wszyscy obywatele uzyskali swobodę poruszania się. Swoboda swobodą, ale trzeba przecież wiedzieć, co się dzieje z różnymi wieśniakami i innym tałałajstwem, które jak kot z pęcherzem, zaczęło latać po kraju, a nawet po świecie.

Do refleksji pobudza informacja o tym, że „poszczególne kraje miały własne przepisy dotyczące podróżowania, niemniej wszędzie wspólna była tendencja, by w miarę powiększania swobód osobistych ludności, zwiększać kontrolę, od poziomu lokalnego poczynając”.

„Paszporty, wizy i komory celne były w tamtych czasach zmorą wszystkich Europejczyków, co dobitnie wyraził Mickiewicz w artykule O dążeniu ludów Europy” – tłumaczy pani profesor. A wieszcz pisał w roku 1833 o niedawnej rewolucji (znowu!) lipcowej: „Lud czuł instynktem, że te cła i granice są wbrew, przeciwne dążeniu teraźniejszemu”.

W tym artykule zatytułowanym Przeciw paszportom i granicom, autor Ksiąg Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego, myśli niewątpliwie, a przynajmniej podświadomie ma na myśli sytuację Polski poharatanej przez zaborców. I zauważa, że przecież celnicy nie nękają hołyszy i łapserdaków, ale czepiają się raczej kupców.

Nie wiem na ile słuszne było spostrzeżenie Mickiewicza, ale nie ma wątpliwości, że czasy się bardzo zmieniły. Obecnie to „klasy średnie”, kupcy właśnie, negocjanci i inni biznesmeni, są zwolennikami usuwania granic, podczas gdy lud, czując się zagrożony ekonomicznym i ludzkim przeciągiem globalizacji, żąda utrzymania lub przywrócenia granic tam, gdzie je usunięto.

Dowiedziałem się ze wstępu prof. Zielińskiej, że gdy Mickiewicz podczas powstania listopadowego jechał do Wielkopolski, podróżował z cudzym paszportem. Może się wydawać, że było to proste w epoce, w której ani Niépce, ani Daguerre nie opatentowali swego wynalazku. Paszporty były więc bez fotografii. Cóż z tego, jeśli zawierały bardzo szczegółowy rysopis. Trudno więc było małemu, tłustemu brunetowi posługiwać się dokumentem wysokiego, chudego blondyna. Chyba że miał znajomości w odpowiednich instytucjach lub wiedział komu zapłacić. Wtedy mógł dostać papier na nazwisko blondyna z własnymi cechami szczególnymi.  

Zanim jeszcze polscy podróżni na koleje żelazne zamienili koleiny traktów bitych, dziennikarze, którzy, podobnie jak dzisiaj, już wtedy bywali tubą interesów nieswoich i nie czytelniczych, bardzo martwili się o możliwość kontroli pasażerów i ich bagaży w tak masowym środku transportu. Życie bardzo szybko pokazało, że celnicy i policje graniczne świetnie panowanie nad tym wzmożonym ruchem osób i towarów opanowały.

Opowiadali mi marcowi emigranci z jaką wprawą w warszawskiej komorze celnej celnicy wynajdywali podejrzane przedmioty lub takie, jakich wywóz (tu wysyłkę, bo w stolicy chodziło o zapełnianie tzw. „liftów”) uznali za zakazany. Uznali, bo wyjeżdżających wtedy Żydów na polecenie zwierzchników lub z własnej inicjatywy, z lubością szykanowali. Niedawno, z okazji półwiecza wygnania, ówczesna młodzież opowiadała jak to w pociągu do Wiednia (tam był pierwszy etap) do wagonów wchodziły tabuny celników i rzucały się na żydowskie walizki i zapewne w poszukiwaniu mitycznego złota, rozpruwały podszewki marynarek i zdzierały podeszwy z butów.   

 Natomiast przygoda chłopca, któremu wopiści kazali zgolić brodę, bo jej nie miał na paszportowej fotografii, choć wprawiła go w czarną rozpacz, niekoniecznie wynikać musi z antysemityzmu. Przy całkiem turystycznym mijaniu granicy, na podobnie bezduszną służbistość nadziało się kilku moich, bez wątpienia aryjskich kolegów.    

W latach 60, u szczytu ruchu hippisowskiego, przeczytałem o młodym Australijczyku, który pół świata przejechał z paszportem, w którym własną podobiznę zastąpił zdjęciem swego pudla. Nie był to świat komunistyczny, myślałem czytając notatkę w Przekroju.

Antysemityzm antysemityzmem, a człowieczeństwo człowieczeństwem. Słyszałem opowieści pomarcowych wygnańców, którzy potrafili za kilka brudasów (jak zwano wtedy pięćsetzłotówki) uzyskać życzliwość przedstawicieli Urzędu Celnego.  

Po I rozbiorze Franciszek Karpiński minąwszy granicę na Śląsku, wciąż rozmawia z napotykanymi mieszkańcami po polsku. Przypominają mu oni na dodatek polskie nazwy miejscowości, zmienione wtedy na niemieckie.

Uprzywilejowany trzeci wieszcz, czyli Zygmunt Krasiński, w Listach do Ojca, których fragment zamieściła w Granicach Marta Zielińska, ma urzędową definicję ojczyzny. Za Kaliszem, a jeszcze przed Ostrowem Wielkopolskim, czyli pierwszym miastem zaboru pruskiego, czuje obcość, a „dźwięk niemieckiej mowy” przekonuje go, że już nie jest „w ojczystej ziemi”.

Przyszło mi do głowy, że hrabia pomylić mógł niemiecki z jidysz, gdyż, jak to w polskich miasteczkach bywało, niemałą część ludności Ostrowa stanowili Żydzi. Niemałą, ale całkiem niewielką w porównaniu z tym, co działo się na wschodzie dawnej Rzeczypospolitej.  W swym dzienniku (znów antologia prof. Zielińskiej) pisze Helena Szymanowska, jak to jadąc do Rosji, po przekroczeniu granicy zatrzymała się w Kobryniu. Dziewczyna (rzecz dzieje się w roku 1827, kiedy miała 16 lat) zauważa, że jest w miasteczku „bardziej żydowskim jak ruskim, bo samymi Żydami zamieszkane”.

Miałem pisać o romantyzmie i profesor Zielińskiej, a znowu napisałem o Żydach. Bo ze mną, jak tym obsesjonatem seksualnym, wszystko mi się kojarzy…


1. Marta Zielińska, Granice, Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2018

Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ

 

Pierwodruk ukazal sie w wrzesniowym Slowie Zydowskim

 

2 komentarze to “O ZIELONYCH I CZARNYCH GRANICACH”

  1. Byłem w Grodnie szukałem sladow babci i ciotki.zero w archiwum. 29 tys ludxi wyparowało
    Na temat bialorusi mniej niż na temat uzbekistanu.smutno.ani niemcN ani yad vaszem niewiele wie a świadkowie wymarli

  2. Prosze mi wybaczyc ale nawet po przeczytaniu tego tekstu dwukrotnie nadal nie moglam zrozumiec dziejow tego czlowieka w Namanganie.
    Czy on utkwil tam jeszcze z czasow powojennych czy przyjechal tam w 1991 roku jako turysta z paszportem polskim. Jak wjechal? Czy trzeba obywatelowi Polski wize do wjazdu do Uzbekistanu?
    Jestem urodzona w Namanganie ku koncu wojny.Zaraz potem, moja rodzina opuscila Namangan I wrocila do domu w Stanislawowie- Galicja.
    Moim marzeniem jest byc w Namanganie nawet kilka godzin aby spojrzec jak wyglada I jak wygladaja ludzie tam mieszkajacy.
    Zadna wycieczka zorganizowania nie wjezdza do Namanganu. Czy sadzisz , ze mozna jechac tam indywidualnie?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: