Spowiedź patrioty

Z gen.inż. ZDZISŁAWEM JULIANEM STAROSTECKIM, konstruktorem antyrakiety „Patriot”, rozmawia Waldemar Piasecki


Zdzisław Julian Starostecki. Foto: Archiwum

Minęła niedawno dziesiąta rocznica śmierci i sto pierwsza urodzin generała inżyniera Zdzisława Juliana Starosteckiego, współkonstruktora systemu antyrakietowego „Patriot”. Wielkiego polskiego i amerykańskiego patrioty. Sąsiada z tej samej łódzkiej ulicy Kilińskiego innego bohatera narodowego Jana Karskiego. Też – generała.

Wraz z podpisaniem umowy na udostępnienie Polsce przez Stany Zjednoczone systemu „Patriot” wypełnił się duchowy testament Starosteckiego. Trzeba było jednak na to czekać ładnych parę lat.

W 2007 roku udzielił on wywiadu, w którym zdawał relację ze swego pięknego i dumnego życia.

Publikacje tego tekstu, w mniej lub bardziej okrojonej formie, walnie przyczyniły się do przywrócenia polskiej pamięci narodowej tego wybitnego Rodaka, czego efektem było podniesienie Go w stopniu wojskowym do rangi generalskiej w 2009 roku przez ówczesnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Dziś publikujemy pełną wersję rozmowy ze Zdzisławem Julianem Starosteckim – salutując Jego Pamięci. Wraz z refleksją, że powszechna rozpoznawalność tej postaci jest zdecydowanie niedostateczna. Tak, jakby się Polska wstydziła, że system antyrakietowy, który ma jej bronić tworzył Polak.

Jak się Pan czuł w przeddzień Święta Wojska Polskiego, oglądając w telewizji parafowanie porozumienia polsko-amerykańskiego, na mocy którego polskiego nieba będzie bronić pocisk rakietowy Pańskiej konstrukcji?

– Byłem — co tu dużo gadać — wzruszony. Trudno mnie posądzić o jakąś skłonność do wzruszeń, ale łzy napływały do oczu. Spełnia się moje marzenie. Skoro „Patriot” zdawał egzamin na tylu frontach i w tylu krajach dobrze służy ich obronie, to, jako Polak, czułem żal, że nie pomaga mojej ojczyźnie, które jest przecież od 1998 roku sojusznikiem USA w NATO.

„Patriota” dostajemy w pakiecie wraz z systemem tarczy antyrakietowej, który nawet w samej Ameryce budzi kontrowersje.

– Nie oceniam samego systemu tarczy antyrakietowej, bo go nie znam dokładnie. Znam natomiast „Patriota” i o tym mogę mówić…

Nim tym się zajmiemy, porozmawiajmy o Panu. Skąd się wziął Zdzisław Julian Starostecki…

Nie widzę przeszkód. Przybyłem na świat 8 lutego 1919 roku przy ulicy Kilińskiego 13. Ojciec Leonard był komisarzem Policji Państwowej i kierował komisariatem przy tej samej ulicy. Co ciekawe, pod numerem 71 przy tej samej ulicy mieszkał starszy ode mnie o cztery lata Jan Kozielewski, późniejszy legendarny kurier Polski Podziemnej – Jan Karski. Jego o wiele starszy brat Marian tak jak mój ojciec, był oficerem policji. Po niespełna roku przenieśliśmy się do Grudziądza, w którego okolicy rodzina mamy miała majątek. Rodzina zdecydowała, że kiedyś przejmę to gospodarstwo, więc powinienem się do tego fachowo przygotować na studiach w Szkole Głównej Gospodarstwa Rolnego w Warszawie.

Ponieważ jednak byłem synem oficerskim, ojciec uznał, że najpierw przyda mi się Korpus Kadetów, gdzie spędziłem na trzy lata. Szkołę kadetów ukończyłem w Chełmie.

Chełm obdarzył swego kadeta (na archiwalnym zdjęciu z lewej) honorowym obywatelstwem w 2100 roku. Foto: Archiwum

Przyznaję jednak, że nie miałem typowo wojskowej duszy i kariera oficerska nie stała się nagle moim przeznaczeniem, na co być może po cichu liczył ojciec. W kadetach zastał mnie wrzesień 1939 roku.

Trafił Pan z nich na front?

Walka była oczywistym obowiązkiem, nawet dla zapamiętałego cywila. Nikt nie nazywał tego patriotyzmem, po prostu było jasne, że tak trzeba. Wyraziłem natychmiast chęć walki. Przydział dostałem jednak w końcu kampanii. Trafiłem do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” generała Franciszka Kleeebarga.

Był w niej, o czym mało kto pewnie wie, ostatni czynny polski samolot bojowy. Otrzymałem zadanie zaopatrywania tej maszyny w paliwo. Miałem motocykl, na którym dowoziłem je w kilku kanistrach. Samolot ten jednak się nie nawojował, bo wkrótce nie miał na czym latać. Brałem udział w ostatniej bitwie wojny obronnej pod Kockiem od 2 do 6 października 1939 roku. Do niewoli jednak iść ani mi było w głowie. Lasami i bocznymi drogami przedostałem się do Warszawy, gdzie byli już rodzice.

Tam, jak wielu w podobnej do Pańskiej sytuacji, zaczął Pan szukać kontaktu z konspiracją?

– Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy mieli za sobą przegraną kampanię wrześniową, pałali żądzą odwetu na Niemcach i szukali kontaktu z powstającą „armią podziemną”, jak nazywano potocznie Służbę Zwycięstwu Polski, pierwszą formację konspiracyjną organizowaną przez gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. SWP przekształciła się potem w Związek Walki Zbrojnej, a później Armię Krajową. Trafiłem do niej dzięki kontaktom ojca. Podobnie, w końcu 1939 roku trafił tam też Janek Kozielewski, którego brat płk Marian Kozielewski, w dniu wybuchu wojny komendant stołeczny policji, z polecenia konspiracji pozostał na stanowisku, przyjmując ofertę niemiecką dalszego kierowania policją. To on pokierował do SWP swego młodszego brata.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

1 2 3 4 5 6 7 8 9Następny


Spowiedz patrioty

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: