KUCHNIA NA GAZIE

.

Ludwik Lewin

 


Ponieważ termin ultimatum Narodów Zjednoczonych upływał 15 stycznia i jasne było, że Sadam Hussain nie wycofa się z Kuwejtu, rok zaczynał się oczekiwaniem na wojnę z Irakiem. Wśród wielu pseudo-niewiadomych blisko-wschodniego równania, szczególne napięcie powodowała kwestia Izraela. Czy władca Bagdadu zaatakuje Państwo Żydowskie? A jeżeli, to jak zareaguje Jerozolima? W przeddzień spodziewanych wydarzeń znalazłem się wśród setek dziennikarzy, którzy na miejscu mieli sprawdzić odpowiedzi na te pytania.

Na lotnisku czekał na mnie mój przyjaciel, izraelski wydawca Dani-Zenek Tracz. Zawiózł mnie od razu do dzielnicy Grono Jemenu, zamieszkałej przez przybyszy i potomków przybyszy z tego kraju.

Zeszliśmy po trzech schodkach do płytkiej sutereny, w której mieści się restauracja „U Szymona”, lokal, w którym żywią się robotnicy z pobliskiego bazaru. Specjalnością Szymona są jemeńskie zupy, podawane przez jego zonę i dwie piękne córki.

Wszyscy rozmawiali o tym co będzie, bez strachu, ale z wyraźnym niepokojem. „Nie odważy się” – przewidywał Szymon, zbierając ze stołów opróżnione naczynia. „Niech tylko spróbuje, to pokażemy mu gdzie pieprz rośnie” – żartował groźnie brodaty tragarz napinając muskuły rysujące się pod drelichową bluzą.

Gdy mówię, że specjalnością Szymona są zupy, to mówię może za dużo. Naprawdę jest to jedna polewka, zmieniająca nazwę w zależności od tego co w niej pływa – kawałki mięsa, podroby, flaki, gicz albo głowizna. Dzięki przyprawom Południowej Arabii, aksamitny płyn mieni sia złotymi odblaskami, a smak, harmonijnie dopasowując się do lekko zawiesistej konsystencji, ostry jest jednocześnie i łagodny.

W krytyczny wieczór z 15 na 16 stycznia szliśmy z Zenkiem ulicą Dizengoffa, z pewną przesadą nazywaną Polami Elizejskimi Tel-Awiwu. Większość kawiarni i restauracji była zamknięta, te otwarte świeciły pustką. Weszliśmy do Rosebudu, knajpy, której imię przywodzi na myśl słynny film Orsona Wellesa. Rosbud, artystyczny i nonkonformistyczny, podobnie jak nosząca tę samą nazwę nocna knajpa na paryskim Montparnassie, podaje dania, którymi brzydzi się żydowska kuchnia.  Na przystawkę są tam różne kiełbasy i szynki, a mięso, jeżeli nie jest przeklętą przez synów Mojżesza wieprzowiną, tamtejszy kucharz podlewa masłem lub sosem śmietanowym – połączenia również zakazane w rytualnej diecie. Realizowanym mozolnie przez marokańskiego szefa przepisom wyraźnie brak charakteru, a przede wszystkim autentyczności. Jednak popijane wonnym winem z Galilei, te wybladłe kopie nadsekwańskich przysmaków, dają się jakoś przełknąć. Autentyczna była za to gościnność właściciela, który, gdy butelka zrobiła się pusta, jak ulice Tel Awiwu tego wieczora, natychmiast postawił pełną, zaznaczając, że stawianie nie ogranicza się do manipulowania naczyniem. Kelnerka, córka znanego adwokata, pracująca w oczekiwaniu na koniec ferii uniwersyteckich, a może zamążpójście, zaproponowała nam „najlepszą na Bliskim Wschodzie kawę z ekspresu” i przysiadła się do naszego stolika.

Mówiliśmy o oczekiwaniu na atak chemiczny, do którego obrona cywilna od wielu już dni przygotowywała mieszkańców Izraela. Nasza towarzyszka powiedziała, że nie pobrała jeszcze maski gazowej i czuje się poniżona zaklejaniem okien i zbieraniem żelaznych racji na wypadek skażenia terenu. „To nie znaczy, że się nie boję, ale myślę, że powinniśmy pokazać im tylko pogardę, na nic więcej nie zasługują”.

Wiele dni później, kiedy naloty na Tel-Awiw stały się codziennością, dziewięcioletnia dziewczynka pokazała mi wykonany przez siebie rysunek pokoju-schronu, na którym napisała – „Nie jest wstyd się bać, ale zachowywać się trzeba jak bohater”.

Kiedy krokiem marynarzy wychodziliśmy z Rosebudu, Zenek parsknął nerwowym śmiechem. „Czy myślisz, że ludzie się boją nalotu albo bomb chemicznych? Skąd. Nikt tego nie wypowiada, ale strach jest tylko jeden. Przed bombą atomową”. Pomyślałem, że choć mój przyjaciel lepiej pewnie zna ten kraj, to przecież, kiedy dwa miliony Żydów czeka na gaz w zamkniętych pomieszczeniach, to z czymś się to kojarzy.

Tego wieczora nie się już nie wydarzyło, potem rozpoczęto akcję „Burza Pustyni” a następnie skudy zaczęły spadać na Tel-Awiw, co poważnie sparaliżowało życie miasta. Wszystkie restauracje były zamknięte i płacąc jak za kawior z łososiem, trzeba było jeść plastykowe kanapki w Hiltonie, gdzie umieszczono wojenne centrum prasowe. Któregoś ranka natknąłem się tam na znajomego dramaturga, który powiedział mi – „spotykamy się wieczorem w „Barometrze”. Przyjdź koło dziesiątej, będzie sporo ciekawych osób”. Barometr to bar na wspomnianej już ulicy Dizengoffa.

Przyszedłem o północy, ponieważ o dziesiątej byłem w Ramat-Ganie, przedmieściu telawiwskim, na które właśnie spadła rakieta. Byli ranni, a kilku pensjonariuszy sąsiedniego domu rencistów zmarło na skutek szoku.

Choć w Barometrze podają jakieś przekąski a nawet dania gorące, nie jest to miejsce przeznaczone do jedzenia, ale do picia. Tamtejszy barman chlubi się kolekcją najwspanialszych w Ziemi Świętej koniaków, armaniaków oraz innych alkoholi ze wszystkich zakątków świata. – „Nie zamknę, nie zrobię draniowi tej przyjemności, to mój protest przeciw wojnie” – tłumaczył nalewając bursztynowy płyn do baniastych kielichów.

Mojego przyjaciela nie było, musiał pojechać do Eilatu – tam skudy nie dolatywały – ale przy bufecie siedział znajomy policjant rodem z Serbii, Mordechaj Lejbowicz, słynny z izraelskich quizów telewizyjnych oraz, w węższym gronie, z conocnych seansów wódologicznych w Barometrze. Koniak – jeden z najdroższych, raz się w końcu żyje i to może już ten koniec – szybko ogrzewa ciało, co było niepotrzebne i duszę, co było konieczne. Mordechaj przekonany był, że Izraelczycy mają dokładnie przygotowany plan desantu na iracką pustynię zachodnią, skąd wystrzeliwano rakiety – „Nie wiem czy dobrze robimy chowając się w schronach” – wyraził wątpliwość, zapewne w imieniu władz i narodu, bo on sam chował się wyłącznie w knajpie i w przeciwieństwie do większości obecnych, nie miał przy sobie nawet maski gazowej.

Telawiwczykom dosyć szybko spowszedniały ogniste parasole rozpościerające się na niebie w momencie spotkania skuda z patriotem i postanowili przywrócić miasto w miarę normalnemu życiu. W południe pojechaliśmy z Zenkiem i kilkoma znajomymi do Jaffy. Zaparkowaliśmy w rzemieślniczej ulicy, gdzie pośród sklepików i warsztatów wciśnięta jest restauracja Miszu, specjalizująca się w potrawach rumuńskich. Wybór jest tam skromny, dania proste, ale produkty najwyższej jakości. Na przystawkę wziąć można ikrę zmieszaną z majonezem i drobno posiekaną cebulką. Jest jeszcze humus, pasta zrobiona z utartej dzięcieliny, rodzaju grubego grochu, w różnych postaciach bardzo popularnego w jadłospisach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Na drugie zamówiliśmy kebaby, mielone mięso cielęce, smażone na cienkich rożnach. Było ono świetnie wypieczone, a jednocześnie soczyste. Choć właściwie nie czuć było ani pieprzu, ani soli, danie przyprawione było dokładnie tak jak trzeba ażeby wydobyć zeń całą gamę smaków nie zniekształcając jego natury. Różowe wino z Golanu doskonale pasowało do tego tylko pozornie skromnego festynu.

„Cóż wy wkładacie do tych kebabów, że tak dobrze smakują?” – zapytałem gospodyni. „Niczego nie dodajemy, nie ma tu żadnych tajemnic, po prostu wszystko jest świeże i najlepsze” – uniosła się nie rozumiejąc żartu i żeby udowodnić prawdę swych słów wyszła do kuchni skąd wróciła po chwili z tacą nieusmażonych kebabów i z kucharzem, czyli swym mężem. – „No popatrzcie” – mówiła z dumą, a ja nie wiedziałem, czy chodzi о starszego pana, czy о produkty.

Zasępiła się na chwilę i zapytała – „Czy po to uratowaliśmy się z Oświęcimia, czy po to przyjechaliśmy żeby pracować, tak jak pracujemy całe życie, ciężko i uczciwie, żeby rzucali na nas bomby i straszyli gazem? – Przecież niczegośmy mu nie zrobili”.

Mąż położył jej rękę na ramieniu uspakajając – „nie przejmuj się, to też minie, jak wszystko” – i przed wycofaniem się do kuchni rzucił nam jeszcze – „przyjdźcie w przyszłym tygodniu, na stypę po Saddamie, kebaby będą jeszcze lepsze”. Pomylił się trochę co do Husajna, co do kebabów na pewno nie.


Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ


Pierwodruk ukazal sie w styczniowym numerze ” Slowa Zydowskiego”

3 komentarze to “KUCHNIA NA GAZIE”

  1. Jakie to interesujace po tylu latach czytac wrazenia ze stycznia 1991 roku opisane przez
    kogos z zewnatrz!
    Wprawdzie nie orientuje sie w kulinarnym Tel Avivie-ani wowczas ani teraz ale faktycznie potrawy typowe dla naszego rejonu-wiernie oddane!
    Dzis nas odstrasza bardziej Coronavirus niz ”skady”….
    Wszedzie pusto!
    Ale znajac Izraelczykow-dlugo w takiej sytuacji nie wytrzymaja I znow sie w wszedzie zaludni! OBY!

  2. Jak zapamiętałeś te dania? Zazdroszczę Twojej pamięci.
    Restauracja ”Szymon” w Kerem ha-Tajmanim w tej samej piwniczce, to same menu i prowadzona przez jedną z córek. Energiczna i piękna jak była.

  3. Freda Uziyel 05/03/2020 at 04:14

    Ludwiku , bardzo ciekawie oddałeś atmosferę tamtych dni.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: