Pamietniki z getta w Czestochowie( 6 )

Przyslal Wlodek Proskurowski

 

Pani Bolesława Proskurowska mieszkanka Częstochowy pochodzenia żydowskiego, żyła dziewięćdziesiąt dwa lata, zmarła w sierpniu 2006 roku. Zamieszczone wspomnienia pochodzą z zachowanych wywiadów przeprowadzonych z panią B. Proskurowską w końcowym etapie jej życia. Zgodnie z życzeniem zmarłej po śmierci pochowana została w grobie obok męża na cmentarzu Kule w Częstochowie. Teksty z taśm magnetofonowych spisała studentka politologii Akademii im Jana Długosza w Częstochowie pani Sylwia Chłodzińska. Zamieszczony tekst jest wersją opracowaną i autoryzowaną przez panie Annę Goldman, Halinę Wasilewicz, i pana Jerzego Mizgalskiego.


Byli też bardzo zaradni ludzie, którym przynoszono z miasta kartofle. Tarli te kartofle i piekli wielkie placki kartoflane kroili je na kawałki i sprzedawali po barakach. Inni mieli dostęp do blachy i robili z niej puszki i pyśki. Do puszek nabierało się jedzenie z kotła. W pyśki, oczywiście siusiało się. Stały one schowane pod siennikami i żeby w nocy, jak było bardzo zimno, nie wychodzić do ustępu. Baraki, w których nas umieszczono, najprawdopodobniej wcześniej były gdzieś indziej, rozebrano, przeniesione je i na nowo złożono. Widać było, że były one już stare.

Prycze, na których spałyśmy były trzykondygnacyjne. Najgorzej było na samym dole, przy piwnicy. Ja spałam na tej środkowej, trzeba było jakoś na tą pryczę się dostać a przecież była jeszcze najwyższa prycza. Okropnie prześladowało nas robactwo. Takich ilości wszy i pluskiew to nie widziałam przedtem w życiu i mam nadzieję, że już nie zobaczę. Zżerały nas. Zaobserwowaliśmy, że pluskwy, jeżeli miały możliwość, wychodziły na sufit i spadały. Ze wszystkich stron właziły i żarły nas. Przekonałam się wówczas, że słusznym jest porzekadło ludowe, robactwo jednych ludzi lubi bardziej a drugich mniej. Do jednych naprawdę szły z drugiego końca pryczy. Na mnie właziły wszystkie pluskwy i wszystkie wszy, jakie tylko były.

Dorośli ludzie radzili sobie jakoś. Starano się sprowadzić z miasta maść przeciwtężcową. Nie dawali jej w obozowym szpitaliku. Ja miałam tężec i świerzb. To jest okropna choroba skórna. Jestem alergiczką, przez te ukąszenia insektów byłam cała podrapana. Raz w tygodniu kąpaliśmy się wszyscy na raz pod prysznicami. Ponieważ byłam cała podrapana, inne kobiety myślały, że mam świerzb nawet wówczas, kiedy go nie miałam i nie chciały się przy mnie kąpać. Wśród nas była mała dziewczynka, całe ciało miała pokryte świerzbem.

Nikomu się nie poskarżyła, może by ktoś, kto miał więcej tej maści trochę by jej użyczył. Maść pomagała w zwalczaniu choroby, świerzb po niej zmniejszał się i znikał. Niestety chorą zastrzelili. Oprócz głodu zżerała ludzi gruźlica. Na terenie obozu był jeden barak dla chorych na choroby zakaźne. Najpierw w obozie był tyfus, przetrzebił ludzi z obozu. Potem w baraku zamykali ludzi chorych na gruźlicę, którzy najczęściej tam umierali. Ja miałam też zaatakowane płuca, ale wyszłam z tego. W baraku zakaźnym dawali tyle chleba, jak w przyzwoitym domu kroi się dzisiaj tort, na trójkąty, tak z okrągłego bochenka krojono trójkątne kawałki. Dostawało się taki kawałek chleba na dzień i dwa razy dziennie lurę. Na obiad gotowali z jarmużu zupę. Oczywiście wszystko było nieokraszone.

