Idea kibucu łączyła w sobie socjalizm i syjonizm, czyli ruch zmierzający do odtworzenia państwa żydowskiego na terenach starożytnego Izraela, które po I wojnie światowej przeszły spod władzy Turcji pod kontrolę brytyjską. Żeby żyć i pracować w kibucu, trzeba było być izraelskim patriotą oraz pogodzić się z wolą wspólnoty, bowiem do wspólnego majątku mogły należeć nawet zegarki kibucników. Najczęściej kibuce były wspólnotami świeckimi, choć zdarzały się również wspólnoty religijne. Obowiązywał stuprocentowy egalitaryzm – równość ludzi oraz płci, bo zgodnie z zasadami wyznawanymi w kibucach kobiety różniły się od mężczyzn tylko tym, że rodziły dzieci. Kibucnicy razem decydowali, razem zarabiali pieniądze i razem je wydawali. Mieli wspólny dobytek, a potomstwo wychowywali w grupach rówieśniczych, w szkołach bez ocen i egzaminów, by nie podkreślać, że ktoś umie więcej, a ktoś mniej.

Każdy kibucnik pracował na roli przez sześć dni w tygodniu, a uprawę i hodowlę uznawał za najszlachetniejszą z prac. Wspólnie bronili się przed wrogiem, broń nosili zarówno mężczyźni, jak i kobiety, kiedy jednak arabscy wrogowie zamieniali się w sąsiadów, kibucnicy musieli szanować ich odrębność oraz prawa. Kibuc Nir Oz leży na granicy ze Strefą Gazy, więc trudno wyobrazić sobie, że przez kilkadziesiąt lat jego istnienia nie dochodziło tam do starć. Jednak kiedy gospodarka Nir Oz popadła w tarapaty i próbowano się z nich wygrzebać, tworząc hodowlę ziół, okazało się, że idea warta jest więcej niż pieniądze. Na wspólnika kibucnicy najęli przedsiębiorcę, który uznał, że palestyńskim robotnikom z Gazy pracującym przy uprawie rośliny leczniczej geranium można płacić grosze w porównaniu do pensji Żydów. Kibuc natychmiast zerwał z nim współpracę.

Słowem – generalnie chodziło o to, by dzięki życiu w komunie i pracy na roli stworzyć nowoczesnego Hebrajczyka odpornego na nieprawości tego świata, lepszego, doskonalszego; obywatela, który okiełzna naturę, a wieczorami jak prawdziwy romantyk będzie pisać wiersze.

Gdy w 1955 r. na suchych wydmach otaczających Gazę Żydzi zakładali kibuc Nir Oz, arabscy sąsiedzi szczerze im to odradzali, mówiąc, że na tych piaskach nie uchowają się nawet skorpiony. Kibucnicy nie odeszli jednak, choć mieli tylko kilka namiotów, garść prostych narzędzi i jeden czajnik do gotowania wody. Dzisiaj Nir Oz i przylegający do niego ogromny areał pól wyglądają jak bujny ogród na niegościnnej pustyni, a swoje warzywa eksportuje na cały świat.

Dzieci z zimnego chowu

Ludzie z zewnątrz traktowali kibuce jak socjalistyczne komuny nieznające waśni ani sporów, tymczasem stanowiły one osobne mikroświaty, które czasem zaciekle się kłóciły. Na przykład kibuce Degania Alef, Degania Bet i En Charod nie zaakceptowały przyjętej w 1918 r. decyzji o oddzielaniu dzieci od rodziców i umieszczaniu ich we wspólnych domach. Przyczyna była prosta: kibuce te powstały, zanim jeszcze przegłosowano, jak ma wyglądać wychowywanie dzieci, ponadto zasada dobrowolności nie pozwalała im niczego narzucić. Spór o to, czy dzieci mogą być z rodzicami dwie lub trzy godziny dziennie, okazał się konfliktem o najważniejsze zasady. Można było odrzucić werdykt, ale nie dało się zlekceważyć dyskusji.

Opowiada Jael Neeman, pisarka wywodząca się z rodziny budapeszteńsko-wiedeńskiej, która przyszła na świat w 1960 r. w skrajnie lewicowym kibucu Jechiam w Galilei: – Kibuc chciał stworzyć nowy rodzaj relacji rodzinnych, uwolnionych, jak mówiono, od mieszczańskich obyczajów i naleciałości. Zbyt bliska relacja z rodzicami mogła oznaczać, że matka rozpieszcza, a ojciec wymaga – albo na odwrót. Czyli że wszystko odbywa się tak jak w tradycyjnej rodzinie, co prowadzi do społeczeństwa niesprawiedliwie zorganizowanego. Tworzono nam środowisko mające zapewnić równość, bez silniejszych i słabszych, gdzie wszyscy będą umieli mniej więcej to samo, a więc w życiu dorosłym każdy dostanie takie same szanse. To oczywiście okazywało się fikcją, bo jedno umiało więcej, drugie mniej, ktoś był milszy, ktoś ładniejszy, ktoś bardziej utalentowany. Ale mieliśmy nie dostrzegać tych różnic.

Wizyty w domu rodzinnym okazywały się nudne i trudne, bo nie przeżywałam dzieciństwa z rodzicami. Pamiętam dom mamy i taty tylko jako miejsce spotkań i teraz myślę, jak trudne również dla nich musiały być te spotkania. Wprawdzie mocno wierzyli w ideologię kibucową, ale przecież wychowali się w zwyczajnych żydowskich rodzinach w Wiedniu i Budapeszcie. Zwłaszcza dla mamy musiało to być silne przeżycie, gdy już w trzecim dniu po moim urodzeniu trafiłam do domu dzieci. A przecież nie dlatego, że matka chciała mnie porzucić. Dziś rozumiem więcej, czuję te rozmowy między rodzicami i dziećmi pełne niewypowiedzianego samooskarżenia i poczucia winy. Dla rodziców moje wizyty też były czymś niezwykłym, nie żyli pod jednym dachem z dziećmi, więc ich nie rozumieli, mieli swój dorosły, wspólnotowy świat. Brak dzieci w domu tworzył zupełnie inne poczucie odpowiedzialności, inaczej organizował czas, powodował, że inaczej się rozmawiało.

Pewnego razu, będąc u rodziców, Jael zobaczyła ojca w piżamie śpiącego w łóżku i wybiegła z krzykiem przekonana, że ten nie żyje. Tymczasem chory pod wpływem gorączki się zdrzemnął, a dziewczyna nigdy wcześniej nie widziała śpiących rodziców. – Do dzisiaj zdarza mi się, że kroję, a nie rozsmarowuję masło. W kibucu nikt mi nigdy nie pokazał, że można nim smarować chleb – opowiada Neeman.

Zdradzeni przez Kraj Rad

13 stycznia 1952 r. moskiewska „Prawda” doniosła o tzw. spisku lekarzy kremlowskich, którzy na zlecenie wywiadu amerykańskiego i brytyjskiego oraz międzynarodowej konspiracji syjonistycznej mieli uknuć plan pozbawienia życia sowieckich przywódców poprzez ordynowanie im złego leczenia. Aresztowano pięciu lekarzy i profesorów medycyny pochodzenia żydowskiego, którzy w śledztwie przyznali się do winy; dwóch zmarło w wyniku tortur.

Sprawa kremlowskich lekarzy mająca posłużyć Stalinowi jako pretekst do przeprowadzenia kolejnej czystki rozpętała w ZSRR antysemicką kampanię nienawiści. Dochodziło do antyżydowskich manifestacji, pracę straciło mnóstwo funkcjonariuszy, urzędników, pracowników instytucji naukowych i kulturalnych pochodzenia żydowskiego. Skończyło się 5 marca 1953 r., gdy Wielki Nauczyciel zamknął oczy na zawsze, ale nie w Izraelu, gdzie sprawa komentowana była jeszcze przez długie miesiące. W zdominowanym przez lewicę państwie żydowskim zachodzono w głowę, jak to możliwe, że w Związku Radzieckim, ojczyźnie proletariatu, mogą się dziać podobne rzeczy. Przecież antysemityzm jest zaprzeczeniem lewicowych ideałów. Izrael, a z nim kibucnicy – elita i gwardia syjonizmu – okazali się równie naiwni jak większość światowej lewicy.

Jak mówi Jael Neeman, kibucnicy mieli dwie ojczyzny: prawdziwą, czyli Izrael, i ideologiczną, czyli Kraj Rad. W jej kibucu grupy dorosłych nazywały się np. „Ludzie Pracy” albo „Stalin”. Ludzie wierzyli w państwo żydowskie i w sowieckie porządki. Byli lojalni wobec obu ojczyzn, dlatego antysemicka nagonka w ZSRR po prostu nie mieściła im się w głowie, poczuli się zdradzeni.

W sporze między Wschodem i Zachodem Izrael próbował zachować neutralność do 1953 r., spoglądając jednak z sympatią na ZSRR. Członkowie kibucu Jechiam byli bardzo prosowieccy, ale sprawa lekarzy kremlowskich zmieniła wszystko i w Izraelu rychło ostał się tylko jeden kibuc wciąż broniący ZSRR. Inne trzymały się wspólnotowej ideologii i różnych utopijnych pomysłów, ale na Moskwę patrzyły już z rezerwą, podobnie jak prawie cała izraelska lewica.

Elita elit

Od początku istnienia państwa Izrael kibuce kłuły w oczy. Zdaniem wielu Izraelczyków kibucnicy zadzierali nosa i uważali się za lepszych niż reszta społeczeństwa. Kibucnikami zostawali głównie Żydzi aszkenazyjscy, mający europejskie i amerykańskie korzenie, patrzący z góry na Żydów sefardyjskich, przybyszów przede wszystkim z Afryki Północnej oraz krajów arabskich. Od 1948 r. przez pierwsze dekady niepodległym Izraelem rządziła lewicowa Partia Pracy, zdominowana przez działaczy wywodzących się z ruchu kibucowego i wspierających te rolnicze wspólnoty. W tamtej epoce kibuce stanowiły izraelski znak firmowy, witrynę sklepową, w której wystawia się najlepsze towary.

W Izraelu mówiło się wiele o tym, że wspólnoty korzystały z państwowego wsparcia (co było prawdą) i opływały w bogactwa (co prawdą nie było), a dowodem miały być m.in. baseny i boiska budowane pośród kibucowych domków. W niektórych kręgach kibuców nienawidzono, ale równocześnie szczycono się nimi, bo takie wspólnoty nie istniały nigdzie indziej do czasów młodzieżowej rewolucji w latach 60. Zresztą hipisowskich komun w Kalifornii czy Holandii nijak nie da się porównać do kibuców. Jak mówi Jael Neeman: nie ta skala, nie to znaczenie polityczne i ekonomiczne i nie te zadania.

Alex Dancyg, dwukrotny sekretarz Nir Oz, oprowadzał mnie kilka lat temu po swoim kibucu. Pokazał mi basen, boisko, stołówkę, sklepiki, a nawet stację benzynową, ale żadnego luksusu nie dostrzegłem, tylko pracę od świtu do nocy. Kiedy Alex chciał pojechać do Tel Awiwu albo Jerozolimy, musiał się zapisać w kolejce po kibucowy samochód i swoje odczekać, bo jak równość, to równość.

Wywodząca się z rodziny orientalnych Żydów pisarka Sara Shilo zawsze przyglądała się kibucnikom z zazdrością. W latach 70. mieszkała w miasteczku Ma’alot w północnej Galilei, opodal kibucu Jechi’am, gdzie wychowywała się Jael Neeman. – Nigdy nie miałam wrażenia, że jestem taka sama jak rówieśnicy europejskiego pochodzenia i mogę tyle co oni. Za to młodzi z kibuców, których czasem spotykałam, tak… oni stanowili elitę elit. W biednym Ma’alot wszyscy gonili za pracą, szarpali się z codziennością, więc w kibucnikach widziałam ludzi szczęśliwych, naprawdę wolnych, niczym nieskrępowanych, no i zamożniejszych, choć to była akurat złuda – opowiada Sara Shilo. – Mówiło się, że w kibucu ludzie bardzo ciężko pracują, ale niespecjalnie w to wierzyłam. Wiedziałam natomiast, że kibucami chwali się cały Izrael, nawet prawicowcy, którzy oficjalnie ich nie lubią. Chciałam być kibucniczką, bo każdy młody pragnie jak najlepszego życia, a świat orientalnych Żydów to była zupełnie inna rzeczywistość.

Kto wykończył kibuce

Zapowiedź kresu nadeszła w 1977 r., gdy wybory wygrała prawicowa partia Likud Menachema Begina wspierana głosami orientalnych Żydów i gdy okazało się, że państwo nie chce już ładować wielkich pieniędzy w kibuce. – Begin nienawidził kibuców i dawał temu wyraz – mówi Jael Neeman. – Zaczęły krążyć o nas niestworzone historie podpierane autorytetem zwycięskiej prawicy, kibuce przedstawiano jako lewicową oraz utopijną próbę przebudowy społeczeństwa. Nagle zetknęliśmy się z czymś, co można nazwać populistyczną rewolucją, zrobioną po to, by rozładować własne frustracje i zadowolić tłum. Kibucnicy zaczęli porzucać wspólnoty, w ciągu kilku lat ich populacja zmalała niemal o połowę, a kiedy w latach 90. Izrael wdrożył zasady wolnego rynku, dla kibuców nastała godzina próby. Wiele przestało istnieć, dramat przeżywali zwłaszcza najstarsi kibucnicy, nieznający innej rzeczywistości, którym nagle zawalił się świat.

Ale chyba jeszcze bardziej ideę kibucu podważyło pokolenie urodzone i wychowane we wspólnotach, które albo odeszło do miast, albo wyrzekło się egalitaryzmu. Młode kobiety wychowywane w skrajnie feministycznym środowisku i duchu uznały w końcu, że macierzyństwo jest równie ważne jak praca, a relacje z dziećmi nawet ważniejsze. W Nir Oz spotkałem się jeszcze z opinią, że wspólnotę wysadziła w powietrze miłość dziadków do wnuków. O ile łatwiej było pogodzić się rodzicom, że ich dzieci wychowują się wspólnie odseparowane od rodziny, o tyle dziadkowie nie chcieli już słyszeć, że ktoś inny w zbiorowej sali będzie karmić ich wnuki kaszką i podtykać im łakocie.

Mówi Alex Dancyg: – Gdy byłem sekretarzem kibucu, przychodziły do mnie zdradzone żony, by wyżalić się na niewiernych i leniwych mężów, bo ich zdaniem nawet sprawy intymne można było rozwiązać dzięki decyzjom wspólnoty. I nagle ludzie poczuli, że nie wszystko da się załatwić głosowaniem na zebraniu społeczności. Ponadto w socjalistycznym dotąd Izraelu zaczęły się pojawiać wielkie fortuny, limuzyny, zaczęła się prawdziwa konsumpcja, a kibuce to jednak skromność, praca i walka.

Dziś kibuce zmieniły się do tego stopnia, że do ich mieszkańców należą domy z ogródkami i tylko mniejszość – z reguły ci, którzy nie założyli jeszcze rodziny – jada w publicznej stołówce. A jeszcze niedawno kolacja w domu była nie do pomyślenia.

Kibuc Jechiam też poluzował zasady. – Gdy spotykam ludzi, którzy tam mieszkają, mówią mi: „Ty wyprowadziłaś się z kibucu, my wyprowadziliśmy się z idei” – opowiada Jael Neeman.

Eksperyment trwa

A jednak we wspólnotach wciąż mieszkają dziesiątki tysięcy Izraelczyków i nie narzekają. W kibucu nie jest się samotnym, zawsze można liczyć na pomoc i opiekę, nie grożą patologie związane z cywilizacją miejską. Dla jednych kibucowe życie okazało się traumą, dla innych – radosnym dzieciństwem, młodością i przeszłością. A dla wielu także teraźniejszością, bo poza kibucem nie wyobrażają sobie życia. Dzisiaj nikt już nie mówi, że kibuce to idealny pomysł na życie i sukces gospodarczy, ale goście z zagranicy wciąż są po nich obwożeni, by mogli zobaczyć socjalno-ekonomiczny eksperyment, który trwa. – Niektóre kibuce mają już po sto lat i dobrze sobie radzą – mówi Jael Neeman. – A to oznacza, że eksperyment przestał być eksperymentem i stał się jedną z twarzy naszej rzeczywistości. W kibucach żyje już czwarte pokolenie Izraelczyków. Dla wielu oznacza to, że wspólnota zorganizowana wokół rolnictwa ma rację bytu także we współczesnym świecie

Republiki kibucowe. Historia izraelska


Korzystałem z książki Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”, Czarne, 2012