Czasami gotowali na jakiś kościach i jak pływało coś, co mogło imitować nitkę mięsa to mówiliśmy, że żeśmy zjedli bochenek chleba z polędwicą albo schabowy z kapustą. Po wyjściu z obozu ważyłam 43 kg. Robactwo, głód i ta niepewność jutra, to były trzy plagi obozu. Małżeństwa, które były w obozie mogły się gdzieś, spotkać, zobaczyć, porozmawiać. W Hasagu podczas pracy mój mąż spalił sobie palec, jakimś palnikiem kazali mu coś kroić, palić on przecież nie umiał tego tak dobrze robić, podsunął palec i opalił go sobie do kości. Żeby spotkać się z nim musiałam wchodzić za jakieś maszyny. Wtedy jeszcze takie były, stały, Niemcy nie zagospodarowali też całej przestrzeni, bo tam była przed wojną fabryka włókiennicza. Wywieźli te wszystkie maszyny, tam do tych nieruchomości, którą ja teraz administruję, bo była najbliżej, a tutaj dopiero organizowali tą fabrykę, więc jeszcze wtedy nie było tak wszystko pozostawione i chowałam się z nim tam, w takim miejscu gdzie mogłam go umyć całego, bo on miał ten palec cały spalony, nie mógł się umyć.

Potem w następnym okresie, mąż przychodził do baraków, już wówczas byłyśmy w barakach i musiał mi myć głowę, bo ja musiałam sobie przytrzymywać opatrunek na tym miejscu, które musiałam mieć zeszyte po tym pobiciu, ale miałam strasznie dużo wszy i one właziły do tej rany zaszytej i on mi zmywał te wszy. Podobno jak się śnią wszy, to są pieniądze. Ale mnie się już nie śnią wszy. Już widocznie przeszło trochę. Wszy, pluskwy, pchły, co kto chciał. Już wiedzieliśmy po prostu jak się zagnieżdżają na człowieku, skąd zaczynają tą swoją wędrówkę. Świerzb zaczynał się tu na klatce piersiowej, a wszy zaczynały się za uszami. To wszy głowowe. A wszy ubraniowe zaczynały się w jakiś zaszewkach bielizny. Pluskwy były wszędzie. Pluskwy spadały. Takie wielkie pluskwy. Nażarte takie. Te jajka wszy, czyli te gnidy, to jeszcze gdzieś chyba, szereg miesięcy potem, chyba gdzieś były, bo już potem mąż zaczął pracować, kupił jakiś używany motocykl, myśmy na tym motorze jeździli, to jak zakurzyła mi się głowa to mi wyłaziły znowu te wszy. Bo chyba pobiłam rekord. Ile ja miałam tego, nikt tyle nie miał, co ja. Jeszcze dzisiaj jak sobie przypominam to, mnie gryzie. Bo oni, co pewien czas mieli nakaz i musieli jakąś ilość osób odstawić. Ale te władze żydowskie obozu, to było, w dużym getcie się to nazywało Judenrat, a tutaj w obozie się nazywało, już nie pamiętam, jak, ale było dwóch czy trzech takich, to jak oni im kazali wybrać odpowiednią ilość ludzi i wystawić do wywiezienia, do Majdanka zdaje się wtedy wywozili, bo ta miejscowość się nam przewijała, myśmy dokładnie nie wiedzieli, co to jest, ale wiedzieliśmy, że stamtąd nikt nie wraca.

To oni wyznaczali takiego, którego wiedzieli, że ma jeszcze trochę pieniędzy. Tamci się wykupywali, wysyłali zaś takich, którzy nie umieli się wykupić. Byli tacy, którzy rozdzielali, kroili chleb, to też się mieli lepiej, bo zawsze mogli sobie tam coś wykroić. Nie musieli tak dokładnie kroić tych porcji, prawda?! Zawsze ktoś korzysta i ktoś traci. Raz przychodzili z miasta i opryskiwali baraki wewnątrz jakimś płynem, widocznie takim przeciwko insektom, co zresztą nic nie pomagało, nic nie dawało. I kiedyś przyszedł taki, co był kolegą męża, z polskiego przedsiębiorstwa w Częstochowie, które robiło te opryski; przyniósł on od okropnego endeka, który z mężem mieszkał przed wojną w jednym domu, kawałek mydła, dla męża skarpetki i dla mnie jakąś suknię. Myśmy to wszystko sprzedali, żeby dokupić chleba no, bo Polacy przynosili z miasta.

A byli tacy wśród nas, którzy mieli pieniądze. Ja pracowałam potem przy tych nabojach. Jedna faza produkcji tych naboi to były surowe jeszcze gilzy, które obracały się w bębnach w takich mydlinach. Te bębny były ruchome chodziły w roztworze w mydlinach, żeby te gilzy były czyste. To mydło było trofiejne, skądś je przywozili, podobno z Rosji, miało wytłoczone rosyjskie litery. Było to tzw. szare mydło w kostkach. Jeden ze współwięźniów, który spał w jednym baraku z mężem, przewoził na niskim, malutkim wózeczku to mydło z magazynu do hali, w której gilzy kąpano w tym roztworze z mydłem. Po drodze, jak mu się udało, to kradł ze dwie kostki i jakimś sposobem dostarczał swojej żonie.

cdn

Poprzednie czesci

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: